Osławiona sukienka i płaszcz

Okryta złą sławą niebieska sukienka Moniki Lewinsky omal nie doprowadziła do utraty prezydentury.

http://www.famous-trials.com/clinton/889-lewinskydress

Przypomniałam sobie o tej sukience, gdy wyjęłam mój skórzany płaszcz. Chciałam oddać go do renowacji, ale okazało się, że w pralni chemicznej zajmą się tylko skórzanymi elementami, a podszewkę muszę wyczyścić sama. Autorzy erotycznych powieści pewnie kompletnie nie zastanawiają się, jak ciężko jest usunąć plamy spermy z podszewki skórzanego płaszcza. Fantastyczna scena, ona wita go w pończochach, wysokich szpilkach i skórzanym płaszczu, on rzuca się na nią, potem następują opisy przeróżnych konfiguracji, a sperma ląduje na podszewce płaszcza, czego w opisach najczęściej już brakuje. I nie ma przepisu, jak usunąć te paskudne plamy. Mocne słońce, szczoteczka, woda, ja i nieszczęsna, poplamiona podszewka. Wyczyściłam, rozłożyłam na słońcu, a po chwili znów wylazły plamy. I tak kilka razy. Próbowałam na różne sposoby. Upał taki, że wszystko schnie błyskawicznie, w końcu się udało. Moja podszewka nie doprowadzi do impeachmentu. Na sznurze skórzany płaszcz, pończochy w motyle, pończochy czarne, czerwone, pasek do pończoch, wieszałam w takim miejscu, żeby nie rzucało się w oczy, na słońcu wszystko szybko wyschnie. Nie wiem, skąd ta nagła potrzeba prania, usuwania plam, może jak potrzeba pozbycia się resztek śladów pana K. z mojego życia. Może dlatego tak długo zwlekałam z upraniem płaszcza, że podświadomie chciałam zachować te ślady, jak Monica swoją poplamioną sukienkę. Na wszelki wypadek. Na wypadek tęsknoty. Na wypadek sama nie wiem czego.

Wciąż przypominają mi się różne sytuacje. Rozmawiamy, on mówi o służbowej imprezie, że w sumie kiedyś go to nudziło, teraz nawet bawi. Ja mówię, że będę wracać z pracy późno, że gdyby się nudził, może zadzwonić (może to podświadoma próba porozmawiania z nim, gdy będzie po alkoholu, skłonniejszy do szczerej rozmowy), ale on mówi, że będzie tam ze swoją kobietą. Koniec tematu. Życzę mu fajnej zabawy. Tyle tylko że ten nasz dialog ma miejsce dzień po tym, jak spotkał się ze mną, na pięć minut, kiedy wracałam z pracy zadzwonił, że jest na mojej trasie, że znalazł fajny zjazd, że tam na mnie czeka, że choć na chwilę, że nigdzie nie muszę odbijać, że zdążę (spieszyłam się wtedy bardzo), nie umiałam odmówić. Zjechałam. Cudne miejsce z widokiem na panoramę miasta, tę bardziej zalesioną, mniej zaludnioną część. Cztery minuty, podczas których on robił to, na co miał ochotę, na moją propozycję tradycyjne odparł „nie”. Piąta minuta na użycie chusteczek i przesiadkę na siedzenie kierowcy. Wracałam do domu w poplamionej sukience, on miał poplamioną koszulkę, nie zdążyłam mu o tym powiedzieć, bo zadzwonił telefon, a on odebrał. Jechał na ważne spotkanie. Zadzwoniłam po chwili i powiedziałam mu o tej koszulce, żeby się przebrał. Czułam się jak mucha złapana w pajęczynę, a potem porzucona. Bolało. Kolejne „nie”, niczym kolejny powód, by go kompletnie olać, a jednak w tej rozmowie następnego dnia jakbym zupełnie nie pamiętała tego uczucia upokorzenia, poczucia wykorzystania, jakaś część mnie miała nadzieję na rozmowę, spotkanie, to, co dla mnie było w tej relacji ważne. Dlaczego to, co bolesne, tak łatwo zaciera się w pamięci, pozwalając mi pakować się w kolejne niekomfortowe sytuacje?

Czemu nie potrafiłam zrobić sobie mentalnie (albo i na papierze) takiej listy wszystkich zranień, wszystkich chwil, kiedy poczułam się przez niego bardzo źle, by skutecznie chronić się przed kolejnymi ranami?

Może za mocno (a teraz gapię się w ekran i zastanawiam, czy przejdzie przez klawiaturę słowo, które przeszło przez myśl), może za mocno go kochałam…

Może teraz jest inaczej i dlatego jakoś łatwiej pamiętać o tych niefajnych aspektach naszej relacji.

Podszewkę wyprałam. Oddam płaszcz do pralni. Wróci jak nowy. Szkoda, że duszy tak nie mogę uprać. Wróciłaby piękna i błyszcząca, bez śladu plam i zagnieceń.

Cudownie świeci słońce. Pójdę na zakupy, a potem wyjdę z książką na huśtawkę, ciesząc się słonecznym popołudniem i udając, że wszystkie moje problemy przestały istnieć. Kawa. Czekolada. Książka. Huśtawka. Słońce. Ja. Prawie jak nowa. Prawie.

Rozczarowaniem

Miałam tylko pięć minut, on przed spotkaniem, nie mam pojęcia, dlaczego spotkałam się z nim. Przyjechał tak blisko mojego domu, że aż bałam się, że ktoś nas zobaczy, coś zauważy. Myślałam, głupia i naiwna, że po prostu chciał mnie tylko zobaczyć. Wcale nie. Przesiedliśmy się do tyłu. Nie umiałam powiedzieć nie. I kiedy za moment miał jechać na spotkanie, stwierdził, że zadzwoni i powie, że trochę się spóźni. To było bardzo ważne, służbowe spotkanie. Szybko doszedł w moich ustach. Pojechał na to spotkanie. A ja zostałam z poczuciem żalu i rozczarowania. Przecież nie tak miało być, przecież mieliśmy tylko porozmawiać.

Ale my już prawie nie rozmawiamy. On dzwoni, żeby zapytać, czy podjadę, albo, żeby powiedzieć, że nie ma czasu rozmawiać.

Wczoraj powiedział, że dziś rano zadzwoni. Czekałam  w łóżku na jego telefon. Bolący brzuch, migrena, bardzo nie chciałam wychodzić z łóżka. Kiedy wygonił mnie pod prysznic, poczułam, że robię to wbrew sobie, kradnę czas na sprzątanie domu, zabawę z dziećmi, zakupy… Z 20 minut zrobiła się prawie godzina. Na parkingu przy dużej firmie. My na tylnym siedzeniu, jego usta, zastanawiałam się, czy sznurek tamponu mu nie przeszkadza. Chyba nie przeszkadzał. Potem zapytał, gdzie chcę, by się spuścił. Powiedziałam, że jestem nudna, dając do zrozumienia, że nic się nie zmieniło i wciąż chciałabym czegoś, czego on mi odmawia. Po chwili zapytałam, czy już coś wymyślił. Nie wymyślił, a ja powiedziałam, że chcę, by skończył na swoim  brzuchu, bym mogła wszystko zlizać. Odsunęłam jego piękną koszulę, by jej nie zachlapał, owłosiony, lepki brzuch, nie wiem, czy podobało mu się, czy mój pomysł mu się spodobał, nie zlizałam wszystkiego, poprosił o chusteczki, nie dając mi szansy na usunięcie wszystkiego językiem. Było późno. On założył spodnie, ja włożyłam majtki, przesiadłam się do przodu, on do swojego auta, każde pojechało w swoją stronę. Nie wiem, z jakimi uczuciami on odjeżdżał, ale ja byłam mocno rozczarowana. Sobą. Nim. Tym, że nie rozmawiamy. Kiedy rano chciałam przesunąć spotkanie na jutro, bo bałam się, że mamy mało czasu, on zaczął wymawiać się wyjazdem z mamą, potem służbowym, wieczornym spotkaniem, przecież wieczorem i tak nie spotkalibyśmy się.

A teraz przyszło mi do głowy, że może chciałabym go spotkać wieczorem, gdyby to była zakrapiana impreza, że może znów, w przypływie szczerości, powiedziałby coś, co na co dzień mocno ukrywa.

A może po takim spotkaniu byłabym jeszcze bardziej rozczarowana.

Chciałabym umieć powiedzieć mu nie.

