A morze nie…

Nadchodzi migrena, zasłoniłam zasłony, przyciemniłam monitor, wzięłam leki. Za mną kilkunastogodzinna podróż i intensywny dzień. Chciałam poczuć morze, a może wcale nie… Wszystko jest inne, niż się wydawało, a może tylko mi się wydaje, nawet morze pachnie i szumi jakoś inaczej, niż pamiętałam. Może liczyłam na to, że obudzi wspomnienia, że coś poukładam, tak bardzo potrzebowałam piasku pod stopami, tego specyficznego zapachu wypełniającego mnie aż po duszę, wiatru, słońca, szumu fal rozbijających się o brzeg… Po coś przyjechałam, próbuję odnaleźć samą siebie, a wspomnienia są coraz mniej wyraźne.

***

W pociągu odebrałam telefon. Powiedział, że odbierze mnie z dworca. Wcale nie po drodze. Daleko. Ale w sumie na to liczyłam. Mało nie połamałam nóg wysiadając z pociągu na kosmicznie wysokich obcasach. Czekał, wrzucił moje torby do bagażnika, ruszyliśmy. Drogi w bardzo złym stanie, w końcu on powiedział, że mogłabym się przebrać, przytaknęłam. Stanęliśmy w polu, przy drodze, zrzuciłam dżinsy, wyjęłam sukienkę, on zapytał o pończochy, założyłam je balansując na jednej nodze przy bagażniku. Utknęliśmy na długo. Wszędzie czułam jego zapach i smak. Ruszyliśmy w drogę. Bałam się, że nie będę mogła się zameldować, bo byłam kilka godzin przed czasem, ale mój pokój był gotowy. Nie zastanawiałam się, czy widać plamy na sukience i czy ktoś się zorientuje, że pod sukienką nie mam bielizny. Zrzuciliśmy torby, a on zapytał o restaurację. Długo krążyliśmy po okolicy, moje kosmiczne szpilki niemiłosiernie dawały się we znaki, nie przypuszczałam, że tak długo będziemy chodzić. Znaleźliśmy przyjemną restaurację, zamówiliśmy. Jedliśmy rozmawiając o dzieciach, o pracy, o jedzeniu, o wakacjach, tak beztrosko, tak zwyczajnie. Po obiedzie odwiózł mnie do hotelu, wszedł do pokoju, zamknął drzwi na klucz i zniknął w łazience. Usłyszałam szum prysznica. Ręczniki leżały na łóżku, zapukałam i zapytałam, czy chce ręcznik. On zapytał, czy się przyłączę. Kabina była bardzo ciasna, a woda bardzo gorąca, po krótkiej chwili wyszedł i poszedł po ręcznik dla mnie, leżał na łóżku, patrzył, jak zakładam pończochy, a potem już nie pamiętam. A, pamiętam jego odmowę, jak zwykle, moje propozycje pozostały bez echa. Próbował coś tłumaczyć, ja próbowałam zrozumieć, ale nie rozumiem, nie da się zrozumieć. Może wszystko jest kwestią zaufania i tego poczucia akceptacji, jeśli on czuł, że ja akceptuję wszystkie jego decyzje, w tym wszystkie jego „nie”, nie musiał się zastanawiać, co by było, gdyby powiedział „tak”, próbując pokonać własne lęki czy wahania.

***

Może to wszystko przez migrenę, te niewyraźne wspomnienia. A może migrena z powodu wspomnień.

Wczoraj pakowałam się w pośpiechu. Bilet kupiłam przez Internet, tuż przed wyjściem na pociąg. Próbując zapłacić za bilet zderzałam się z zawieszającym się systemem, mąż zapytał, czy zarezerwowałam noclegi. No nie. To zaczęłam od noclegów, potem wróciłam do biletu. Do walizki, z której dopiero co wyjęłam ubrania moje, męża i młodszego, wrzucałam jak leci potrzebne rzeczy, sukienki, bieliznę, strój kąpielowy, prowizoryczną kosmetyczkę, skarpetki, puszkę herbaty, słuchawki, kapelusz… I jeszcze laptop. Mąż zrobił dwie kanapki na drogę. Uściskał mnie, z mokrymi włosami wsiadłam do auta i pognałam na dworzec.

