Huśtawka

Słońce niesamowicie rozjaśnia dzień. Samo południe. Park. Torba z książkami, torebka i plecak stoją oparte o drzewo. Na siatkowej huśtawce-pajęczynie ja i młodszy. Leżymy. Huśtamy się bardzo wysoko. Drzewa, niebo, słońce, przepaść, żołądek w gardle. Młodszy huśta mnie tak mocno, że krzyczę, ale jednocześnie sprawia mi to ogromną radość. W dzieciństwie uwielbiałam się huśtać. Potem ja huśtam jego. Znów on mnie. Podkładamy plecak pod głowy, robimy selfie, wiewiórka podchodzi bardzo blisko, jakby chciała się nam przyjrzeć. Potem ucieka na czubek ogromnego drzewa, patrzymy, jak zwinnie przemieszcza się z gałęzi na gałąź. Wysyłam nasze selfie mężowi. Odrabiamy matmę na huśtawce. Rysunki nie są zbyt precyzyjne. W nosie mam rysunki i szkołę. Jest mi błogo. Młodszemu jest błogo. Przez moment czuję się tak, jakbym niedługo miała zniknąć. Przypominam sobie, że biorę leki (jak o nich pamiętam), po których powinnam unikać słońca. Moja sukienka ma rękawy 3/4, połowę twarzy zasłaniają gigantyczne okulary, może słońce nie zaszkodzi mi. Kiedy huśtamy się mocno, wiatr lekko unosi moją sukienkę. Mam nadzieję, że robotnicy ścinający w oddali drzewa nie oglądają koronkowych manszet moich pończoch i moich majtek.

Kiedy Młodszy wspina się na drabinki, leżę sama na huśtawce i dzwonię. On miał już być w trasie, ale jeszcze jest w pracy, walczy z oporną drukarką. Mówię, że jestem na huśtawce i że jest mi błogo. On ma oddzwonić, jak wyjedzie. Dzwoni, gdy czekam na Młodszego w poczekalni, rozmawiamy, w końcu mówię mu skrótem o szpitalu, problemach, dzwoni szefowa. Oddzwaniam. Każe mi przyjechać. Odwożę Młodszego do domu, podaję mu obiad i wsiadam znów do auta. Dzwonię do niego, mówiąc, że jednak jadę do pracy. Pytam, czy już jedzie nową trasą, jeśli tak, rozłączę się, bo gadając ze mną nie ma dostępu do nawigacji. Proszę, by dał znać, jak przyjedzie. Siedzę w pracy długo. On już powinien dotrzeć na miejsce, ale nie dzwoni. Dostaję gigantyczne zlecenie, które powinno realizować 5-6 osób (zgadzam się, ze świadomością, że nikt mi za to dodatkowo nie zapłaci, a ja nie umiem powiedzieć nie, może jeszcze tylko łudzę się, że jestem jedyną osobą, która się na tym zna, że póki mam monopol na tę wiedzę, nie zwolnią mnie, bo nikt inny tego za nich nie zrobi). Wracam do domu, jadę najpierw do mamy, kładę telefon na stole, bo ciągle ktoś z pracy dzwoni, ale dzwoni on. Wychodzę z pokoju, zastanawiając się, czy mama zauważyła, kto mi się wyświetlił. On mówi, że jest już na miejscu, rozpakował się, będą pracować. Mówię, że się martwiłam, pytam, na którą na jutro zamawia budzenie. Tęsknię całym kawałkiem siebie.

Przecież ułożyłam sobie w głowie, co chcę mu powiedzieć, poukładałam, jak przekazać mu, żeby do mnie nie dzwonił, pozwolił mi poukładać sobie życie bez niego, nauczyć się żyć bez niego, pokonać tęsknotę i bezsilność. Kiedy wczoraj jechałam samochodem, włączyła mi się piosenka „50 Ways to Leave Your Lover”, przecież musi być co najmniej 50 sposobów, by się rozstać, a mnie wystarczyłby jeden, ale skuteczny.

Przez cały dzień widziałam wszędzie jego auto, jego twarz, nawet człowiek na reklamie domu weselnego wyglądał tak, jak on.

Wieczorem Młodszy znów chciał pojechać do parku, zabraliśmy wielką poduchę i koc, poszliśmy na tę samą huśtawkę, leżeliśmy, patrząc w granatowe niebo i każde z nas chciało już tak zostać na zawsze, na poduszce, pod kocem, na huśtawce, błogostan w świetle latarni, pod ciemniejącym niebem, nocą park cichy i spokojny.  Znów czuję się tak, jakbym miała za chwilę przestać istnieć, jednocześnie mam nadzieję, że Młodszy będzie mógł wracać do tej chwili, kiedy leżeliśmy razem w nocy na huśtawce w parku i będzie pamiętał, że robiliśmy razem coś fajnego, wyjątkowego, szalonego, że czuliśmy się szczęśliwi.

A potem zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno bezpieczne, że gdyby coś, ktoś… W południe zauważyłam, że dookoła placu są rozmieszczone kamery. Wieczorem przypomniałam sobie, jak pan K. opowiadał, że to atrapy, bo nie wystarczyło pieniędzy na zainstalowanie porządnego monitoringu.

Po 40 minutach huśtania zmarzłam, zrobiło się chłodniej, zabraliśmy kocyk, poduszkę i wróciliśmy do auta. Po drodze kupiliśmy lody i rogaliki śliwkowe.

Przez cały czas czuję się, jak na huśtawce, ale nie jest to takie beztroskie, błogie huśtanie.

Odkąd go znam, straciłam pracę (to była dodatkowa praca, ale jednak), straciłam fantastyczne stanowisko w obecnej pracy, moim dzieciom i mnie przytrafiło się tyle różnych trudnych wydarzeń. On w jakiś sposób stał się ich częścią, jemu mogłam zawsze o wszystkim opowiadać, może nawet nie tęsknię już za nim samym, ale za tym, jakie poczucie bezpieczeństwa dawała świadomość, że nawet kiedy wszystko się wali, on siądzie ze mną nad kawą, wysłucha, rozśmieszy, pocieszy, po prostu przez chwilę będę dla niego najważniejsza na świecie i nic innego nie będzie się liczyć.

Ale to już nie wróci. Góra. Dół. Góra. Dół. Huśtają mną emocje. Wciąż zastanawiam się, czy jeszcze pracuje, czy już poszedł spać, ile wypił, czy jest zmęczony. Zajmuje więcej moich myśli, niż wszyscy inni, niż wszystko inne. A ja jestem potrzebna dzieciom, mężowi, sobie samej. Kiedyś się uodpornię. Chciałabym zacząć od dziś.