Żeby za mną zatęsknił, żeby postarał się bardziej, żeby poczuł, że mu na mnie zależy. Że coś traci, gdy mnie nie ma w jego życiu. Że nie jestem rozrywką, którą da się zastąpić czymkolwiek innym.

Kilka miesięcy temu myślałam, że chcę usunąć go z mojego życia, myślałam, że jestem pewna tej decyzji, tylko jeszcze nie znam sposobu, skutecznego sposobu.

Od tamtego czasu podziało się tak, że nasza relacja, takie mam wrażenie, stała się jeszcze intensywniejsza, regularniejsza, zamiast znaleźć skuteczny sposób na jej zakończenie, ja, tak czuję, znalazłam jakieś dziwne argumenty, które przekonały mnie samej do zaakceptowania status quo.

A kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam robić bilans, z którego wynikło, jak wiele ta relacja mi odbiera, przede wszystkim jak wiele czasu kradnie. Jak dziś, ten czas na sprzątanie, na zabawę… Miałam w planie wycieczkę z dzieckiem. Pojechaliśmy, mimo bólu brzucha, dojechałam bezpiecznie na miejsce, w wielkim stresie. A powrót był jeszcze bardziej stresujący, choć na szczęście wracaliśmy we trójkę. Śnieżyca, bardzo zaśnieżone i śliskie drogi, koszmarne warunki. Długo wracaliśmy, ale udało się bezpiecznie dotrzeć do domu. Na pewno chcę tam jeszcze wrócić, cudne miejsce, z dziećmi, albo sama, albo z mężem, po prostu jeszcze na spokojnie obejrzeć wszystko, wypić herbatę, miło spędzić czas.

Gdybym nie spotkała się z nim, może zdążyłabym ugotować obiad dla dziecka, może posprzątałabym stosy papierów, ubrań i innych rzeczy leżących tam, gdzie nie jest ich miejsce. A może po prostu leżałabym w łóżku, czytała książkę, albo leżała i tęskniła, czekając na jego telefon.

Moje dni składają się z czekania na jego telefon, z rozmów z nim, z rozczarowań, krótkich spotkań, długiego czekania, jeszcze większych rozczarowań. Wszystko kręci się wokół niego, on przesłania mi esencję życia, jakby sam próbował stać się życiową esencją, tyle tylko, że on nie jest życiodajny, jego obecność zatruwa mnie. Sama się na to godzę. Po dzisiejszym spotkaniu mówię sobie, że jego obecność w moim życiu niczego mi nie daje, niczego nie wnosi, nie jest kimś, komu chcę się zwierzać, może chcę, ale tego nie robię z poczucia chyba zazdrości, że jego relacje z dziećmi są lepsze, że ma takie zdolne, fajne dzieci, że tak cudownie o nich opowiada, a ja mogłabym mówić przez łzy, albo łzy zupełnie uniemożliwiłyby mi rozmowę. Chciałam czuć, że jest osobą, na którą zawsze mogę liczyć, ale to nieprawda. Chciałam w to wierzyć, ale tak nie jest.

Chciałabym mieć siłę nie odpowiadać na jego telefony, nie spotykać się z nim, zapomnieć, zniknąć, wymazać go. Wciąż samą siebie pytam, co w nim takiego pociągającego, żeby chociaż był przystojny.

Jasne, mogę sobie powiedzieć, że jest cudny w łóżku, ta, w jakim łóżku, w łóżku tego nigdy nie robiliśmy, może tak, że seks z nim jest cudny, ale to, co nas łączy, nie mieści się w definicji seksu w takich ramach, w jakich zamknąłby go Bill C.

Może dzięki niemu odkryłam jakąś ukrytą przede mną samą własną ciemną/inną stronę. Nie wiem czemu z nim pewne rzeczy, czynności, gesty sprawiają mi przyjemność, ale tylko z nim. Może gdybym rzeczywiście umiała uznać, że pociąga mnie w nim tylko to, co on potrafi zrobić z moim ciałem i to, jak moje ciało reaguje na niego, jak on reaguje na mnie – może gdybym miała pewność, że poza fizycznością nie ma nic więcej, łatwiej umiałabym z niej zrezygnować.

Nie chcę nazywać go moim kochankiem, a siebie jego kochanką. Kiedyś myślałam, że chciałabym wiedzieć, jak on mnie określa, sam wobec siebie, jak mówi o mnie wobec innych, czy jestem panią X, jak kiedyś, czy w ogóle kimś jestem.

Nie chcę, by dzwonił tylko po to, by powiedzieć, że nie ma czasu, albo by zapytać czy się spotkam, a jak powiem, że nie, to się rozłączy. Może w głębi duszy tęsknię za niegdysiejszymi rozmowami z nim. Jest w naszych słowach jakaś troska o drugą osobę (jedź ostrożnie, zapnij kurtkę, zjedz coś, uważaj na siebie, dasz radę…), ale sama już nie wiem, czy te słowa wynikają z troski, czy może z przyzwyczajenia. Nie czekam tak na telefon od męża, jak na telefon od niego.

Kiedyś pomyślałam, że może dlatego jest mi potrzebny, że wobec niego niczego nie muszę. Wobec wszystkich mam jakieś zobowiązania wynikające z różnych ról (żony, córki, mamy…), to są czasem trudne role, trudne obowiązki, nie mogę z nich zrezygnować. A w jego przypadku, niczego nie muszę, a jednocześnie czuję się mocno zniewolona, niezdolna do oporu, całkowicie uległa i podległa.

Zastanawiam się, co się zmieniło od czasu, kiedy powiedziałam mu, że godzę się na wszystko z lęku, by on nie zniknął z mojego życia.

Może coraz częściej zastanawiam się, czy to życie bez niego nie będzie lepsze od dotychczasowego. Lęk przed zmianą. Ale nie każda zmiana oznacza zmianę na gorsze. Skoro taka jego obecność, jak teraz, w moim życiu w żaden sposób mnie nie satysfakcjonuje, skoro rozczarowuje bardziej, niż zadowala – może rzeczywiście nie ma sensu godzić się na to.

Czuję się jak dziecko, stojące przed wystawą. Nie mogę dostać misia, o którym najbardziej marzę. Nie rozumiem, dlaczego. Ale, by nie sprawić przykrości, staram się wybrać sobie inną zabawkę, taką, której wybór będzie odpowiadał obdarowującemu, taką, której wybór sprawi jemu przyjemność, nawet kosztem tego, że ja będę udawać, że mnie jest przyjemnie i że właśnie tego chcę. A ja chcę misia. Nie wiem, czy on spełni jakieś moje oczekiwania, czuję, że go chcę. Ale może stojąc tak długo przed witryną i słysząc ciągłe nie, sama zaczynam wierzyć, że ja go już nie chcę, że wcale nie jest mi potrzebny, a podświadomie czuję, że może to dlatego, że ja na tego misia nie zasługuję, że on jest dla kogoś lepszego, że ja nie zasługuję na nic.

Nie prowadzę dokładnych statystyk, ale mam poczucie, że z nim przegadałam więcej czasu, niż z własnym mężem, że może on wie o mnie więcej, niż mąż, może to takie moje złudzenie, że połknęłam tyle jego spermy, że w części jestem już nim, że z nim orgazmów więcej, niż z mężem, że porównuję ich i, wbrew moim oczekiwaniom, wbrew moim przypuszczeniom, on coraz częściej wypada lepiej, niż mąż.

A jednak nie wymieniłabym męża na niego.

Choć może tylko dlatego, że on takiej wymiany nie chce. Może, jak z misiem, wmawiam sobie, że wcale go nie chcę, bo usłyszałam, że nie mogę go mieć, że nie jest dla mnie, że nigdy go nie dostanę.

Starałam się pracować nad sobą, nad moją z mężem relacją, ale mam wrażenie, że oddalamy się coraz bardziej, każdy drobny gest męża wobec mnie jest ogromnym zaskoczeniem i budzi zdziwienie, tak mało tych gestów, tak rzadko. Tak chciałabym czuć się wyjątkowa w jego oczach, zakładać dla niego sukienki, pończochy (kiedy ostatnio zauważył moją sukienkę i powiedział, że ładnie wyglądam, to było bardzo przyjemne, chyba zdążyłam już zapomnieć, jak bardzo przyjemne mogą być takie słowa).