Siedząc w pociągu miałam poczucie, że to wszytko jest po coś. Skoro jakiś wewnętrzny głos mówi, że potrzebuję, że chcę pojechać nad morze, to czemuś taka wyprawa ma służyć. Samotna wyprawa. Zanim wsiadłam do auta, poczułam lęk, przez ułamek sekundy odechciało mi się tego samotnego wyjazdu, morza, podróży, poszukiwań… Chciałam zostać w ramionach męża, jechać z nim, leżeć w słońcu trzymając go za rękę, patrzeć, jak pływa z młodszym, czuć, że jest, opiekuje się mną i ogarnie wszelkie organizacyjne sprawy.

Ale gdy już usiadłam w pustym przedziale, poczułam się jak bohaterka taniej powieści, szukająca samej siebie czterdziestolatka przechodząca kryzys własnej tożsamości i kobiecości.

Czuję się inna. Bardziej świadoma własnych potrzeb, coraz bardziej akceptuję to, jaka jestem. Coraz mocniej lubię siebie samą i o siebie samą próbuję się zatroszczyć.

Może ten wyjazd potrzebny też po to, by na pewne sprawy spojrzeć z odległości. Bo z bliska dobrze widać szczegóły, ale całość umyka.

Póki co, najtrudniejszym było uświadomienie sobie, że rodzina nie jest dla mnie priorytetem. Staram się, by tak było. Bo kocham dzieci, bo rodzina jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest najważniejsza, że ciągle coś mi ją przesłania. Praca, pan K., pragnienie spokoju i stabilizacji, które niejako wydają się nie do pogodzenia z moją rodzinną konfiguracją.

Może jeśli będę umiała wystarczająco kochać siebie samą, to będę też odpowiednio mocno kochać moją rodzinę.

Usiadłam dziś sama przy małym stoliku, zjadłam zupę, na krześle wisiała moja bluza, na stoliku stała świeżo zaparzona herbata i leżały sztućce, poszłam po drugie danie. Nakładając surówkę zauważyłam, że przy stoliku instaluje się rodzina z niemowlakiem. Zapytałam, czy nie będzie im przeszkadzać moja obecność i dodałam, że mogę się przesiąść, ale oni przeprosili, że nie zauważyli i przenieśli się na inne miejsce. Może, mimo rzucających się w oczy czerwonych sandałków na wysokich obcasach, jako jedyna samotna osoba w hotelu stałam się przezroczysta…

Po kolacji poszłam na spacer. Z telefonem w kieszeni spodni i czytnikiem w ręce. Zamieniłam szpilki na wygodniejsze sandałki. Miałam nadzieję, że zejdę na plażę, usiądę i poczytam, słuchając morza i wdychając jego zapach. Zejście  na plażę mocno mnie rozczarowało. Szłam po piasku z nadzieją, że w końcu znajdę takie miejsce, które mnie zadowoli. Nie znalazłam. Przeszłam sporo kilometrów, wracałam inną drogą, przez las. Wróciłam do hotelu i z kubkiem kawy i czekoladą usiadłam w ogródku, czytając książkę.

W pewnej chwili zauważyłam, jak ktoś przygląda mi się przez okno. Dopiłam kawę, zjadłam ostatnią kostkę czekolady i wróciłam do pokoju, jakbym próbowała uciec przed tym spojrzeniem, przed migreną, przed światem.

Nie wiem, jak długo tu zostanę. Pobyt opłaciłam do końca tygodnia, ale to chyba nie o morze chodziło, w powietrzu czuć rozczarowanie, może nawet rozgoryczenie. Tak nie pachnie morze. Nawet kolor wody był inny, niż ten ze wspomnień. Może we wspomnieniach wszystko wyidealizowałam, tam morze ma lazurowy odcień, a plaża, choć nie tak kamienista, bardziej przypomina tę z Nicei, niż nasze nadbałtyckie klimaty.