Pomidorowa

Skończyłam gotować pomidorową. Kojarzy mi się z domem, wspólnym obiadem, pozytywnie, pogodnie, lubię kolor pomidorów, ich smak, lubię pomidorową. Najbardziej z kostkami chleba, taką jadała moja babcia. Albo ze świderkami. Z ryżem. Zmiksowaną z warzywami jako zupę-krem. Domowa. To jest najmocniej kojarzące się określenie.

Wczoraj rano praca, popołudniowy powrót w biegu, zgarniam małego, jedziemy do kolegi, trochę boję się popołudnia z trzema matkami, tej próby, buntu małego, sama nie wiem, czego jeszcze. Jedziemy. Mały pracuje, robi wrażenie nie tylko na mnie. Potem idzie się bawić z kolegami. Dla mnie pełnia szczęścia, bawi się, nie chce wracać, jest zadowolony.

Dziś właśnie odszedł od gry i kolegi, żeby pojeździć z tatą na rowerze. A rano, po powrocie z kościoła, sam ogarnął buty, wieszanie ubrań w szafie… Jakby ktoś go podmienił. Fakt, pożarł wczoraj prawie całe opakowanie witamin w żelkach. Może te witaminy też wpłynęły.

A ja, coraz mocniej zaplątana.

Na fb wyskoczył mi film z nim. Gapiłam się, nie mogąc oderwać oczu i uszu. Zapisałam sobie ten film, z rozpędu, z przyzwyczajenia, z tęsknoty.

Dzwonił do mnie rano, gdy jechałam na spotkanie. Obiecałam oddzwonić w drodze powrotnej, długo rozmawialiśmy, on wciąż z nadzieją na spotkanie, ja z rozdartym sercem, czując się jak piąte koło u wozu, on wciąż podkreślał, że schudł, że wymienia garderobę, że naprawia zęby, a ja z każdym słowem czułam coraz mocniej, że do niego nie pasuję, że on taki idealny, a ja taka beznadziejna. Mówił, że jak wpadnę na niego na ulicy, to go nie poznam i powiem: „przepraszam, młodzieńcze, że na ciebie wpadłam”…

Przed czterdziestką zmienił kobietę. Teraz próbuje, przed pięćdziesiątką, zmienić siebie. A mnie przez myśl przebiega ciągle, że może jego obecna kobieta, przed swoją czterdziestką, będzie chciała zmienić faceta i go zostawi. Ona kończy 40 lat za rok. On będzie miał wtedy 50.

Sprzątał bagażnik. A w nim wiatrówka, którą włożył po rozmowie ze mną, pewnie wyjmie ją na wyjazd, a ja wciąż będę się łudzić, że rzeczywiście chciał mnie zabrać, by postrzelać. W bagażniku wielkie worki, linka, jakaś przeterminowana kukurydza w puszce, w rozmowie wysnuł nam się motyw morderstwa, gdyby potrzebował pozbyć się ciała, może zadzwonić, jestem dyskretna, zorganizowana, chętnie pomogę…

Prawie uległam namowie na błyskawiczne spotkanie, ale zadzwoniło duże dziecko z prośbą o transport ze szkoły. Podjechałam, powiedziałam, ze może wieczorem się zobaczymy na oficjalnej imprezie.

Pojechałam razem z mężem. Weszliśmy. W pierwszej chwili go nie poznałam, choć rozglądałam się, próbując go wypatrzeć. Podeszliśmy się przywitać, zdjęliśmy kurtki, obejrzeliśmy wystawę. Potem podeszliśmy jeszcze chwilę porozmawiać, mówiłam, że zmarniał, że go nie poznaliśmy wchodząc.

Wyglądał rewelacyjnie. Nowy garnitur, nowa koszula, nowy pasek z piękną sprzączką, buty, które już znam i które cudnie pasowały do reszty stroju. O nowe zęby nie miałam śmiałości tak publicznie zapytać. Ale patrzyłam i robiło mi się coraz ciężej na sercu, jakby z takim przekonaniem, że on, teraz taki idealny, w ogóle nie zwróci już na mnie uwagi. Pożegnał się, my też, powiedział, że razem wyjdziemy, rozmawiałam z nim po drodze, mąż jakoś obok, nie umiałam znaleźć kluczyków, powiedział, że może nas podrzucić, powiedziałam, że chętnie, ale nazajutrz jadę wcześnie do pracy, więc musiałabym jednak rano dotrzeć po auto. Miałam wrażenie, że on strasznie się spieszy, że chce jak najszybciej się pożegnać. Znalazłam kluczyki, podał mężowi rękę na do widzenia, ja też podałam mu rękę, wsiadł do auta, my poszliśmy do swojego. Odjechaliśmy.

Coraz ciężej mi.

Z jednej strony, poczułam, że on dodaje mi skrzydeł, że łatwiej mi tak znosić wszystko, ze świadomością, że on jest, że ten perlisty śmiech sprawia, że na moment wszystko inne staje się mniej ciężkie. A z drugiej, czuję coraz mocniej przepaść, która nas dzieli, on jest coraz mniej osiągalny, coraz mniej mój, ciągle za nim tęsknię, wiedząc, że nie mam prawa. Świadomość, że wyjeżdża, że go nie zobaczę przez cały tydzień, że mogłam też wyjechać, spotkać go, wpaść na niego, zaskoczyć, że omija mnie coś tajemniczego, coś istotnego, niesamowitego, strasznie to trudne.

Słucham celtyckiej muzyki. Zastanawiam się, na ile moja podświadomość wpływa na takie wybory, jak samoudręczenie. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek lubiłam taką muzykę.

Nigdy nie byłam na jego koncercie. I teraz, choć miałabym okazję, też nie będę.

Mówię sobie, że tak jest lepiej. Chcę cieszyć się pomidorową, chłopcami na rowerach (może w tym roku kupię sobie nowy rower i będę jeździć z nimi), pierwiosnkami w ogrodzie. Chcę skupić się na nich, bo mnie potrzebują, bo źle im, że jestem daleko, nawet, jeśli udaję, że jestem tuż obok.

Rano mąż wszedł do łazienki. Myłam zęby, przytulił mnie. A ja uświadomiłam sobie, że bardziej w moich myślach pragnę seksu samego w sobie, niż jego, niż seksu z nim. Nie kocham go? Jestem obok, bo czuję, że on mnie kocha, że potrzebuje, bo zależy mi, żeby chłopcy się z nim dogadywali. Chcę wierzyć, że we mnie, gdzieś głęboko, tli się wciąż miłość do niego, chciałam napisać, że chciałabym móc ją odnaleźć, rozwinąć, umocnić, ale w sumie sama przed sobą nie umiem przyznać, czy ja jeszcze tego chcę.