Kiedy wybieram pończochy, sukienkę, robię to z myślą o nim, nie o mężu. Może brakuje mi takich właśnie sytuacji, że gdzieś idziemy razem, że dla męża się ubieram, dla niego wybieram pończochy, dla niego wychodzę w sukience, pod którą nie mam bielizny.

Chciałabym, by to on, mąż, sprawiał, że czuję się wyjątkowa, kochana, pożądana, pociągająca. A tak nie jest.

Dziś waga znów pokazała mniej, kolejny próg przekroczony. Ku mojej ogromnej radości. Chciałabym, by mąż to zauważał, by mnie wspierał, ale z drugiej strony łapię się na tym, że chcę lepiej wyglądać, by bardziej podobać się jemu, by wypadać korzystniej, niż jego kobieta.

Czuję, że chcę się z nim rozstać, sprawdzić, jakie będzie moje życie bez niego. I bardzo się tego boję. Pierwsze, o czym pomyślałam, to lęk, że go zranię.

A przecież pamiętam, jak kiedyś powiedział, że życie jest za krótkie, żeby się przejmować, dziś jest, jutro nie ma (w kontekście, że jak się zgadzam, to on korzysta i się bawi, a jak mówię nie – to on płakać nie będzie, bo przecież trudno, było, minęło…).

I boję się własnego cierpienia, tyle razy już przerabiałam tę żałobę po rozstaniu, tyle razy płakałam, tęskniłam, wpadałam w depresję, uciekałam w pisanie, czytanie, pływanie, w cokolwiek, już sama nie wiem, w co, by poradzić sobie z bólem, z żalem, z tęsknotą.

Mam czym wypełniać moje życie, rodzina, praca, czytanie…

A jednak czasem w wyobraźni widzę, jak mieszkam sama, w niedużym domu, w którym moje istnienie sprowadza się do czekania, by on przyjechał choć na moment, na chwilę, na godzinę – z całą świadomością, że nawet moja wyobraźnia nie dopuszcza myśli, że on mógłby ze mną dzielić ten dom, że nawet, gdybym została sama, to on nie zechciałby ze mną być.

Sama taka jego deklaracja zadziałała jak odrzucenie, poczułam się odrzucona, ale w jakiś sposób ciągle czułam, że on jest mi potrzebny. Próbowałam zrozumieć, do czego. Teraz mam wrażenie, że do niczego, bo on niczego mi nie daje (poza orgazmami w biegu?).

Nie wiem, czy chciałabym z nim wyjechać, bycie z nim dłużej, niż przez godzinę, może być trudnym doświadczeniem i dla mnie, i dla niego. Czuję, że wbrew temu, co kiedyś deklarował, on wcale nie chce ze mną wyjeżdżać. On właśnie chce kogoś do szybkich numerków, kogoś, kto spełni jego fantazje, kto na wszystko się zgodzi, a potem szybko odjedzie, niczego nie oczekując w zamian.

Źle mi z tą świadomością. W jakiś sposób czuję się wykorzystana. Naiwna. Nie umiem pewnych rzeczy, sygnałów odczytać. Dosłowność mnie przytłacza. A dziś boli. Nie tylko brzuch, całe wnętrze. Rozczarowania bardzo bolą.

Nocą ciszę rozdziera chrapanie męża. Bardzo irytujące. Nie mogę skupić się na własnym rozczarowaniu, własnej rozpaczy, na niczym.

Jutro też jest dzień, kolejny, by zastanowić się, jak to uporządkować. Bo nie powinnam już pytać „czy”, ale pytać „jak”.

 

Wbrew

Poranek z poślizgiem, bo dziecko z bólem głowy… Kiedy wysiadamy pod szkołą, młodszy mówi, że telefon dzwoni, że to pan X… Jasne, to już tak jest, że dziecko po dzwonku rozpoznaje, że to on.

Odbieram i mówię, że oddzwonię.

Wiem, jest po imprezie, potrzebuje transportu. Mówię, że jadę zatankować i że mogę wziąć też kawę dla niego. Chce kawę, a ja zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę tylko go odwieźć, to nie powinnam była proponować mu kawy.  Ale kupuję kawę, zdejmuję majtki na parkingu przy stacji benzynowej i jadę na parking, na którym on czeka. Wsiada do auta, mówię, że ma ładną kurtkę i że ładnie w niej wygląda. Mówię, że mam mało czasu, a on prosto z mostu mówi, że chce się na mnie spuścić. W moje buty. Mam wysokie kozaki, mówię, że idę na bardzo oficjalne spotkanie, że nie mam butów z pochłaniaczem zapachu. Jestem sama na siebie zła. Pytam, gdzie go wysadzić, ale i tak nie odjeżdżam, tylko parkuję, po chwili przeparkowujemy się, bo koło nas parkuje ktoś jeszcze. Siedzimy, rozmawiamy, znów o niczym, o pracy, o piciu. W końcu on mówi, że chce mnie wylizać, a ja, zamiast zaprotestować, głupio pytam, jak, bo przecież na przednim siedzeniu ciężko… On mówi, żebym przeszła do tyłu. Przechodzę i już wyłączają mi się wszelkie czujniki i wszelki opór. Odlatuję, źle mi i cudownie, rozdziera mnie ta oksymoroniczna eksplozja, leżę, liżąc jego stopę, on ociera się członkiem o moje udo, mówi, że już cieknie, chce skończyć w moich ustach, zgadzam się, on porusza moją głową, lekko ciągnie za włosy, znów odlatuję, wtulam głowę w jego brzuch, z nim w moich ustach, tkwię i nie chcę się ruszyć. Wiem, że za moment on będzie się ubierał i przyspieszy. Patrzę na zegar. Jest późno, za 45 minut mam być o 55 km dalej. Odwożę go, jeszcze dzwonię, on oddzwania, długo rozmawiamy, prosi, bym zadzwoniła na przerwie, na blacie mam ponad 170 km, przeraża mnie to, bo nie czułam, że przyspieszyłam aż tak bardzo. W pracy jestem przed czasem. Pracuję, myśli wirują, w przerwie wychodzę i dzwonię, on też pracuje, przegląda dokumenty, gadamy o niczym, potem musi kończyć, mówi, że oddzwoni, ale tego nie robi. Dzwonię po wyjściu z pracy, odbiera, choć właśnie jedzie do mamy, mówi, że z kolegą, nie wiem, co o tym myśleć, czy przy koledze ze mną gada, czy kolega będzie za moment, a potem mówi, że już przyjechał i idzie do mamy, żegna się krótkim pa, bez żadnej deklaracji, że zadzwoni jutro, bez pytania, co robię i czy jadę do pracy, po prostu pa.

Wiem, że nie będzie jutro dzwonił, bo przecież dostał to, czego chciał, na najbliższy tydzień wystarczy… A potem znów będzie mnie urabiał, ugniatał jak plastelinę, bym spełniała jego fantazje, a on będzie spełniał moje, te niewypowiedziane, bo na wypowiedziane ciągle reaguje negatywnie.

Da capo… Męcząco, wbrew postanowieniom, wbrew sobie samej, w momencie, gdy odbudowuję w sobie pozytywne nastawienie do męża, życia, rodziny, pozwalam samej sobie rozsypać to, co ledwo posklejałam. Kruchą równowagę, poczucie bezpieczeństwa. Wszystko się sypie.

Teraz mam ochotę zapytać go, czego naprawdę chce, po co mówi coś, czego potem nie wciela w życie. Czy w ogóle kiedykolwiek naprawdę chciał ze mną wyjechać. Czy ta propozycja basenu była poważną propozycją, a jeśli nie, to po co to wszystko mówił, tak banalnie – żebym była łatwiejsza…

A ja znów, ta naiwna, ta, co nie umie odczytać sygnałów, nie rozumie, bierze dosłownie to, co jest przenośnią i sarkazmem, a jednocześnie tak empatycznie potrafi rozgryźć, co boli innych i usprawiedliwiać ich zachowanie, zdejmując z nich odpowiedzialność.

Może znajdę w sobie odwagę i zapytam.

Pamiętam tę rozmowę, kiedy on był po alkoholu, jakbym tęskniła za tą jego otwartością i szczerością, że choć raz powiedział, co w nim siedzi, nie mówiąc bezpośrednio, co do mnie czuje, ale określając się w tej naszej relacji.