Może to z niewyspania, może teraz morze jest za daleko od hotelu, może to przez migrenę, a może jednak migrena przez to wszystko…

Liczyłam na wieczorny wideotelefon od męża, iskrzącą rozmowę, dźwięk jego głosu kojący ból głowy. Mąż nie dzwoni. Może jednak zdecydował się na remont łazienki.

Ja tymczasem próbuję remontować jakąś bardzo intymną część siebie samej. Może jutro zrozumiem więcej, może morze podpowie. A może nie.

morze

 

Adwent to czekanie

Czuję, że cały czas czekam.

Poranne czekanie przerwane dźwiękiem telefonu. I choć wiem, że muszę odmówić, cieszy mnie jego głos w słuchawce. Cieszy, gdy opowiada, że będzie tańczyć poloneza, że po 14:00 pojedzie się przebrać, ale wcześniej będzie w pracy i czeka na mój telefon.

Pyta, co robię jutro. Mówię, że gotuję, że z dziećmi będę.

Wracam z zakupów, jest już po 14:00, ręce sięgają po telefon. Wewnętrzna walka. Nie dzwonię. Nie chcę pokazać, że ja też czekam na te spotkania, na telefony. Nie mówię, że wczoraj przez cały dzień nie mogłam się skupić, rozpraszana jego zapachem.

Łudzę się, że czekał dziś i miał nadzieję, że przyjdę.

Łudzę się, że zadzwoni jutro, że usłyszę jego głos, że złoży życzenia, że tak samo będzie chciał, żeby święta jak najszybciej minęły.

Pamiętam, 9 lat temu, służbowa wigilia, ja w ulubionej sukience, on, rozmowa, zadziwienie, zaskoczenie, a potem młody człowiek, składający życzenia, mówi, że życzy wolno płynącego czasu – oj, nie chciałam, żeby ten czas wolno płynął, wiedziałam, że będę tęsknić, że będę odliczać dni.

A może to było 10 lat temu? I jeszcze pamiętam, jak razem robiliśmy przedświąteczne zakupy. Nie pamiętam, który to był rok. Pamiętam parking, a wcześniej sklep, może to jednak 7 lat temu było? może 6? Zima bez śniegu, ciemno, wybierał prezenty dla dzieci i koszulki dla siebie, coś razem jedliśmy, miałam bladoróżowy sweterek, on mówił o matce karmiącej, dziura czasowa, nie pamiętam, kiedy to było, czułam się, jak pułapka goniąca mysz, każda chwila z nim była bezcenna, może to było, gdy byłam w ciąży, może wcześniej, pamięć płata figle, odtwarza jedne szczegóły, a zaciera inne.

Czemu nie umiem po prostu zakończyć? Przypomnieć sobie całego cierpienia, bólu, tego wszystkiego, czym mnie zranił i po prostu zrozumieć, że pora zmądrzeć, rozstać się, przestać czekać?

Może tylko teraz na tyle zmądrzałam, że nie pokazuję mojego czekania, że gram, udaję, jak on, że już wiem, że nawet z nim nie warto być szczerą i mówić wprost.

Czekam, a życie ucieka. Okradam samą siebie z czasu.

Rozdwojenie

Patrzę, a wszystko albo rozmywa się, albo dwoi.

Jak we mnie.

Jest ta spokojna, wierna, pogodna, nieco nieśmiała, ufna i znajdująca oparcie w Najlepszym z Najlepszych.

I jest ta druga (a może ta pierwsza?). Niespokojna, niewierna, wybuchowa, poddająca się impulsom i pragnieniom, nieostrożna, zagubiona.

Jakbym czekała, czy coś wymyśli (bo chyba nie chcę zgadywać, co wymyśli – podświadomie czuję, że nic, że będzie próbował wykorzystać stare metody, tak, jak mu to najbardziej pasuje). Znalazłam mail sprzed ponad 8 lat, z pierwszej próby zerwania. Kiedy z jego strony padały argumenty o rodzinach, o zobowiązaniach – więcej nie pamiętam z tego maila, chyba tylko to utkwiło mi w pamięci.

Czy ja czegoś oczekuję?