Lubię przy nim zasypiać, ale czuję się opuszczona, nieatrakcyjna, ważna mniej, niż wszystko inne, waham się, czy chciałabym to zmienić, czy zależy mi jeszcze na tym. Czy zależy mi jeszcze na nim. Na czym mi zależy, poza panem K.? Czuję, że na rodzinie, na dzieciach przede wszystkim, ale też nie wiem, czy to nie z poczucia winy, obowiązku, czy rzeczywiście z miłości.

Ciągle boję się straty. Jak można stracić kogoś, kogo się nie ma? Więc czego tak naprawdę się boję?

Znaleziona zagubiona

Znalazła się kartka. W dobrych rękach, 100% bezpieczeństwa, nie wpadła w ręce kogoś, kogo mogłaby zranić.

W uszach ciągle słyszę jego dzwonek.

Ulga, że kartka jest. Odkrycie, że kiedy ktoś robi coś dobrego dla mnie, to ja już od razu węszę podstęp i zakładam, że na pewno będzie chciał czegoś w zamian.

Rano czekałam na telefon. I nic. Coś robiłam z dokumentami, jakieś zlecenie, dłubanina, zrobiło się późno, zadzwoniła praca, w trakcie rozmowy on zadzwonił. Dwa razy. Skończyłam rozmowę, wzięłam prysznic, postanowiłam, że oddzwonię w aucie, ale znów zadzwonił, powiedziałam, że odezwę się z auta.

Kiedy zadzwoniłam, okazało się, że on też jedzie w tym samym kierunku. Ale było już za późno, by wybrać się razem, poza tym on powiedział, że zadzwoni do swojej kobiety i może razem pojadą. Założył, że nie znajdę dziś czasu. Powiedziałam, że może jednak, mówiłam, że może po 14:00.

Zadzwonił o 14:10. Odebrałam, powiedziałam, że nie chce mi się wychodzić z domu, że jestem na niego zła, że bolą mnie jajniki, że jestem zmęczona. On powiedział, że chciałby zobaczyć pończochy, powiedziałam, że musi skorzystać z videopołączenia. Oddzwoniłam do niego na video. Leżałam na łóżku, patrzyłam na ekran podzielony na pół, on u góry, ja na dole, patrzyłam na swoje rozrzucone włosy, dekolt czerwonej sukienki, pokazałam pończochy, wiedząc, że on będzie chciał więcej. Chciał.  A ja nie umiałam się przeciwstawić. Dopiero, gdy dziecko mnie zawołało, rozłączyłam się. Oddzwoniłam do mamy. Wsiadłam  do auta, bez bielizny, tylko w pończochach pod sukienką, cieniutki sweterek, płaszcz, a w torebce jedna z moich zabawek, którą chciał zobaczyć.

Zadzwoniłam. Był w pracy, pytał, czy znajdę pół godziny, potwierdziłam, umówiliśmy się na parkingu, na którym jest tak ładnie. Podjechałam, kilka osób zbierało się do wyjścia, jeden chłopak stał w okolicy toalet. Wydawało mi się, że widzę jego samochód, zadzwoniłam, podjechał dwa parkingi wyżej, poprosiłam, by przyjechał na mój parking.

Usiadłam z tyłu samochodu, bez butów, czekałam. Podjechał, powiedział, że nawet mnie nie widać. Takie było założenie. Wsiadł i od razu rzucił się na mnie, a ja czułam całą sobą, że bardzo tego chcę. Odlatywałam, krzyknęłam głośno, on zatkał mi usta ręką, to było bardzo podniecające, nawet się nie spodziewałam. Kiedy całował moją pierś, całowałam jego włosy i lizałam ucho, bardzo mi to było potrzebne. Chciałam czuć go całą powierzchnią mojego ciała, palcami, ustami. Doszedł na moich piersiach, ociekałam jego spermą. Sperma poplamiła też jego spodnie. A on nagle zaczął bardzo się spieszyć, czym jeszcze bardziej mnie rozzłościł. Mówił, że jedzie do mamy, że czekają na niego dzieci, była żona. Spryskał się wodą toaletową, plamę na kolanie również. Odjechał, życząc do siego roku, a ja zostałam w mokrej sukience, z jego spermą na piersiach, na dłoniach, na twarzy, z pustką. Z własną złością na niego i na mnie samą. Odchodząc powiedział,  żebym postarała się nie złościć na niego, a ja odrzekłam, żeby to on bardziej się postarał.

Merde.

Nie chcę jego starań, chcę spokoju. Bez niego, jeśli nie ma innej opcji.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego dziś tak bardzo chciałam z nim być, czuć, doznawać… Kwestia hormonów i jajników?

I zostałam z poczuciem, że nic nie mam. Że daję, ale to, co otrzymuję, to wcale nie to, co chciałabym otrzymać.

Zaspana, zabiegana

Zaspałam. Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Jego dzwonek. Z nieukrywaną radością odebrałam, powiedziałam, że obudził mnie i przedstawiłam moje plany na dziś. Intensywnie, bo rano z dzieckiem, potem praca, potem z drugim dzieckiem, powiedziałam, że jak będę wyjeżdżać do pracy, odezwę się. Zapytałam jeszcze o święta, powiedział, że fajnie, bo nikt nie płakał.

A ja już nie odpowiedziałam, że u mnie beznadziejnie, on też nie zapytał. Nie mówiłam, że płakałam, że tęskniłam. Bo po co mówić…

Wsiadłam do auta w drodze do pracy, zadzwoniłam, odebrał, rozmawiał z księgową i nie bardzo miał czas na rozmowę ze mną. Powiedziałam, że będę długo pracować, ale muszę zdążyć po dziecię, a potem chcę zdążyć na koncert, ale będę nieco później, on mówił o próbie, potem o koncercie, zapytałam, czy będzie. Potwierdził. Powiedziałam, że przyjadę, pewnie spóźniona. Paplałam coś o nowych pończochach. Jeszcze zdążyłam się dowiedzieć, że nie przyznali mu nagrody, na którą liczył.

Pojechałam. W pracy zeszło dłużej, niż przypuszczałam, w drodze powrotnej nie zadzwoniłam, jechałam bardzo szybko, chciałam skupić się na drodze. Poszliśmy na siłownię. Młody zwymiotował, ja zemdlałam. Trener ratował mnie czekoladowym batonikiem – spadł mi poziom cukru, mądra ja, zapomniałam zjeść w pracy, bohaterka, ta…

Po takim treningu wsiadłam do auta i odebrałam telefon od szefowej, duuuużo roboty na wieczór, nici z koncertu. Odwiozłam młodego, pozwoliłam mężowi pozachwycać się pończochami i żałowałam, że nie wsunął swojej ręki ciut głębiej pod sukienkę, by mógł odkryć, że miałam na sobie tylko pończochy, a majtek już nie.