A ja chyba potrzebuję doprecyzowania, potwierdzenia. Sama nie wiem. Boję się już nie wiem, czego. Chyba nie tego, że go stracę, bo ostatnie rozmowy pokazały, że nie mamy o czym rozmawiać, że większą przyjemność sprawia mi seks z nim, niż rozmowa, a kiedyś było inaczej. Gadamy, ale to jak dwa monologi, może nie potrzebujemy już ze sobą rozmawiać, a tylko ja nie potrafię, nie chcę przyznać się przed sobą, że potrzebuję, że w tej relacji oczekuję jedynie seksu. A może wcale nie potrzebuję, albo wmawiam sobie, że tak nie jest. I może wypieram potrzebę rozmowy, bo skoro jest niezaspokojona, to łatwiej mi wmówić sobie samej, że wcale jej nie potrzebuję.

Miałam zastanawiać się nad odpowiedzialnością. Nie wiem, dlaczego mam taką potrzebę chronienia innych, czego się boję, nie dźwigam już tego wszystkiego, chcę, żeby każdy dźwigał swoje, ale nie wiem, jak tego dokonać.

I wiem, że podświadomie będę czekać na jego telefon. I wiem, że sama do niego pierwsza nie zadzwonię, to jakiś schemat taki, że dzwonię po, jakbym chciała jeszcze przedłużyć bycie z nim, przy nim, a potem uciekam, chowam się w swojej skorupce i czekam, aż któreś jej miejsce zmięknie na tyle, by go do tej skorupki wpuścić. On wszystko rozwala, ja, zaślepiona, pozwalam mu na to, a potem znów usuwam wszelkie jego ślady ze skorupki, moszczę się w niej, odnajduję równowagę… do następnego razu.

Boję się, że ta moja skorupka pewnego dnia już nie da się posklejać i nie będę miała gdzie się schronić.

Znaleziona zagubiona

Znalazła się kartka. W dobrych rękach, 100% bezpieczeństwa, nie wpadła w ręce kogoś, kogo mogłaby zranić.

W uszach ciągle słyszę jego dzwonek.

Ulga, że kartka jest. Odkrycie, że kiedy ktoś robi coś dobrego dla mnie, to ja już od razu węszę podstęp i zakładam, że na pewno będzie chciał czegoś w zamian.

Rano czekałam na telefon. I nic. Coś robiłam z dokumentami, jakieś zlecenie, dłubanina, zrobiło się późno, zadzwoniła praca, w trakcie rozmowy on zadzwonił. Dwa razy. Skończyłam rozmowę, wzięłam prysznic, postanowiłam, że oddzwonię w aucie, ale znów zadzwonił, powiedziałam, że odezwę się z auta.

Kiedy zadzwoniłam, okazało się, że on też jedzie w tym samym kierunku. Ale było już za późno, by wybrać się razem, poza tym on powiedział, że zadzwoni do swojej kobiety i może razem pojadą. Założył, że nie znajdę dziś czasu. Powiedziałam, że może jednak, mówiłam, że może po 14:00.

Zadzwonił o 14:10. Odebrałam, powiedziałam, że nie chce mi się wychodzić z domu, że jestem na niego zła, że bolą mnie jajniki, że jestem zmęczona. On powiedział, że chciałby zobaczyć pończochy, powiedziałam, że musi skorzystać z videopołączenia. Oddzwoniłam do niego na video. Leżałam na łóżku, patrzyłam na ekran podzielony na pół, on u góry, ja na dole, patrzyłam na swoje rozrzucone włosy, dekolt czerwonej sukienki, pokazałam pończochy, wiedząc, że on będzie chciał więcej. Chciał.  A ja nie umiałam się przeciwstawić. Dopiero, gdy dziecko mnie zawołało, rozłączyłam się. Oddzwoniłam do mamy. Wsiadłam  do auta, bez bielizny, tylko w pończochach pod sukienką, cieniutki sweterek, płaszcz, a w torebce jedna z moich zabawek, którą chciał zobaczyć.

Zadzwoniłam. Był w pracy, pytał, czy znajdę pół godziny, potwierdziłam, umówiliśmy się na parkingu, na którym jest tak ładnie. Podjechałam, kilka osób zbierało się do wyjścia, jeden chłopak stał w okolicy toalet. Wydawało mi się, że widzę jego samochód, zadzwoniłam, podjechał dwa parkingi wyżej, poprosiłam, by przyjechał na mój parking.

Usiadłam z tyłu samochodu, bez butów, czekałam. Podjechał, powiedział, że nawet mnie nie widać. Takie było założenie. Wsiadł i od razu rzucił się na mnie, a ja czułam całą sobą, że bardzo tego chcę. Odlatywałam, krzyknęłam głośno, on zatkał mi usta ręką, to było bardzo podniecające, nawet się nie spodziewałam. Kiedy całował moją pierś, całowałam jego włosy i lizałam ucho, bardzo mi to było potrzebne. Chciałam czuć go całą powierzchnią mojego ciała, palcami, ustami. Doszedł na moich piersiach, ociekałam jego spermą. Sperma poplamiła też jego spodnie. A on nagle zaczął bardzo się spieszyć, czym jeszcze bardziej mnie rozzłościł. Mówił, że jedzie do mamy, że czekają na niego dzieci, była żona. Spryskał się wodą toaletową, plamę na kolanie również. Odjechał, życząc do siego roku, a ja zostałam w mokrej sukience, z jego spermą na piersiach, na dłoniach, na twarzy, z pustką. Z własną złością na niego i na mnie samą. Odchodząc powiedział,  żebym postarała się nie złościć na niego, a ja odrzekłam, żeby to on bardziej się postarał.

Merde.

Nie chcę jego starań, chcę spokoju. Bez niego, jeśli nie ma innej opcji.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego dziś tak bardzo chciałam z nim być, czuć, doznawać… Kwestia hormonów i jajników?

I zostałam z poczuciem, że nic nie mam. Że daję, ale to, co otrzymuję, to wcale nie to, co chciałabym otrzymać.

Wirująco

Déjà vu….

Znów jego kobieta dzwoni i pyta, czy możemy jechać do pracy razem. Ciężki dzień przede mną, a jej obecność nie ułatwia niczego.

Wcześniej zablokowałam jego numer. Po historii z cukinią, której nie mogłam wyjąć przez dłuższą chwilę (skurcz mięśni i przerażenie, że tak zostanę na długo…), znów mobilizowałam się do trwania daleko od niego. Wytrzymałam kilka dni. A potem zadzwoniłam, żeby powiedzieć, że go zablokowałam. Po tym telefonie zdjęłam blokadę, ale jadąc z nią do pracy zastanawiałam się, co będzie, jeśli on zadzwoni. A ona, trajkocząc do mnie i do innych, opowiedziała tyle, że poukładały mi się kolejne kawałki układanki.

Nie są małżeństwem. Nigdy go o to nie zapytałam. Ona opowiadała o nim koleżankom. Nakreślała kontekst. Mówiła, że on od dawna śpi u mamy, że się mijają. Wyszło mi na to, że ja czasem widuję go częściej, niż ona…

Do jedzenia zamówiłam cukinię. Perwersyjnie. Nie mogłam się oprzeć. Mówiła, że w nic się już nie mieści, a ja z durną satysfakcją patrzyłam na jej grube uda w spodniach i wizualizowałam jego dłonie na koronce pończoch na moich udach (mam szczuplejsze nogi).

Była przemiła. Mówiła o samochodzie, który kupił i o tym, jak się nim fajnie jeździ – walczyłam, żeby nie powiedzieć, że doskonale wiem, że przecież jeździłam z nim…

I jeszcze jak mówiła o jego córce, o nim, takie informacje, których teoretycznie nie powinnam znać, a ja przecież to wszystko od niego wiem…

Kiedy siedziała w moim gabinecie, on zadzwonił, pomachałam, żeby go pozdrowiła ode mnie, a on zapytał, o kogo chodzi, ona tłumaczyła: no pani dyrektor, no ta, co nam dokumenty…. – A on dziwił się, myśląc, że chodzi o kogoś z jej pracy, potem uświadomiła mu, że jest dziś w pracy u mnie, podała miasto, on zorientował się chyba, ale nie wiem, co powiedział. W każdym razie to na pewno był dla niego sygnał, by nie dzwonić.

I jeszcze potem kupiłyśmy kawę, każda postawiła swój kubek w aucie, w przegródce na drzwiach. Ona odpakowała moją słomkę, pomogła zainstalować ją w kubku – ja prowadziłam. A ona siedziała tam, gdzie on kilka dni wcześniej.

