Wściekle

Chyba po raz pierwszy od dawna poczułam ogromną wściekłość na niego.

To nie był dobry poranek, z każdą chwilą było coraz trudniej, jak lawina niedobrych przejść. Kiedy wyszłam z domu, kolejny raz ze łzami w oczach, pomyślałam, że właśnie teraz potrzebuję spotkać się z nim, na moment, na 10 minut, na krótkie i intensywne oderwanie od tego, co przyprawia mnie o łzy, co boli i uwiera, o czym choć na 10 minut chciałabym zapomnieć.

Zadzwoniłam. Nie odebrał. Oddzwonił po 5 minutach. Nie słyszałam go. Może to jego telefon, może mój. Rozłączyłam się. Oddzwonił znów. Zaparkowałam przed sklepem. Zapytałam, co robi. Powiedział, że czeka na dziecko. Że zaraz przyjdzie, a potem idzie na imprezę służbową.

Powiedziałam w skrócie, jak ciężko jest od rana, że już się przyzwyczaiłam, ale jest ciężko. Nie wiedziałam, czy on mnie w ogóle słucha, coś czasem odpowiadał. Tak bardzo potrzebowałam umówienia się, nawet za godzinę, dwie trzy, ale tej świadomości, że go zobaczę, że wyłączę na moment poczucie beznadziei. Zapytał o środę, żeby upewnić się, że wtedy nie pracuję, ale przypomniałam mu, że od środy będę zajmować się dziećmi i będę uziemiona. Z oczami pełnymi łez powiedziałam, że idę do sklepu i rozłączyłam się, słysząc, jak coś jeszcze mówi, ale nie mając pewności, że mówi do mnie.

Łzy kapały po drodze do sklepu. Dobrze, że upał szybko je osuszył. Był mi tak strasznie potrzebny. Na moment. Na chwilę, na rozmowę. Niekoniecznie już na szybki numerek w samochodzie. Tak po prostu, żeby tylko powiedział, że będzie dobrze, nawet, jeśli sam w to nie wierzy. Żeby po prostu był. Uchem, które wysłucha, ramieniem, o które się oprę, ustami, które powiedzą, że będzie dobrze.

A potem uświadomiłam sobie po raz kolejny, że nawet nie mogę się na niego wściekać, bo nie mam prawa oczekiwać, że będzie dla mnie wtedy, kiedy ja go potrzebuję. Nic nas nie łączy, poza szybkim seksem w aucie. Żadne zobowiązania, deklaracje. Nic. Zupełnie nic. Więc niczego nie mogę oczekiwać.

I chciałabym znaleźć teraz w sobie siłę, żeby móc zatrzymać się na tej myśli, że nic od niego nie chcę, że niczego nie może mi dać, że te kradzione chwile nie są mi niezbędne, że on jest mi zbędny. Że nie chcę wykradać czasu z dobrego życia na źle spędzane z nim chwile. Zawsze będę na końcu, po jego dzieciach, mamie, żonie.

Może potrzebne mi było przypomnienie, że dla niego jestem nikim i nie mają znaczenia te wszystkie słowa, którymi on stara się przywiązać mnie do siebie, uzależnić. Niech sobie żyje wspomnieniem ognia, moich rąk, stóp, ust, jego stóp we mnie.

Nie mam już siły.

Nie mogłam do nikogo zadzwonić. Mąż na szkoleniu. Mama w pracy. Nie mam nikogo, komu mogłam była w tamtej chwili powiedzieć, jak mi źle i oczekiwać, że tylko wysłucha, że nawet nic nie powie, ale będzie po drugiej stronie słuchawki.

Nie chcę takiej relacji, bo zderzenie z takimi sytuacjami jest jeszcze bardziej bolesne.

W głowie krzyczę do niego: odczep się ode mnie, zostaw mnie, zniknij z mojego życia, nie dzwoń, nie zbliżaj się do mnie. Po prostu daj mi spokój. Nie burz mojego spokoju.

W szpitalu kompletne zaskoczenie. Bez leków, z lekkim wsparciem respiratora. Psychicznie nastawiamy się na powrót ojca do domu.

„Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie , w miejsce grzechów zamieszka u ciebie” – Mądrość Syracha (3, 14).

Wszystko dzieje się po coś. Może jeszcze tyle mam zrobić dla ojca, bo tak wiele tych moich grzechów trzeba zastąpić miłosierdziem.

Strasznie mi smutno. Poprawiam dokumenty, odsyłam, odganiam smutek, chcę pływać, spać, biec, nie myśleć.

Żona bliskiego przyjaciela mamy jest w szpitalu. Alkoholiczka. Wspaniała pani doktor, mój ideał matki, jak patrzyłam w dzieciństwie na nią, zawsze ją podziwiałam, taka ładna, taka mądra, troskliwa, cudowna pani doktor, cudowna mama.

Ta cudowna mama patrzyła na swojego syna alkoholika, schizofrenika. I nawet sobie nie wyobraża, jak ją rozumiem. Wiem, jak to jest, kiedy ludzie patrzą na porażki dziecka i obwiniają rodziców, a rodzic czuje się bezsilny i też zaczyna sam siebie obwiniać, nie jest w stanie unieść ciężaru poczucia winy i ucieka przed nim. Jedni uciekają w alkohol, inni wpadają w depresję, ja uciekłam w toksyczną relację, szybki seks w samochodzie, w pływanie… Ona topiła poczucie winy w alkoholu. Wczoraj było bardzo źle, dziś jest lepiej. Jest przy niej siostra, mądra kobieta. Syn stara się trzymać, nie pić, nie wiem, jak długo mu się uda, może przeraził go stan matki. Mnie przeraża to, że chciałam być idealną mamą, jaką ona była w moich oczach, a teraz boję się dla mojego dziecka takiej przyszłości, jaką jest rzeczywistość jej synów, boję się, że nie będę umiała poradzić sobie z tym, że będę uciekać. Sama nie wiem, w co. Nie chcę w seks. Nie chcę w wyniszczającą relację. Ale wiem, jak ciężko jest mierzyć się na co dzień z taką sytuacją i jak bardzo kuszące wydają się takie ucieczki od świadomości porażki choćby na moment.