Z lekkim rozczarowaniem i żalem pomyślałam, że pan K. na pewno by tak zrobił.

Stos pracy i marudne dziecko… Skutek taki, że mąż śpi, spał już, jak mały opowiadał mu jakąś historyjkę. A ja nie mogę teraz spać.

Jutro znów intensywny dzień. Wszystko jak w kołowrotku, ale może moje hormony przestaną szaleć, znów skupię się na mężu, nie na tym, czego mieć nie mogę, jakoś tak coraz mniej czuję, że chcę dokończyć rozmowę, może jeszcze chciałabym, żeby wiedział, co czuję i co myślę, ale to i tak nie ma znaczenia, bo on z tą wiedzą niczego nie zrobi, a mnie nadal będzie źle, a gdy on zadzwoni, znów wymięknę i da capo….

Wiem, u góry Ktoś planuje, żeby zapełnić mi czas i powstrzymać od pakowania się w kłopoty. Dziękuję. Potrzebne mi to. Jak matka, która wyciąga dziecku zapałki z rączek, bo ja zafascynowana ogniem nie widzę, nie chcę wiedzieć, że mogę się mocno poparzyć.

Przeprowadzkowo

Odkryłam, że muszę przenieść bloga. Ale to wszystko zbiegło się z czasem intensywnych myśli o przeprowadzce. Potrzebą znalezienia własnego miejsca na ziemi. Chciałam wynająć, kupić mieszkanie i uciec. Ciągle zastanawiam się, od czego. Powoli dociera, że uciec od problemów, od przemocy, od krzyków, od ciągłego upokarzania.

W pierwszej chwili, kiedy padły słowa:

  • to się wyprowadzę
  • to się wyprowadź!

byłam zdecydowana wszystko rzucić i zacząć coś nowego. Sama. Z dziećmi. Sama nie wiem. Rozważałam różne opcje. Jeszcze rok temu mogłabym z marszu pozwolić sobie na taką decyzję. Teraz finanse są takie, że sama nie dam rady. Obliczyłam, że bardziej opłaci mi się kupić mieszkanie i spłacać kredyt, niż wynajmować i co miesiąc płacić przedziwne opłaty z tym związane. Nie mogę mieszkać u mamy. Nie zniosę tego na dłuższą metę. Kiedy zabrałam jedną torbę, laptopa i kilka książek, miałam poczucie, że nie wiem, co dalej. Zastanawiałam się, czy gdybym zadzwoniła i powiedziała, że chcę wszystko zostawić, poukładać na nowo, zapytała, czy on chce być częścią tej układanki, to co by mi odpowiedział. Długo gryzłam się z tą myślą. Przeformułowywałam w głowie pytanie, jakie mogłabym mu zadać. Próbowałam sobie wyobrazić, co będzie, jeśli on powiedziałby tak, a jednocześnie czułam, że odpowie negatywnie, chciałam chyba nawet tej konfrontacji, by usłyszeć „nie”, by móc powiedzieć, że skoro „nie”, to ja chcę być sama, nie chcę namiastki, chcę czegoś więcej, nie potrzebuję kawałka obecności, ale ciągłego wsparcia, nawet, jeśli wiedziałabym, że jego ciągle nie będzie w domu, że dzieci, że mama, że praca – to mogłabym wtedy bez wyrzutów sumienia, zadzwonić do niego o każdej porze, choć tak naprawdę nie wiem, czy to mogłoby mi wystarczyć.

A potem czas mijał, a ja z każdą chwilą upewniałam się w przekonaniu, że go nie chcę, a może tylko wmawiałam sobie taką opcję, by odrzucić ryzyko odmowy. W każdym razie dotarło do mnie, że jadąc autem do pracy i rozmawiając z nim przez telefon tęsknię za kimś innym. Że boli mnie ta inna obojętność. Że ja chcę wsparcie odnaleźć w kimś innym. Myślałam nawet, że może to jest tak, że ja tęsknię za tym, którego akurat nie ma. Że w takim razie oni obaj są mi potrzebni.

I potem utknęłam na wniosku, że nie powinnam nic zmieniać, że jest, jak jest. Jeden tu, drugi tam, jakaś moja niestabilna równowaga pomiędzy nimi. Z jednej strony zależy mi na obecnym związku, mocno. Boleśnie wręcz. Tak bardzo potrzebuję wsparcia w codzienności, obecności, dobrych słów, gestów. Wspierania po prostu. A z drugiej, brak tego wszystkiego jest tak strasznie dotkliwy, że odbiera wszelkie chęci. Nie mam siły tłumaczyć, mówię, mówię, ale widzę, że te słowa zupełnie nie docierają.

Nie chcę żyć w równoległym świecie, choć jednocześnie daję sygnały, że takie życie mi odpowiada. Nie chcę, by rozpadło się coś dla mnie ważnego.

Czuję się zdominowana przez niepewność. Źle mi, tak ogólnie, ale nie chcę wypłakiwać się na ramieniu, które samo się nadstawia, chcę wsparcia innych ramion, a one są coraz odleglejsze. Boli.

Może właśnie dlatego podświadomie czuję, że powinnam zupełnie odrzucić równoległe kontakty, by nie mieć sobie nic do zarzucenia. I wtedy podjąć decyzję, co dalej. Czy naprawdę nie ma żadnej szansy, czy naprawdę mam spakować się i odejść? Ja nie chcę odchodzić bez niego. Po wielu dniach refleksji dotarło do mnie, że chciałabym, byśmy razem się wyprowadzili. Zaczęli coś nowego, naszego, co nas umocni, scali, pomoże trwać ze sobą i dla siebie.

Prawie przestaliśmy rozmawiać. Czuję się ignorowana, a potem nie mam nawet siły, by cokolwiek powiedzieć. Jakby wewnętrzna blokada. Jakbym sama siebie splątała czymś, czego nie umiem rozwiązać. A ja tak lubię rozplątywać.

Wirująco

Déjà vu….

Znów jego kobieta dzwoni i pyta, czy możemy jechać do pracy razem. Ciężki dzień przede mną, a jej obecność nie ułatwia niczego.

Wcześniej zablokowałam jego numer. Po historii z cukinią, której nie mogłam wyjąć przez dłuższą chwilę (skurcz mięśni i przerażenie, że tak zostanę na długo…), znów mobilizowałam się do trwania daleko od niego. Wytrzymałam kilka dni. A potem zadzwoniłam, żeby powiedzieć, że go zablokowałam. Po tym telefonie zdjęłam blokadę, ale jadąc z nią do pracy zastanawiałam się, co będzie, jeśli on zadzwoni. A ona, trajkocząc do mnie i do innych, opowiedziała tyle, że poukładały mi się kolejne kawałki układanki.