Rok temu już to przerabiałam. W tym roku jakoś podświadomie liczyłam na to, że też zadzwoni, że pojedziemy razem, uprzedmiotowiłam ją – potraktowałam jako źródło informacji, w ubiegłym roku nic o nim nie mówiła.

Strasznie rozbolała mnie głowa. Potem brzuch – dostałam okres. Tak bardzo chciałam komuś opowiedzieć, co czuję, dlaczego się tak motam, czemu mi tak źle. I co mogłabym powiedzieć? Że siedzę przy jednym stole z kobietą mojego kochanka (ex-kochanka?), która o mnie nie wie? Że udaję, że zaskakują mnie jej informacje z ich, z jego życia?

Że w sumie ją lubię, że jest fajna, że rozumiem, co on w niej widzi, że nie rozumiem, dlaczego, skoro ją kocha, spotyka się ze mną, robi ze mną to wszystko, co wykracza poza definicję koleżeństwa…

Rozmawiałam z mężem, powiedziałam mu, że niezręcznie mi było, kiedy ona opowiadała mi o ich życiu, a ja udawałam, że się dziwię, że nie wiem, a przecież wiem, przecież z nim niemal codziennie rozmawiam – że ta niezręczność nie wiem, z czego wynika. Że ja mężowi opowiadam, jak on do mnie dzwoni, co u niego, że mąż wie o jego nowym aucie, o chorej mamie… Bo może różnica jest taka, że ja rozmawiam jednak z mężem, że nie mijamy się tak bardzo, jak oni, że on nawet nie wiedział, że ona jedzie ze mną, moim autem, do mojej pracy, a mój mąż zorientował się od razu, nie dziwił go jej samochód na naszym podjeździe.

Ciągle boli mnie głowa. Tak strasznie za nim tęskniłam, tęsknię. Strasznie boli. Czekałam na jego telefon od rana, zadzwonił, gdy wychodziłam do pracy, umówiliśmy się na późniejszy telefon. Skończyłam pracę, nie zadzwonił. Wsiadłam do auta, cały czas licząc, że się odezwie. Odezwał się. Zaproponował spotkanie. Powiedziałam, że jestem strasznie głodna, że zjem cokolwiek, on prosił o szczegóły, powiedziałam, że chcę zupę, i że chcę szczegółów naszego spotkania, że muszę wiedzieć, co będziemy robić. Powiedział, żebyśmy się spotkali na cmentarzu i pojedziemy na zupę. Pojechaliśmy. Wstępny plan był taki, żeby do Maka, potem trafiliśmy na stację benzynową. On bardzo nalegał, żebym zdjęła rękę z kierownicy, rozpiął spodnie. Odmówiłam, patrzyłam na drogę, on patrzył na mnie, na moje pończochy, zapytał, czy mam drugą parę na zmianę. Zapytałam, dlaczego pyta. Chciał spuścić się na moje pończochy.

Jakiś czas temu uznałabym to za genialny pomysł, bardzo genialny i podniecający. A tym razem po prostu nie wiedziałam, co mam powiedzieć. I tak to zrobił. Mówił, że wzorzyste pończochy też są fajne, ale potem zorientowałam się, że on może mówił o koronkowej manszecie (miałam taką niewzorzystą, w paseczki), że może o to chodziło, a nie o wzór na całej długości. Chciałam go dziś o to zapytać, ale nie zadzwonił. Siedział wczoraj długo w moim aucie, ja trajkotałam, opowiadałam o podróży z nią, o niezręczności całej sytuacji, czułam, że on nie chce o tym rozmawiać, ale sadystycznie ciągnęłam temat, jakbym chciała, żeby on też utracił poczucie komfortu.

Źle mi. On nie chciał wyjść z auta, a ja chciałam, żeby został w nim jak najdłużej, nawet, jeśli nie mogłam nic zrobić.

Bezwstydnie przed samą sobą przyznałam, że finisz na moich pończochach był jak realizacja fantazji, niesamowicie ekscytujący. Że chciałabym jeszcze. Ale mi nie wolno. Nie mogę.

Marzy mi się zmysłowa sesja fotograficzna, w pończochach, nogi, ewentualnie pośladki, te koronkowe manszety, czarno-białe zdjęcie w dużym formacie. Dwa egzemplarze. Jeden dla męża, drugi dla niego. I potem zderzyłam się z wizją, że nawet, jeśli dam mu takie zdjęcie, nawet, jeśli je gdzieś powiesi, mówiąc, że po prostu dostał od jakiegoś fotografa, to jeśli nas odwiedzą, a ona zobaczy takie samo zdjęcie u nas, to przecież…

Nie wiem, czy zdążę przed świętami z tą sesją, w poniedziałek zadzwonię do fotografki, którą poznałam przy zleceniu dla niej, potem robiła nam zdjęcia, robi takie sesje, zobaczę, co da się zrobić.

Jeden egzemplarz. Dla męża. Pończochy. Z wiekiem coraz bardziej świruję. On też. Czemu nie wpadliśmy na siebie wcześniej? Czemu nie umiem bez niego wytrzymać? Albo nie chcę umieć?

Tak strasznie dziś tęsknię. I wiem, że nie mam prawa. Moje pończochy, jego sperma, jego oddech na moim policzku, ciężar ciała na moim ciele, ciepło rozlewające się po udach, białe, zaschnięte plamy. Przecież nie mogę, nie umiem, nie potrafię. Kruszę się i rozsypuję. Nie rozumiem, wszystko wiruje.

Wściekle

Chyba po raz pierwszy od dawna poczułam ogromną wściekłość na niego.

To nie był dobry poranek, z każdą chwilą było coraz trudniej, jak lawina niedobrych przejść. Kiedy wyszłam z domu, kolejny raz ze łzami w oczach, pomyślałam, że właśnie teraz potrzebuję spotkać się z nim, na moment, na 10 minut, na krótkie i intensywne oderwanie od tego, co przyprawia mnie o łzy, co boli i uwiera, o czym choć na 10 minut chciałabym zapomnieć.

Zadzwoniłam. Nie odebrał. Oddzwonił po 5 minutach. Nie słyszałam go. Może to jego telefon, może mój. Rozłączyłam się. Oddzwonił znów. Zaparkowałam przed sklepem. Zapytałam, co robi. Powiedział, że czeka na dziecko. Że zaraz przyjdzie, a potem idzie na imprezę służbową.

Powiedziałam w skrócie, jak ciężko jest od rana, że już się przyzwyczaiłam, ale jest ciężko. Nie wiedziałam, czy on mnie w ogóle słucha, coś czasem odpowiadał. Tak bardzo potrzebowałam umówienia się, nawet za godzinę, dwie trzy, ale tej świadomości, że go zobaczę, że wyłączę na moment poczucie beznadziei. Zapytał o środę, żeby upewnić się, że wtedy nie pracuję, ale przypomniałam mu, że od środy będę zajmować się dziećmi i będę uziemiona. Z oczami pełnymi łez powiedziałam, że idę do sklepu i rozłączyłam się, słysząc, jak coś jeszcze mówi, ale nie mając pewności, że mówi do mnie.

Łzy kapały po drodze do sklepu. Dobrze, że upał szybko je osuszył. Był mi tak strasznie potrzebny. Na moment. Na chwilę, na rozmowę. Niekoniecznie już na szybki numerek w samochodzie. Tak po prostu, żeby tylko powiedział, że będzie dobrze, nawet, jeśli sam w to nie wierzy. Żeby po prostu był. Uchem, które wysłucha, ramieniem, o które się oprę, ustami, które powiedzą, że będzie dobrze.

A potem uświadomiłam sobie po raz kolejny, że nawet nie mogę się na niego wściekać, bo nie mam prawa oczekiwać, że będzie dla mnie wtedy, kiedy ja go potrzebuję. Nic nas nie łączy, poza szybkim seksem w aucie. Żadne zobowiązania, deklaracje. Nic. Zupełnie nic. Więc niczego nie mogę oczekiwać.

I chciałabym znaleźć teraz w sobie siłę, żeby móc zatrzymać się na tej myśli, że nic od niego nie chcę, że niczego nie może mi dać, że te kradzione chwile nie są mi niezbędne, że on jest mi zbędny. Że nie chcę wykradać czasu z dobrego życia na źle spędzane z nim chwile. Zawsze będę na końcu, po jego dzieciach, mamie, żonie.