Jak chciałabym, żeby było?

Żebyśmy mogli się spotkać, porozmawiać o muzyce, polityce, filmie, dzieciach, książkach, pracy, takie nasze bla, bla, bla…. I do tego wypić dobrą kawę, wymienić się wzajemnymi złośliwostkami, mieć świadomość, że ktoś słucha, że jesteśmy ważni dla siebie, że jeśli coś będzie się działo, będziemy się wspierać, nawet, jeśli tym wsparciem może być tylko właśnie wspólne wypicie kawy i wysłuchanie. Nic więcej. Właśnie tyle i aż tyle. Może za dużo?

Nie wiem,czy od obecnej relacji da się odjąć to, co dzieje się teraz, wykradany czas w samochodzie, na parkingu, w windzie, w gabinecie, w parku,  w galerii, za kulisami…

I gdzie jest ta granica, bo kiedy dzieje się źle, trzymanie za rękę pomaga. I jak nie przejść od trzymania za rękę do trzymania za inne części ciała, do pieszczot, pocałunków, do stanu, z którego nie ma odwrotu.

Czasem próbuję sobie określić, czego on oczekuje od naszej relacji i wiem, że tylko jednego. Szybkiego spotkania, adrenaliny, kilku chwil uniesień.

Nie potrzebuje rozmów, bycia wysłuchanym, wsparcia, trzymania za rękę.

Pamiętam, jak byłam przy nim, gdy się rozwodził, gdy bał się, że żona zabroni mu spotkań z dziećmi, wtedy jeszcze mówił o sobie, ja słuchałam.

Pamiętam łzy w jego oczach, kilka razy. Gdy mówiłam o ciąży. Gdy mówiłam, że odchodzę (chyba za drugim razem, nie mailowo, tylko w samochodzie i nie zgodziłam się na pożegnalny numerek), gdy zmarł jego tato…

Pamiętam mój szok, gdy mówił, że kocha inną, nie żonę, nie mnie, tę trzecią. Że chce z nią być. A ja przez tyle miesięcy nie miałam pojęcia, że jest jeszcze ta trzecia, że to u niej zamieszkał po rozstaniu z żoną, tak silny szok, że nie byłam w stanie pojąć, jak to możliwe, żeby osobę, którą się kocha, dla której zostawia się żonę i matkę swoich dzieci, zdradzać z kimś takim, jak ja. Że przecież to jest po prostu nieprawdopodobne. A jednak.

Nie wiem, kim jestem, albo nie chcę tej wiedzy zaakceptować, szukam samej siebie. Chciałabym narysować (słowami) autoportret, taką, jaką sobie siebie wymarzyłam, wymyśliłam, jaką chciałabym być. I potem dążyć do bycia właśnie taką.

Nie umiem. I nie akceptuję tego rozdwojenia.

Pour en finir

Żeby to było takie proste, skończyć.

Koniec.

Już nie chcę się spotykać.

Już nie dzwoń.

Już nie.

I już.

Nie umiem zamknąć tych drzwi. Analizuję, do czego są mi potrzebne.

Czy naprawdę potrzebuję jego pomocy, opinii, rozmów z nim, czy jest coś, do czego jest mi niezbędny.

Nie jest. Nie wiem, dlaczego nie potrafię powiedzieć wprost: już nie.

Może boję się, że to będzie tymczasowe, że będę tęsknić, że sama będę dzwonić z pretekstem, bez pretekstu, z ważną lub nieważną sprawą. Że tyle lat. Że tyle wspomnień. Jadę przez miasto, przez miasta. Parkingi, stacje benzynowe, restauracje, bezdroża… tyle miejsc, tyle wspomnień, tyle jego, tyle moich myśli.

Może to oznaka starzenia się? (Nie śmiem twierdzić, że oznaka dojrzałości, czuję się bardzo niedojrzale).

Próbuję poskładać w głowie, co powiem, gdy zadzwoni, a tak by było prosto powiedzieć: nie dzwoń już.

Nie chcę spotkania, bo przy nim przestaję być asertywna. Przez telefon jest łatwiej.

Koniec.

I już.