Nie są małżeństwem. Nigdy go o to nie zapytałam. Ona opowiadała o nim koleżankom. Nakreślała kontekst. Mówiła, że on od dawna śpi u mamy, że się mijają. Wyszło mi na to, że ja czasem widuję go częściej, niż ona…

Do jedzenia zamówiłam cukinię. Perwersyjnie. Nie mogłam się oprzeć. Mówiła, że w nic się już nie mieści, a ja z durną satysfakcją patrzyłam na jej grube uda w spodniach i wizualizowałam jego dłonie na koronce pończoch na moich udach (mam szczuplejsze nogi).

Była przemiła. Mówiła o samochodzie, który kupił i o tym, jak się nim fajnie jeździ – walczyłam, żeby nie powiedzieć, że doskonale wiem, że przecież jeździłam z nim…

I jeszcze jak mówiła o jego córce, o nim, takie informacje, których teoretycznie nie powinnam znać, a ja przecież to wszystko od niego wiem…

Kiedy siedziała w moim gabinecie, on zadzwonił, pomachałam, żeby go pozdrowiła ode mnie, a on zapytał, o kogo chodzi, ona tłumaczyła: no pani dyrektor, no ta, co nam dokumenty…. – A on dziwił się, myśląc, że chodzi o kogoś z jej pracy, potem uświadomiła mu, że jest dziś w pracy u mnie, podała miasto, on zorientował się chyba, ale nie wiem, co powiedział. W każdym razie to na pewno był dla niego sygnał, by nie dzwonić.

I jeszcze potem kupiłyśmy kawę, każda postawiła swój kubek w aucie, w przegródce na drzwiach. Ona odpakowała moją słomkę, pomogła zainstalować ją w kubku – ja prowadziłam. A ona siedziała tam, gdzie on kilka dni wcześniej.

Rok temu już to przerabiałam. W tym roku jakoś podświadomie liczyłam na to, że też zadzwoni, że pojedziemy razem, uprzedmiotowiłam ją – potraktowałam jako źródło informacji, w ubiegłym roku nic o nim nie mówiła.

Strasznie rozbolała mnie głowa. Potem brzuch – dostałam okres. Tak bardzo chciałam komuś opowiedzieć, co czuję, dlaczego się tak motam, czemu mi tak źle. I co mogłabym powiedzieć? Że siedzę przy jednym stole z kobietą mojego kochanka (ex-kochanka?), która o mnie nie wie? Że udaję, że zaskakują mnie jej informacje z ich, z jego życia?

Że w sumie ją lubię, że jest fajna, że rozumiem, co on w niej widzi, że nie rozumiem, dlaczego, skoro ją kocha, spotyka się ze mną, robi ze mną to wszystko, co wykracza poza definicję koleżeństwa…

Rozmawiałam z mężem, powiedziałam mu, że niezręcznie mi było, kiedy ona opowiadała mi o ich życiu, a ja udawałam, że się dziwię, że nie wiem, a przecież wiem, przecież z nim niemal codziennie rozmawiam – że ta niezręczność nie wiem, z czego wynika. Że ja mężowi opowiadam, jak on do mnie dzwoni, co u niego, że mąż wie o jego nowym aucie, o chorej mamie… Bo może różnica jest taka, że ja rozmawiam jednak z mężem, że nie mijamy się tak bardzo, jak oni, że on nawet nie wiedział, że ona jedzie ze mną, moim autem, do mojej pracy, a mój mąż zorientował się od razu, nie dziwił go jej samochód na naszym podjeździe.

Ciągle boli mnie głowa. Tak strasznie za nim tęskniłam, tęsknię. Strasznie boli. Czekałam na jego telefon od rana, zadzwonił, gdy wychodziłam do pracy, umówiliśmy się na późniejszy telefon. Skończyłam pracę, nie zadzwonił. Wsiadłam do auta, cały czas licząc, że się odezwie. Odezwał się. Zaproponował spotkanie. Powiedziałam, że jestem strasznie głodna, że zjem cokolwiek, on prosił o szczegóły, powiedziałam, że chcę zupę, i że chcę szczegółów naszego spotkania, że muszę wiedzieć, co będziemy robić. Powiedział, żebyśmy się spotkali na cmentarzu i pojedziemy na zupę. Pojechaliśmy. Wstępny plan był taki, żeby do Maka, potem trafiliśmy na stację benzynową. On bardzo nalegał, żebym zdjęła rękę z kierownicy, rozpiął spodnie. Odmówiłam, patrzyłam na drogę, on patrzył na mnie, na moje pończochy, zapytał, czy mam drugą parę na zmianę. Zapytałam, dlaczego pyta. Chciał spuścić się na moje pończochy.

Jakiś czas temu uznałabym to za genialny pomysł, bardzo genialny i podniecający. A tym razem po prostu nie wiedziałam, co mam powiedzieć. I tak to zrobił. Mówił, że wzorzyste pończochy też są fajne, ale potem zorientowałam się, że on może mówił o koronkowej manszecie (miałam taką niewzorzystą, w paseczki), że może o to chodziło, a nie o wzór na całej długości. Chciałam go dziś o to zapytać, ale nie zadzwonił. Siedział wczoraj długo w moim aucie, ja trajkotałam, opowiadałam o podróży z nią, o niezręczności całej sytuacji, czułam, że on nie chce o tym rozmawiać, ale sadystycznie ciągnęłam temat, jakbym chciała, żeby on też utracił poczucie komfortu.

Źle mi. On nie chciał wyjść z auta, a ja chciałam, żeby został w nim jak najdłużej, nawet, jeśli nie mogłam nic zrobić.

Bezwstydnie przed samą sobą przyznałam, że finisz na moich pończochach był jak realizacja fantazji, niesamowicie ekscytujący. Że chciałabym jeszcze. Ale mi nie wolno. Nie mogę.

Marzy mi się zmysłowa sesja fotograficzna, w pończochach, nogi, ewentualnie pośladki, te koronkowe manszety, czarno-białe zdjęcie w dużym formacie. Dwa egzemplarze. Jeden dla męża, drugi dla niego. I potem zderzyłam się z wizją, że nawet, jeśli dam mu takie zdjęcie, nawet, jeśli je gdzieś powiesi, mówiąc, że po prostu dostał od jakiegoś fotografa, to jeśli nas odwiedzą, a ona zobaczy takie samo zdjęcie u nas, to przecież…

Nie wiem, czy zdążę przed świętami z tą sesją, w poniedziałek zadzwonię do fotografki, którą poznałam przy zleceniu dla niej, potem robiła nam zdjęcia, robi takie sesje, zobaczę, co da się zrobić.