Może potrzebne mi było przypomnienie, że dla niego jestem nikim i nie mają znaczenia te wszystkie słowa, którymi on stara się przywiązać mnie do siebie, uzależnić. Niech sobie żyje wspomnieniem ognia, moich rąk, stóp, ust, jego stóp we mnie.

Nie mam już siły.

Nie mogłam do nikogo zadzwonić. Mąż na szkoleniu. Mama w pracy. Nie mam nikogo, komu mogłam była w tamtej chwili powiedzieć, jak mi źle i oczekiwać, że tylko wysłucha, że nawet nic nie powie, ale będzie po drugiej stronie słuchawki.

Nie chcę takiej relacji, bo zderzenie z takimi sytuacjami jest jeszcze bardziej bolesne.

W głowie krzyczę do niego: odczep się ode mnie, zostaw mnie, zniknij z mojego życia, nie dzwoń, nie zbliżaj się do mnie. Po prostu daj mi spokój. Nie burz mojego spokoju.

W szpitalu kompletne zaskoczenie. Bez leków, z lekkim wsparciem respiratora. Psychicznie nastawiamy się na powrót ojca do domu.

„Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie , w miejsce grzechów zamieszka u ciebie” – Mądrość Syracha (3, 14).

Wszystko dzieje się po coś. Może jeszcze tyle mam zrobić dla ojca, bo tak wiele tych moich grzechów trzeba zastąpić miłosierdziem.

Strasznie mi smutno. Poprawiam dokumenty, odsyłam, odganiam smutek, chcę pływać, spać, biec, nie myśleć.

Żona bliskiego przyjaciela mamy jest w szpitalu. Alkoholiczka. Wspaniała pani doktor, mój ideał matki, jak patrzyłam w dzieciństwie na nią, zawsze ją podziwiałam, taka ładna, taka mądra, troskliwa, cudowna pani doktor, cudowna mama.

Ta cudowna mama patrzyła na swojego syna alkoholika, schizofrenika. I nawet sobie nie wyobraża, jak ją rozumiem. Wiem, jak to jest, kiedy ludzie patrzą na porażki dziecka i obwiniają rodziców, a rodzic czuje się bezsilny i też zaczyna sam siebie obwiniać, nie jest w stanie unieść ciężaru poczucia winy i ucieka przed nim. Jedni uciekają w alkohol, inni wpadają w depresję, ja uciekłam w toksyczną relację, szybki seks w samochodzie, w pływanie… Ona topiła poczucie winy w alkoholu. Wczoraj było bardzo źle, dziś jest lepiej. Jest przy niej siostra, mądra kobieta. Syn stara się trzymać, nie pić, nie wiem, jak długo mu się uda, może przeraził go stan matki. Mnie przeraża to, że chciałam być idealną mamą, jaką ona była w moich oczach, a teraz boję się dla mojego dziecka takiej przyszłości, jaką jest rzeczywistość jej synów, boję się, że nie będę umiała poradzić sobie z tym, że będę uciekać. Sama nie wiem, w co. Nie chcę w seks. Nie chcę w wyniszczającą relację. Ale wiem, jak ciężko jest mierzyć się na co dzień z taką sytuacją i jak bardzo kuszące wydają się takie ucieczki od świadomości porażki choćby na moment.

Garść

Garść obserwacji, refleksji, taka zbieranina myśli i spostrzeżeń…

Bolący tył głowy. Kiedy w moich ustach znajduje się jego członek, za kolejnym ruchem głowy odkrywam, że boli, że to jakieś mięśnie, które wtedy pracują, bolą. Może to jest przyczyna… A może moje pływanie bez okularów, tak, żeby nie zanurzyć oczu, a złapać oddech. Nie wiem. Tak mi się pomyślało.

Kiedy moje usta znalazły się na jego jądrach i kiedy, rozpalona jeszcze emocjami po tym, jak chwilę wcześniej doszłam, rejestrowałam, że coś mówi, ale miałam wrażenie, albo chciałam takie mieć, że jest mu dobrze, zwiększyłam intensywność pieszczot i usłyszałam jego bardzo głośne auuuuuuuuuuuu – od razu oprzytomniałam, zrobiło mi się z jednej strony trochę głupio, że sprawiłam mu ból, a z drugiej, odezwałam się na głos, że właśnie wyszła na jaw moja prawdziwa natura, w głowie kłębiły się myśli, z jednej strony o tym, że mi przykro, bo go bolało, a z drugiej jakaś taka satysfakcja, przyjemność wręcz, wynikająca ze świadomości, że to ja sprawiłam mu ból. Nigdy nie myślałam, że ma myśl o tym, że komuś sprawiłam ból, moje usta będą się uśmiechać i ciężko mi będzie powstrzymać się od tego uśmiechu zadowolenia. Dziwnie tak o sobie dowiadywać się czegoś nowego. Do tej pory zdarzało mi się lekko go przygryzać, bardziej muskać paznokciami, niż drapać, po raz pierwszy chyba naprawdę sprawiłam, że fizycznie go mocno zabolało.

W drodze powrotnej powiedziałam, że teraz będę mieć wyrzuty sumienia, że zrobiłam mu krzywdę, powiedział, że spoko. Czyli, że możemy (chyba) do tego nie wracać. Ale mam wrażenie, że jakaś kolejna granica została przekroczona i że będę chciała znów ją przekroczyć. I kiedy wracałam z zakupów, myślałam sobie, że może to jest jakaś równowaga, rekompensata, sama nie wiem co, za ten mój rozkrwawiony tyłek, za ból, który wytrzymuję i o którym nie mówię. Nie wiem.

Przyjechał w krótkich spodenkach (takich do kolan) i koszulce, a chwilę wcześniej powiedział, że ma dziś służbowe spotkanie. Zdziwił mnie tym strojem, tak wakacyjnie się zrobiło. Ja w sukience i biustonoszu, w sandałkach. Nie zdążyłam założyć pończoch i nie wróciłam po nie, po tym, jak mi powiedział, że ma tylko 40 minut, ze względu na to spotkanie.

Zdziwił go brak pończoch. Trudno. Teraz mam zapasową parę w aucie. I kolejne zapasowe majtki też. Te z auta założyłam, zanim odjechaliśmy z lasu, przypominając sobie, że mam pojechać do sklepu, a sukienka jest mocno zwiewna i mogę skończyć, jak Marilyn Monroe.

Kiedy on zajmował się mną, podjechał samochód. On go zauważył. Z auta wysiadła rodzinka z dzieckiem i udali się w stronę lasu. Samochód odjechał. Dziwnie tak, mam nadzieję, że nie widzieli, co robiliśmy na tylnym siedzeniu. On błyskawicznie założył spodnie, ściskając bokserki w ręce przeszedł do przodu i udawał, że rozmawia przez telefon. Bez sensu zupełnie tak. Ja udawałam, że czegoś szukam, starając się nie patrzeć na tę rodzinkę.

A potem, tuż przed odjazdem z lasu, kiedy chciałam założyć te nieszczęsne majtki, wyszłam z auta, a on zauważył, że ktoś idzie. Wróciłam na siedzenie, ale majtki zdążyłam ledwo założyć powyżej kolan. Kiedy człowiek minął nas, znów wyszłam, uniosłam sukienkę, żeby swobodnie założyć majtki na właściwe miejsce i zastanawiałam się, czy on na mnie patrzy.

Wróciłam do auta. Odwiozłam go na parking przy cmentarzu. Zadzwonił mój telefon, zanim odebrałam, pożegnałam się z nim, pocałował mnie, prawie w usta, powiedział, że zadzwoni, odebrałam telefon z pracy, a na myśl o tym, że sprawiłam mu ból, znów zaczęłam się uśmiechać.

Czuję się zupełnie bezsilna. Z jednej strony mam dość takiego funkcjonowania, a z drugiej, po prostu nie umiem powiedzieć, że to koniec i przestać go widywać.

Kiedy w punkcie obsługi klienta oddałam sprzedawcy mój telefon, by sprawdził coś w jakiejś aplikacji, a on potem oddał mi go, zauważyłam, że na ekranie wyświetlił się komunikat aplikacji Clue: „You are estimated to ovulate today” – zastanawiałam się, czy sprzedawca też przeczytał ten komunikat. A jak przeczytał, to czy zrozumiał. A jak zrozumiał, to co sobie pomyślał.

Tona papierów czeka na sprawdzanie. Ale musiałam z siebie wyrzucić tę garść myśli, to coś, co we mnie się kłębi.

