Znaleziona zagubiona

Znalazła się kartka. W dobrych rękach, 100% bezpieczeństwa, nie wpadła w ręce kogoś, kogo mogłaby zranić.

W uszach ciągle słyszę jego dzwonek.

Ulga, że kartka jest. Odkrycie, że kiedy ktoś robi coś dobrego dla mnie, to ja już od razu węszę podstęp i zakładam, że na pewno będzie chciał czegoś w zamian.

Rano czekałam na telefon. I nic. Coś robiłam z dokumentami, jakieś zlecenie, dłubanina, zrobiło się późno, zadzwoniła praca, w trakcie rozmowy on zadzwonił. Dwa razy. Skończyłam rozmowę, wzięłam prysznic, postanowiłam, że oddzwonię w aucie, ale znów zadzwonił, powiedziałam, że odezwę się z auta.

Kiedy zadzwoniłam, okazało się, że on też jedzie w tym samym kierunku. Ale było już za późno, by wybrać się razem, poza tym on powiedział, że zadzwoni do swojej kobiety i może razem pojadą. Założył, że nie znajdę dziś czasu. Powiedziałam, że może jednak, mówiłam, że może po 14:00.

Zadzwonił o 14:10. Odebrałam, powiedziałam, że nie chce mi się wychodzić z domu, że jestem na niego zła, że bolą mnie jajniki, że jestem zmęczona. On powiedział, że chciałby zobaczyć pończochy, powiedziałam, że musi skorzystać z videopołączenia. Oddzwoniłam do niego na video. Leżałam na łóżku, patrzyłam na ekran podzielony na pół, on u góry, ja na dole, patrzyłam na swoje rozrzucone włosy, dekolt czerwonej sukienki, pokazałam pończochy, wiedząc, że on będzie chciał więcej. Chciał.  A ja nie umiałam się przeciwstawić. Dopiero, gdy dziecko mnie zawołało, rozłączyłam się. Oddzwoniłam do mamy. Wsiadłam  do auta, bez bielizny, tylko w pończochach pod sukienką, cieniutki sweterek, płaszcz, a w torebce jedna z moich zabawek, którą chciał zobaczyć.

Zadzwoniłam. Był w pracy, pytał, czy znajdę pół godziny, potwierdziłam, umówiliśmy się na parkingu, na którym jest tak ładnie. Podjechałam, kilka osób zbierało się do wyjścia, jeden chłopak stał w okolicy toalet. Wydawało mi się, że widzę jego samochód, zadzwoniłam, podjechał dwa parkingi wyżej, poprosiłam, by przyjechał na mój parking.

Usiadłam z tyłu samochodu, bez butów, czekałam. Podjechał, powiedział, że nawet mnie nie widać. Takie było założenie. Wsiadł i od razu rzucił się na mnie, a ja czułam całą sobą, że bardzo tego chcę. Odlatywałam, krzyknęłam głośno, on zatkał mi usta ręką, to było bardzo podniecające, nawet się nie spodziewałam. Kiedy całował moją pierś, całowałam jego włosy i lizałam ucho, bardzo mi to było potrzebne. Chciałam czuć go całą powierzchnią mojego ciała, palcami, ustami. Doszedł na moich piersiach, ociekałam jego spermą. Sperma poplamiła też jego spodnie. A on nagle zaczął bardzo się spieszyć, czym jeszcze bardziej mnie rozzłościł. Mówił, że jedzie do mamy, że czekają na niego dzieci, była żona. Spryskał się wodą toaletową, plamę na kolanie również. Odjechał, życząc do siego roku, a ja zostałam w mokrej sukience, z jego spermą na piersiach, na dłoniach, na twarzy, z pustką. Z własną złością na niego i na mnie samą. Odchodząc powiedział,  żebym postarała się nie złościć na niego, a ja odrzekłam, żeby to on bardziej się postarał.

Merde.

Nie chcę jego starań, chcę spokoju. Bez niego, jeśli nie ma innej opcji.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego dziś tak bardzo chciałam z nim być, czuć, doznawać… Kwestia hormonów i jajników?

I zostałam z poczuciem, że nic nie mam. Że daję, ale to, co otrzymuję, to wcale nie to, co chciałabym otrzymać.

Freud by się…

Spojrzałam na poprzedni wpis. Zamiast „organizm” przeczytałam „orgazm”.

Czyżbym w tej materii też miała jakieś deficyty?

Chciałam uciec w sen. Nie dało się. Leży stos książek, ulubiona muzyka czeka na włączenie. Pusto.

Wczoraj weszłam na czat, po raz pierwszy od chyba dwudziestu lat, ciekawe doświadczenie.

Ciekawa jestem, czy gdy do pokoju wchodzi nowy mężczyzna, kobiety też w takim tempie wysyłają mu zaproszenie do prywatnej rozmowy. Rozmawiałam z czterema osobami. Najbardziej deprymujący jest tragiczny poziom ortografii. Jeden z panów wysłał swoje zdjęcie, mocno umięśniony, nagi tors, ale nie miał tego czegoś, co zatrzymałoby na dłużej moją uwagę. Drugiego pana w ogóle nie pamiętam i jakoś zupełnie nie kojarzę. Trzeci pisał, że ma piątkę dzieci i jest w separacji – czytanie jego wpisów było najbardziej męczące, włącznie z „że” pisanym przez „rz” – trudniejsze, niż list nieortograficzny, o którym śpiewa Magda Umer w duecie. Chciał kontynuować znajomość, odmówiłam, żadnych namiarów na fb, żadnego gg.

Czwarty – konkretny, zadawał bardzo precyzyjne pytania, dostawał bardzo precyzyjne odpowiedzi. Chciał się spotkać, albo chociaż wymienić zdjęciami. Też odmówiłam.

Wyszłam.

Nie wiem, czego tam szukałam. Może rzeczywiście czegoś mi brakuje.

Wkurza mnie, że się wkurzam na niezgrabność palców, jakoś tak bardzo, że mi się odechciewa. Próbuję zasnąć, uciekam w świat wyobraźni, ale to nie pomaga.

Kawa już zimna. Cisza, ciemność rozjaśnia się powoli. Imieninowy bukiet ciągle czeka na rozpakowanie, chyba się nie doczeka, jeszcze trochę i będzie trzeba go wyrzucić. Nigdy nie lubiłam bukietów. Zawsze rozpakowywałam kwiaty, uwalniałam je od nadmiaru wstążeczek, celofanu i kiczowatych dekoracji.

Lubię białe kwiaty. Róże, eustomę, goździki, frezje, tulipany, po prostu białe kwiaty w jakimkolwiek wydaniu.

Czuję, jakbym zgubiła samą siebie i nie znała sposobu, żeby się odnaleźć.

Czy to ma być taki notatnik, żeby zapisywać, ile dni czekałam na telefon, kiedy telefon zadzwonił i co zrobiłam po tym telefonie?

Zimno mi. Dziś kolęda, plany zakupowe, coś ściska w środku, serce szybciej bije. Stres? Lęk?

A może powinnam wrócić do lektury Kierkegaarda.

Albo – albo.