Jeden egzemplarz. Dla męża. Pończochy. Z wiekiem coraz bardziej świruję. On też. Czemu nie wpadliśmy na siebie wcześniej? Czemu nie umiem bez niego wytrzymać? Albo nie chcę umieć?

Tak strasznie dziś tęsknię. I wiem, że nie mam prawa. Moje pończochy, jego sperma, jego oddech na moim policzku, ciężar ciała na moim ciele, ciepło rozlewające się po udach, białe, zaschnięte plamy. Przecież nie mogę, nie umiem, nie potrafię. Kruszę się i rozsypuję. Nie rozumiem, wszystko wiruje.

Obolała

Tak mi było błogo i dobrze bez spotkania. Taka byłam dumna z mojego nie. Gorączka, ból mięśni, nie byłam na siłowni, ani na basenie. Było mi zimno i źle, ale czułam się dobrze ze świadomością, że trwam.

Wtulona w męża, w myśli o nim, o nas, w błogość domowego szczęścia.

Zadzwonił dziś rano, kiedy jechałam do pracy. Rozmawialiśmy bardzo długo, dobrze mi było w tej rozmowie, choć on cały czas namawiał na spotkanie. W końcu powiedziałam, że zjadę na stację benzynową, kupię dla nas kawę, on miał dojechać. Na stacji parking taki, że wszyscy wszystko widzą. Kupiłam dwie kawy i usiadłam na ławeczce. Podjechał po chwili. Wziął kawę i zaproponował, żebyśmy się przeparkowali. Jechałam za nim, ale wszędzie było tak samo. Zaproponował, żebyśmy pojechali na następny MOP. Jechałam pierwsza. Szybko, czasem wolniej. Znów szybko. Zjechałam. Na parkingu pełno ciężarówek, przypięliśmy zasłonki. Zgubiłam się i przestałam liczyć, który raz dochodzę. Wszystko zaczęło mnie boleć (a może nie przestało po poprzednim razie). Potem on. Zastanawiałam się, czy kierowcy TIR-ów widzą, co robimy. Klasycznie, jak stały schemat, z tą różnicą, że skończył w mojej dłoni, na tapicerkę moich siedzeń. Wycieraliśmy razem jego spermę, szukając chusteczek. Otworzyłam drzwi. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Długo tak. Zapytałam, dokąd dokładnie jedzie, nie powiedział, zaczął kręcić, że właściwie nie wie, nie pamięta, że musi dojechać do X, potem do Y. Kiedy wyrzucałam chusteczki zauważyłam, ze ma otwarty bagażnik. W bagazniku mała torba podróżna. Zamknęłam go. Potem pojechałam do pracy. On też pojechał. Wracając odkryłam, że auto już nim nie pachnie, plama wyschła. Zadzwoniłam, żeby zapytać, czy dojechał. Słyszałam, że nie jedzie. Kiedy zapytałam, czy jest już na miejscu, powiedział, że ma przerwę. Chciałam mu powiedzieć, że mi pusto bez jego zapacu w aucie, że chciałam, żeby choć jego glos wypelniał auto, ale on jakoś chciał szybko zakończyć rozmowę. Powiedział, że zadzwoni w piątek. A ja przypomniałam sobie, jak kiedyś spotkaliśmy się na parkingu blisko mojej pracy, dzwoniła jego kobieta, on nie odebrał, powiedział, że potem oddzwoni, powie jej, że zrobił sobie przerwę.

Pomyślałam, że czuję się zazdrosna, jakby do kogoś jechał, z kimś się spotkał. Mogłabym zadzwonić do jego kobiety i powiedzieć: Twój facet nas zdradza… no, nas zdradza, Ciebie ze mna już od prawie 10 lat, a teraz mnie i Ciebie jeszcze z inną…

Boli mnie tyłek. Uderzyłam się o drzwi samochodu wyrzucając kubek po kawie. Nie pocałował mnie na do widzenia, uścisnął lekko za rękę, zastanawiając się głośno, czy na tym parkingu są kamery. Nie wypatrzyliśmy ich, ale to nie znaczy, że ich nie było. Chyba w tamtej chwili miałam nadzieję na to, że mnie pocałuje, skoro nikt nas tam nie zna. Znów pomyślałam o sobie: głupia.

I źle mi. I nie miałam ochoty robić tego wszystkiego, co robiliśmy w aucie. I bardziej, niż obolały tyłek, uwiera mnie obolała dusza. Nie chcę się z nim spotkać w piątek. Chciałabym umieć powiedzieć, że już nigdy się nie chcę z nim spotkać, że go nie potrzebuję, że on nie daje mi tego, czego najbardziej mi potrzeba. Boli.

Zapełnianie

Mam wrażenie, że staram się coś zapełnić bieganiem, pracą, pływaniem, intensywnie wypełnianym czasem, przypadkowymi znajomościami na GG, rozmowami z autostopowiczami.

Jakby przerażała mnie ta pustka, biorąca się z tęsknoty za rozmowami, za bliskością, może za adrenaliną, za niepewnością rozwijającej się relacji.

Czuję się straszliwie samotna. Mąż śpi. Ciągle jest zmęczony, albo go coś boli, albo po prostu jest niewyspany. Seks raz w miesiącu to dużo poniżej moich oczekiwań. I już chyba nawet jest tak, że pogodziłam się z tym, że go nie ma, że już mi nawet na tym nie zależy.

Zastanawiam się, co robię źle, skoro na niego nie działam. Mam wrażenie, że staję na rzęsach, żeby coś się zmieniło, a jest coraz gorzej.

Jakieś żarty na temat techniki i bycia inżynierem. Jasne. Moja technika bardzo się rozwinęła, ale to tylko dzięki treningom na panu K. (Nie wiem, czy po prostu wprost mam go tu nazywać Kochankiem). Nie wiem, czy gdyby nasze małżeńskie pożycie wyglądało inaczej, gdybyśmy robili to częściej, intensywniej, czy w ogóle miałabym ochotę na spotkania z panem K.

Może wtedy miałabym siłę powiedzieć mu „nie”. Nie odbierać jego telefonów, nie umawiać się na spotkania, nie cieszyłabym się z tych spotkań i nie myślała w trakcie czy tuż po, że właśnie takiego rżnięcia potrzebowałam.