Piątek trzynastego

Mąż ma urlop. Rano odwozi młodszego do szkoły, starszy jedzie sam autobusem, ja kończę dokumentację do pracy. Obok mnie telefon. Wiem, że on może zadzwonić w każdej chwili. Wiem, że sama mogłabym zadzwonić i poprosić, żeby nie dzwonił. Siedzimy z mężem przy stole, on z książką, ja z laptopem, telefon między nami.

Dzwoni.

Koleżanka: – udało mi się wszystko samej załatwić, nie musimy się spotykać.

Księgowa: pani dyrektor, to co ja mam zamówić…

Kierowniczka: pani dyrektor, co my zrobimy, bo…

Księgowa: sprawdziłam, to jednak zamawiać?…

Mama: tato nadal zaintubowany, ale ciągle sam oddycha…

Kierowniczka: ja już nie mogę, pani dyrektor, ja już mam tego dość…

– Mąż patrzy na mnie z niedowierzaniem, tłumaczę mu, że tak wygląda moja codzienność w domu, że nawet, gdy nie jadę do pracy, to praca przychodzi do mnie, ciągle coś się dzieje.

Jadę odwieźć mamę z pracy, mam nadzieję, że może on zadzwoni, jak będę poza domem. Mąż idzie do fryzjera. Telefon nie dzwoni. Wracam do domu. Mąż już wrócił. Jedzie po syna do szkoły. Kiedy obaj wracają i trajkoczą jeden przez drugiego, dzwoni telefon, odbieram go i mówię, że nie mogę rozmawiać, że zaraz będę mogła, bo hałas, bo mąż i młody przekrzykują się… Przechodzę do innego pokoju, zastanawiając się, czy mąż zauważył, kto dzwonił. Chyba nie. Mówię mu, że mąż ma urlop, że jest w domu, że pojadę potem z mamą do szpitala. On prosi, żebym zadzwoniła, jak wrócę z mamą, jak będę mogła rozmawiać.

Jedziemy do szpitala. Po drodze zauważam patrol policji, ograniczenie do 30 km/h z powodu malutkiego zwężenia drogi, komentuję, że to jest wredne, takie przyczajanie się na kierowców jadących z górki, że na pewno któryś się rozpędzi i pojedzie więcej, niż 30 km/h… Rozmawiamy z mamą o tym przez chwilę. W szpitalu mówią nam, że jest stabilnie, tato dość przytomny, ciągle zaintubowany. Mają go odintubować jeszcze tego samego dnia. Planujemy przyjechać wieczorem, żartujemy, że wreszcie będzie on mógł się odezwać, bo teraz to tylko my ciągle nadajemy, a on nawet nie może nam powiedzieć, że ma dość.

Wracamy. Mówię mamie, że muszę uważać, jak wjedziemy w uliczkę z patrolem, żebym się nie rozpędziła i w tym samym momencie zauważam policyjne auto z włączonym sygnałem świetlnym zaparkowane na przystanku po przeciwnej stronie ulicy, mama mówi, że pewnie coś się stało. Mijamy przystanek, mama mówi, że to gość na blachach z naszego miasta i że dał się tak złapać… Ja zauważam znajomy samochód. Służbowy samochód. Patrzę na człowieka, który z pochyloną głową szuka dokumentów w portfelu i myślę, że to on. Mówię mamie, że auto wygląda jak auto znajomego, a człowiek jak znajomy, mówię, że to auto ma taką a taką charakterystyczną rejestrację, mama mówi, że w takim razie to nie on, bo rejestracja była inna. Odwożę mamę i myślę sobie, że już źle ze mną, skoro wszędzie go widzę i jeszcze werbalizuję moje przypuszczenia. Gdy mama wysiada, dzwonię do niego, mówię, że jestem wolna, on mówi, że zaraz też, jak tylko mandat odbierze.

Nie wierzę własnym uszom. Nie przywidziało mi się, to był on i jego samochód. Umawiamy się przy cmentarzu. Mam na sobie pasek do pończoch, a pod nim majtki, nie zdejmę ich bez odpinania żabek od pończoch, ale myślę sobie, że może to lepiej i wcale nie będę ich zdejmować. Parkuję, przesiadam się do tyłu i widzę, że po ostatnim spotkaniu została plama na tapicerce, słabo widoczna, ale jednak. Wycieram plastikowe elementy nawilżanymi chusteczkami do czyszczenia wnętrz i czekam. Długo. Przyjeżdża. Pytam o mandat, rozmawiamy, próbuję zdjąć bieliznę, ale się nie da. Dla niego to nie stanowi przeszkody. Źle mi, wszystko mnie boli. Ale i tak zgadzam się na jego stopy we mnie. Boli straszliwie, ale w głowie kołacze się myśl, że ten ból jest w jakiś sposób przyjemny. Dochodzę, czuję lepkość rozsmarowywaną jego stopą na moim udzie. Przez myśl przebiega, że to lepkie, jak krew. on prosi o to, co zwykle, żebym nie przerywała, chce skończyć jak poprzednio. Szybko dochodzi. Dzwoni jego telefon. Ma dzwonek z ulubionej gry mojego dziecka (przypomina mi się, jak moje dziecko powiedziało do mnie i męża, że chce być takie, jak pan K, bo on jest taki ładny i tak ładnie w garniturze wygląda… – ale nie mówię mu tego. Mój syn urodził się niemal tego samego dnia co on – w roku przestępnym, dzień później, więc to jak tego samego dnia, przeraża mnie czasem, ile mają ze sobą wspólnego, jak dobrze, że fizycznie syn jest tak bardzo podobny do męża).

On ubiera się. Ja poprawiam przesunięte majtki, wszystko koszmarnie boli. Pytam, czy będzie wieczorem, on mówi, że tak, choć przeraża go siedzenie w pracy do 22:00. Pytam, czy będzie jego żona, czy poszliby razem z nami napić się w ramach świętowania 40. urodzin męża. On mówi, że nie zabiera żony do pracy (przecież wiem, że czasem zabiera). Mówi: do wieczora. Odjeżdża. Ja przesiadam się do przodu. Widzę wypieki na twarzy. Zastanawiam się, czy mąż zwróci na nie uwagę. Jadę.

W domu okazuje się, że to lepkie to jednak była krew, dlatego tak bardzo bolało.

Wieczorem idziemy z mężem na imprezę. Mąż go zauważa, ale ponieważ on z kimś rozmawia, podchodzimy do stołu, oglądamy grafiki, mąż bierze lampkę wina, słyszę, jak on mówi „cześć” dodając imię mojego męża, mąż nie słyszy, on podchodzi, ja odwracam się, on mówi do mnie cześć, podaje rękę, mąż odwraca się, wita się z nim, mąż pyta, czy on się napije, on tłumaczy, że jest w pracy. Mąż pyta, czy jeszcze będzie na spektaklu, on mówi, że na początku tak, a potem zobaczy, bo od rana pracuje. Rozmawiamy z ludźmi, krążymy, jest przyjemnie, staram się nie patrzeć w jego stronę i tylko dwa razy rzucam jakąś złośliwą uwagą.

Został do końca. Poszliśmy się pożegnać. Wracając do domu pomyślałam sobie, że może jednak ktoś postronny, patrząc na mnie z mężem, patrząc na niego, nie domyśliłby się prawdy. A jego współpracownicy, którzy może nawet coś podejrzewali, powinni zmienić zdanie patrząc na nas i nasze zachowanie na imprezie.

Nadal boli, nadal krwawię. Zła jestem na niego, że nie uprzedził mnie o tej krwi, że nie powiedział, że jestem taka rozpalona.

Znów sobie ze sobą nie radzę.

Obolała

Tak mi było błogo i dobrze bez spotkania. Taka byłam dumna z mojego nie. Gorączka, ból mięśni, nie byłam na siłowni, ani na basenie. Było mi zimno i źle, ale czułam się dobrze ze świadomością, że trwam.

Wtulona w męża, w myśli o nim, o nas, w błogość domowego szczęścia.