Poszłam wczoraj na koncert. Sama. Mąż spał. Weszłam na salę koncertową, odnalazłam nasze miejsca i usłyszałam głos pana K. Wyszłam z rzędu, mając nadzieję, że mnie zauważy i że może podejdzie się przywitać. Rozmawiał z jakąś kobietą, nie chciałam tak nachalnie podchodzić, wróciłam na miejsce. Co jakiś czas jego głos wdzierał się w moje uszy. Nie podszedł, po chwili ujrzałam, jak stoi w grupce, w której jest też jego żona (ciągle nie wiem, czy żona). Miałam wrażenie, że mnie zauważył, ale rozumiałam, że nie podejdzie. Zastanawiałam się, po co poszłam na ten koncert (nie wiedziałam, czy on przyjdzie, nie wiedziałam, czy będzie sam), przez myśl przebiegło, że po to, by kolejny raz pękło mi serce, ale ono pękało już tyle razy, że pewnie się przyzwyczaiło. Myślałam sobie, że gdyby nie ta jego żona, to na pewno podszedłby. Pewnie umówilibyśmy się, że wyjdziemy z koncertu na szybki numerek. Ale tak się nie stało. Siedziałam, rozglądałam się po widowni w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu. I nagle zobaczyłam, że ona idzie w moją stronę, szła rząd niżej, przywitałyśmy się, zapytała, czy przyszłam posłuchać, czy tak sobie przyszłam, powiedziałam, że tak sobie – myśląc, że jakieś takie głupie to jej pytanie, miało pewnie być zabawne, ja starałam się zabawnie odpowiedzieć, ale zupełnie nam nie wychodziło. On usiadł kilka rzędów niżej, ona poszła z kimś porozmawiać, on co jakiś czas patrzył w jej stronę. W końcu ona wróciła do niego, gdy już koncert rozpoczął się. Siedzieli odchyleni od siebie, nie tak, jak kiedyś na przedstawieniu, jakby każde w swoją stronę. Po dwudziestu, może trzydziestu minutach wyszli. On, ona za nim. Starałam się nie patrzeć w ich stronę. Zostałam do końca. Warto było. Muzyka wdzierała się we mnie, wypełniała myśli choć przez ten krótki czas, kiedy trwała. Kupiłam płytę, wypełnia domową ciszę. Kołysze, takiej muzyki było mi trzeba.

Kiedy wróciłam do domu było już późno. Mąż nadal spał. Położyłam dzieci, porozmawiałam chwilę z nimi, sprawdziłam, czy są spakowane do szkoły i usiadłam do przygotowywania się na dzisiejsze poranne spotkanie. Po godzinie nie miałam już siły. Poszłam spać, zastanawiając się, co jeszcze przedstawić i w jaki sposób na porannym spotkaniu. Obudziłam się i zaskoczyła mnie jasność nad oknem. Pomyślałam, że zaspałam. A jednak nie. Jeszcze krzątał się mąż, leżałam w łóżku dopracowując szczegóły spotkania. Kiedy mąż wyszedł z domu wstałam, usiadłam do komputera, przygotowałam materiały, wydrukowałam, spakowałam. Pobiegłam (dosłownie, a bardzo potrzebowałam tego biegu) do sklepu po bułki. Obudziłam dzieci. Śniadanie. Wyprawa do szkoły. Do pracy. Dojechałam szybko. Zaparkowałam spokojnie. Byłam przed czasem. Goście już czekali. Zaczęliśmy punktualnie. Kiedy po 45 minutach usłyszałam, że są zadowoleni i że nie żałują, że musieli wstać tak wcześnie, zrobiło mi się bardzo miło. Jakbym dostała dawkę dodatkowej energii, motywacji. Nie umiem tego określić. Chęć do pracy.

A on nie zadzwonił. Nie zadzwonił, gdy jechałam do pracy. Nie zadzwonił później.. Skończyłam bardzo szybko oba spotkania, zostałam uporządkować dokumenty, wprowadzić korekty na stronie internetowej. Wracałam, po drodze zabrałam autostopowiczów. Czas mijał szybko. Pojechałam do szpitala. Znów zmiany. Otwarte oczy na naszą wizytę, zmniejszone dawki leku, przekonanie, że reaguje, czuje, rozumie, ale nie rusza się, choć podobno zacisnął prawą dłoń na ręce pielęgniarki.

Przez moment pomyślałam sobie, że tak czekam na jego telefon, bo po prostu chciałabym z kimś porozmawiać, choćby o niczym. Jemu opowiedzieć o szpitalu, o obawach, posłuchać jego głosu.

Nie wiem, może to mógłby być ktokolwiek, kto po prostu chciałby dać mi trochę swojego czasu. Rzadko czuję się samotna, na ogół sama potrafię sobie wypełnić czas, ale teraz jakoś bardzo potrzebowałam rozmowy, obecności drugiej osoby, choć tak strasznie chce mi się spać.

Nawet na basen nie mam siły się wybrać. Muszę wstawić auto do garażu. Zamknąć bramę. Zamknąć oczy. Zasnąć, nie myśleć, nie czekać, nie łudzić się. Nauczyć się nie czekać, nie mieć złudzeń. A mimo to czuję, że za nim tęsknię, chyba jednak właśnie bardziej za nim, niż za samą obecnością kogokolwiek.

Ostro

Dochodzę w kilka minut, dwie? Ostro. Jakby bardzo mi było tego trzeba. Takiego ostrego rżnięcia – i to jest właściwe określenie, właśnie tak myślę o tym, co robimy. Szybko, gwałtownie, w moim aucie, wreszcie, po wielu problemach tego dnia.

Rano zadzwonił. Powiedziałam, że jadę do warsztatu, że możemy się umówić w czasie, gdy będą naprawiać mi auto. Ale Zapomniałam w domu telefonu. Siedzę w warsztacie jak na szpilkach, mając nadzieję, że on podjedzie. Nie podjeżdża. Wracam do domu, w zasadzie tylko po telefon. W domu dziecko informuje, że dzwonił pan K. I że to mu tak przeszkadzało, że zaniósł telefon dziadkom, a pan K. dalej dzwonił. Idę do dziadków odebrać telefon. Mówią, że dzwonił i że dziecko przyniosło. Idę oddzwaniać. Dzwonię do niego i mówię, że zostawiłam telefon w domu. On mówi, że pojechał do warsztatu, ale tego oddalonego o ponad 25 km, pojechał, dzwonił, mnie tam nie było, wrócił… Kiedyś byliśmy razem w tym warsztacie. Głupio mi, że on jechał tak daleko.
Mówię, że jak odwiozę dziecko, idę na siłownię. On proponuje, żebyśmy spotkali się wcześniej. Zgadzam się. Parking przycmentarny. Przyjeżdżam pierwsza, on wsiada do tyłu, ja się przesiadam, a potem jest szybko, gwałtownie, intensywnie…

Pytam o wyjazd, on mówi, że dzwonił, ale nic nie ma. Nie mam już ochoty, siły wracać do pomysłu wspólnego wyjazdu.

W drodze z pracy patrzę na trawniki zażółcone mleczami, pięknie tak wiosennie. Myślę o tym, że chciałabym kochać się z nim na trawie, patrzeć na tę żółtość i zieloność wszechotaczającą, czuć go we mnie, na mnie, przy mnie.

Zastanawiałam się, jak wytłumaczyć, że tak do mnie intensywnie wydzwaniał. Doskonale się ułożyły fakty, wytłumaczyłam wszystko mężowi i dziadkom. Sobie chyba nie umiem tego wytłumaczyć.

Umówiliśmy się na jutro. Widzę tę trawę, mlecze, jego – wiem, że kompletnie nie ma na to czasu. Na to, żeby rozłożyć koc, leżeć na tej trawie i patrzeć w niebo. Nie wiem, czy właśnie tego potrzebuję.

W szpitalu trochę zmian, odstawione leki. Nadal respirator. Jakby przebłyski świadomości, ale nie wiem, na ile to nie jest złudzenie.

On nie zapytał o szpital. Chciałam dziś do niego zadzwonić, ale za każdym razem, kiedy wybijam sobie z głowy ten pomysł, powtarzam sobie, że to niespotykane, by pułapka goniła mysz i nie wybieram jego numeru.

Nie wiem, za czym tęsknię. Za wspólnym czasem? Idealizuję wspólne chwile, bagatelizuję problemy.

Chyba czuję się strasznie samotna. Pływam, a myśli wirują. Potrzebuję samotnego zetknięcia z  wodą, a jednocześnie czuję, że bardzo potrzebuję obecności kogoś drugiego.

Najpierw czekałam na to jutrzejsze spotkanie, a teraz się go boję, czuję się nieco znudzona albo wystraszona. A może boję się, że on się znudził, że się mną znudzi, że jest monotonnie, że nie spełniam jego oczekiwań, że mnie odrzuci (boję się odrzucenia? tyle razy w życiu czułam się odrzucona, jakoś powinnam sobie umieć z tym radzić).

Odstraszające wizje i trwanie

Podróżując samochodem łapię się na tym, że wizja tyłka, ba, ten prześladujący mnie zapach, wdziera się w moje myśli, zmysły i krąży.

Taka odstraszająca wizja, motywacja, żeby przy następnym telefonie powiedzieć nie, by nie znaleźć się ponownie w takiej sytuacji z nim, na tylnym siedzeniu mojego auta, jego nagie łydki, jedna skarpetka, ta na lewej stopie, ten przerażająco-wykańczający zapach, który przez kilka dni trwał w samochodzie silniej, niż wszelkie wyrzuty sumienia…. I za każdym razem, kiedy myślałam o nim – wracała tamta scena, łydka, tyłek, stopa, skarpetka, a przede wszystkim ten zapach – całość skutecznie zniechęcała do dalszego myślenia o nim.

Aż do dziś. W pewnej chwili znów zaczęłam z nim w myślach rozmawiać, opowiadać mu o czymś (a, o pytaniu męża, czy byłam u niego na kawie)… Potem jeszcze taka myśl, że ciekawi mnie, co jeszcze mógłby zaproponować, że skoro już mam taki etap za sobą, to co jeszcze, czy coś może mnie bardziej zdziwić, zbulwersować, zniechęcić? I sama siebie skarciłam za te myśli, od których tak bardzo chciałam uciec, uwolnić się. Już nie chcę zastanawiać się, co on może mi zaproponować. Ja po prostu już go nie chcę.

Zastanawiałam się, czy będzie mi brakowało (już brakuje?) rozmów z nim, jego pocałunków, słownych utarczek, które tak uwielbiam, i po kilku dniach wizja tyłka i zapachu już nie działa tak odstraszająco, o zgrozo, a przecież nie chcę. Nie potrzebuję. Nie zamierzam ponownie wpakować się w taką sytuację. I jednak wracam do niego myślami. Przypominam sobie moją rozpacz i łzy po tym, jak mu powiedziałam, że to koniec i zastanawiam się, dlaczego tym razem nie płaczę – może dlatego, że mu tego (jeszcze?) nie powiedziałam, że niewypowiedziane nie ma takiego definitywnego wymiaru, nie stawia jasnej granicy, podziału na czas przed wypowiedzeniem i po wypowiedzeniu. Mam świadomość tego, że znów będę przechodzić żałobę po tej chorej relacji, to jest chyba nieuniknione, nawet motyw tyłka i zapachu nie umożliwią przeskoczenia tego etapu. Uciekam w pływanie, w ruch, aktywność, umawiam się na siłownię, biegam niemal codziennie na basen, usłyszałam ostatnio od trzech różnych osób, że jestem coraz szczuplejsza – nie wiem, może, na pewno jeden z obrzydliwie drogich biustonoszy zrobił się na mnie za luźny, a nie powinien zwłaszcza teraz, gdy mam okres i nabrzmiałe piersi (pomyliłam się, mówiąc mu, że okres dostanę nazajutrz – dostałam po dwóch dniach, od rana mnie zalewa, wkurzając sytuacjami, gdy stoję i rozmawiam, czując, że znów kolejna fala, niezręcznie mi w takich sytuacjach). Denerwuję się, wybucham jak chmura burzowa, a może jeszcze bardziej.

Dostałam dziś w prezencie książkę habilitacyjną mojej dobrej koleżanki Wzruszyłam się, że  o mnie pomyślała i wysłała książkę. Pięknie wydana, jeszcze piękniej napisana, prześlicznym językiem, starannym, wyszukanym – cała piękna. A z drugiej strony odezwała się jakaś zazdrość, poczucie niespełnienia, refleksja – kiedy ja będę mogła wysłać jej moją książkę… I jasny cel – że ja też chcę taką napisać. I żeby to zrealizować, muszę sobie siebie poukładać, znaleźć miejsce i czas na priorytety. Nie rozdrabniać się, stać się taką, jaką siebie lubię i szanuję (ta…., a potem łapię się na refleksji, że chciałabym zobaczyć jego minę, jak zrzucę kolejne 4 kg, a może potem jeszcze kolejne 4…. – i zjawię się przed nim i, może ujmę to inaczej, ale dam jasno do zrozumienia, że nie dla psa kiełbasa, żeby – taką jakąś poczułam potrzebę – uzmysłowić mu, co stracił, z czego zrezygnował… Że ma czego żałować….