Zadzwonił dziś rano, kiedy jechałam do pracy. Rozmawialiśmy bardzo długo, dobrze mi było w tej rozmowie, choć on cały czas namawiał na spotkanie. W końcu powiedziałam, że zjadę na stację benzynową, kupię dla nas kawę, on miał dojechać. Na stacji parking taki, że wszyscy wszystko widzą. Kupiłam dwie kawy i usiadłam na ławeczce. Podjechał po chwili. Wziął kawę i zaproponował, żebyśmy się przeparkowali. Jechałam za nim, ale wszędzie było tak samo. Zaproponował, żebyśmy pojechali na następny MOP. Jechałam pierwsza. Szybko, czasem wolniej. Znów szybko. Zjechałam. Na parkingu pełno ciężarówek, przypięliśmy zasłonki. Zgubiłam się i przestałam liczyć, który raz dochodzę. Wszystko zaczęło mnie boleć (a może nie przestało po poprzednim razie). Potem on. Zastanawiałam się, czy kierowcy TIR-ów widzą, co robimy. Klasycznie, jak stały schemat, z tą różnicą, że skończył w mojej dłoni, na tapicerkę moich siedzeń. Wycieraliśmy razem jego spermę, szukając chusteczek. Otworzyłam drzwi. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Długo tak. Zapytałam, dokąd dokładnie jedzie, nie powiedział, zaczął kręcić, że właściwie nie wie, nie pamięta, że musi dojechać do X, potem do Y. Kiedy wyrzucałam chusteczki zauważyłam, ze ma otwarty bagażnik. W bagazniku mała torba podróżna. Zamknęłam go. Potem pojechałam do pracy. On też pojechał. Wracając odkryłam, że auto już nim nie pachnie, plama wyschła. Zadzwoniłam, żeby zapytać, czy dojechał. Słyszałam, że nie jedzie. Kiedy zapytałam, czy jest już na miejscu, powiedział, że ma przerwę. Chciałam mu powiedzieć, że mi pusto bez jego zapacu w aucie, że chciałam, żeby choć jego glos wypelniał auto, ale on jakoś chciał szybko zakończyć rozmowę. Powiedział, że zadzwoni w piątek. A ja przypomniałam sobie, jak kiedyś spotkaliśmy się na parkingu blisko mojej pracy, dzwoniła jego kobieta, on nie odebrał, powiedział, że potem oddzwoni, powie jej, że zrobił sobie przerwę.

Pomyślałam, że czuję się zazdrosna, jakby do kogoś jechał, z kimś się spotkał. Mogłabym zadzwonić do jego kobiety i powiedzieć: Twój facet nas zdradza… no, nas zdradza, Ciebie ze mna już od prawie 10 lat, a teraz mnie i Ciebie jeszcze z inną…

Boli mnie tyłek. Uderzyłam się o drzwi samochodu wyrzucając kubek po kawie. Nie pocałował mnie na do widzenia, uścisnął lekko za rękę, zastanawiając się głośno, czy na tym parkingu są kamery. Nie wypatrzyliśmy ich, ale to nie znaczy, że ich nie było. Chyba w tamtej chwili miałam nadzieję na to, że mnie pocałuje, skoro nikt nas tam nie zna. Znów pomyślałam o sobie: głupia.

I źle mi. I nie miałam ochoty robić tego wszystkiego, co robiliśmy w aucie. I bardziej, niż obolały tyłek, uwiera mnie obolała dusza. Nie chcę się z nim spotkać w piątek. Chciałabym umieć powiedzieć, że już nigdy się nie chcę z nim spotkać, że go nie potrzebuję, że on nie daje mi tego, czego najbardziej mi potrzeba. Boli.

A jednak zaskakuje…

Myślałam, że po akcji ze stopami już niczym mnie nie zaskoczy, że będą tylko warianty na temat.

Zadzwoniłam rano. Nie odebrał. Miałam nadzieję, że oddzwoni. Długo nie oddzwaniał. Pojechałam na siłownię, ale na nią nie weszłam. Pojechałam na zakupy. Potem odwiozłam mamę do pracy. Wracając od mamy odebrałam telefon od niego. Zapytał, gdzie jestem, zaproponował spotkanie, powiedział, żebym po niego przyjechała za 20 minut. Do parku. W głowie miałam tę łąkę i mniszki lekarskie. Zieleń, żółć, błękit, niebo, woda… Zapytałam, dokąd jedziemy, kiedy wreszcie przyszedł. Wcześniej zdążyłam zdjąć majtki.Wybrał kurs na parking przycmentarny. Odsunął dłonią moją sukienkę, zauważył czerwoną koronkę pończoch, chciałam, żeby zauważył, żeby mu się podobała. Jego dłoń między moimi udami. On jest jakiś smutny, nie chce powiedzieć, dlaczego. Ja też nie mam ochoty na rozmowę, boli mnie głowa. Uświadamiam sobie, że fajnie z nim milczeć, że to milczenie wcale nie jest niezręczne. Słoneczny, piękny dzień, on mówi coś o pogodzie. Powoli jadę na parking. Przesiadamy się do tyłu. Wolno rejestruję, co do mnie mówi, jego stopa we mnie, jego dłoń, dochodzę, on kontynuuje, znów dochodzę, jest cudnie, ale zaczyna boleć, przerywam mu, szyby zaparowały, gorąco mi, opieram twarz o jego brzuch, gorący, jego gorący członek niemal parzy moją twarz. Schemat. Moje usta, jego członek, pośladki, piersi, dłonie, nie patrzymy, czy ktoś idzie, niebezpiecznie. Boję się, że kiedyś dostanę zdjęcia, na których będę z nim. W moim aucie. W takiej właśnie pozycji. On proponuje, żebym usiadła na drążku skrzyni biegów. Najpierw mówię, że nie ma opcji, potem mówię, że nie wiem, czy się da, bo nigdy nie próbowałam. Daję się namówić, pamiętając, jak mówił o pierwszej żonie, która nie dawała się namówić na eksperymenty łóżkowe. Nie mogę przestawić drążka, póki nie odpalę silnika. Nie mogę przekręcić kluczyków, jeśli nie wcisnę hamulca, przechodzę do przodu i pytam, który to hamulec, nie żartuję, naprawdę nie wiem, a on, chyba równie rozkojarzony, jak ja, mówi, że środkowy, na co odpowiadam, że ja nie mam środkowego, naciskam pedał z lewej, odpalam auto, przesuwam drążek na D i nie mogę przekręcić kluczyków, bo system domaga się przełączenia na P. Zostawiam kluczyki, próbuję usiąść na drążku. Nie jest łatwo, chyba trochę się udaje, on kończy w moich ustach, czuję, jak wypełnia mnie jego sperma, połykam ją, zastanawiam się, na ile ten drążek ma znaczenie dla niego, a na ile dla mnie. Drążek wysuwa się. Przechodzę do tyłu. Chwilę siedzimy przy uchylonych drzwiach, gorąco. Wpada delikatny wiatr, jest lepiej. On się ubiera, ja też. On przesiada się do przodu. Dołączam do niego, pytam, gdzie go odwieźć. Do pracy. Ale potem proponuje parking przed sklepem blisko pracy. Rozsądnie. Kiedy dojeżdżamy dzwoni mój telefon, z pracy, odbieram. Bla, bla, bla. Kończę. Parkuję, gładzę jego udo pod kurtką, którą ma na kolanach. Żegnamy się, nie mogę go pocałować, za dużo ludzi dookoła. Wysiada. Mówi, że zadzwoni w przyszłym tygodniu. Odjeżdżam odkrywając, że głowa przestała mnie boleć. Jadę po dziecko do szkoły. Na korytarzu czeka jedna z mam, moja koleżanka. Mówi, że chyba słońce mnie opaliło, bo jestem bardzo czerwona na twarzy. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, nie miałam pojęcia, że jestem taka rozpalona także na zewnątrz. Cieszę się, że miałam w aucie gumy do żucia i mam nadzieję, że nie czuć niczego podejrzanego w moim oddechu.

Pytałam go o wyjazd. Nic nie znalazł. Powiedziałam wprost, że jeśli chce ze mną wyjechać, niech znajdzie miejsce, ustali czas, ja się dostosuję, weekend, tydzień – jak mu pasuje. Powiedział ok, bez żadnego entuzjazmu. Poczułam, że nie chce, że nigdzie nie pojedziemy. Może tak lepiej. Znów zapadam się w tę relację jak w ucieczkę przed problemami. Pływanie jest bezpieczniejszą ucieczką. Dziś nie mogę popływać. Motam się, nie wiem, jak sobie wszystko poukładać. Wiem, że nigdy nie było tak fajnie, ale ta fajność niesie ze sobą zbyt duże obciążenie i nie wiem, jak długi je udźwignę.