Niech

Ryczę. Staram się tak, żeby dzieci jak najmniej widziały, mówię, że to alergia, katar, spuchnięte oczy to przecież nic takiego.

Powroty do szkoły po każdej przerwie dłuższej, niż weekend są jak dramaty do potęgi entej. Dzieciom źle. Mnie jeszcze gorzej. Do tego durne hormony, okres na zakręcie i wszystko staje się dziesięć razy trudniejsze do udźwignięcia.

Jestem strasznie napięta, spięta, te bóle w klatce piersiowej to może właśnie dlatego.

Trening Jacobsona nie pomaga. Nie wiem, co może pomóc. Wiem. Świadomość, że jest dobrze, że dzieci są bezpieczne, spokojne, szczęśliwe. Tylko to. Jak spokój, który się udziela.

Źle mi, tak straszliwie źle, że mam ochotę zawinąć się w koc, dwie kołdry, schować w najciemniejszy kąt i płakać w samotności. I nawet nie mam siły zawołać „niech mnie ktoś przytuli”. Niech po prostu będzie ktoś. Ktokolwiek, kto chciałby wesprzeć. Po prostu być. byle nie rzucał kłód pod nogi, nie oskarżał, nie atakował, po prostu swoją obecnością wspierał.

Wszystko kiedyś mija. Każdy stan lękowy. Każdy atak paniki. Każda fala łez, która zdaje się nieskończona i niepowstrzymana.

Nie umiem sobie tego jakoś ogarnąć. Że można przy kimś zasypiać, cieszyć się bliskością, seksem, a potem mieć wrażenie, że dzieli się życie z wrogiem, z zupełnie obcą osobą.

Mówię sobie, że to przez hormony, przez zły nastrój dzieci, że przez zmęczenie…

Że może to wszystko utrudnia mi właściwą ocenę sytuacji. Ale nie umiem oceniać inaczej, nie wiem, czy to naiwność, potrzeba złudzeń, nadzieja, że jednak jest ktoś, komu mogę ufać i kto mnie wspiera – nie wiem, co sprawia, że przez moment wierzę, że będzie dobrze, że jetem na właściwym miejscu i z właściwą osobą, a po chwili, w tym samym miejscu i przy tym samym człowieku, jest mi samotnie, źle, rozpaczliwie i beznadziejnie.

Niech. Cokolwiek. Bo ja już nie mam siły.

 

Przeprowadzkowo

Odkryłam, że muszę przenieść bloga. Ale to wszystko zbiegło się z czasem intensywnych myśli o przeprowadzce. Potrzebą znalezienia własnego miejsca na ziemi. Chciałam wynająć, kupić mieszkanie i uciec. Ciągle zastanawiam się, od czego. Powoli dociera, że uciec od problemów, od przemocy, od krzyków, od ciągłego upokarzania.

W pierwszej chwili, kiedy padły słowa:

  • to się wyprowadzę
  • to się wyprowadź!

byłam zdecydowana wszystko rzucić i zacząć coś nowego. Sama. Z dziećmi. Sama nie wiem. Rozważałam różne opcje. Jeszcze rok temu mogłabym z marszu pozwolić sobie na taką decyzję. Teraz finanse są takie, że sama nie dam rady. Obliczyłam, że bardziej opłaci mi się kupić mieszkanie i spłacać kredyt, niż wynajmować i co miesiąc płacić przedziwne opłaty z tym związane. Nie mogę mieszkać u mamy. Nie zniosę tego na dłuższą metę. Kiedy zabrałam jedną torbę, laptopa i kilka książek, miałam poczucie, że nie wiem, co dalej. Zastanawiałam się, czy gdybym zadzwoniła i powiedziała, że chcę wszystko zostawić, poukładać na nowo, zapytała, czy on chce być częścią tej układanki, to co by mi odpowiedział. Długo gryzłam się z tą myślą. Przeformułowywałam w głowie pytanie, jakie mogłabym mu zadać. Próbowałam sobie wyobrazić, co będzie, jeśli on powiedziałby tak, a jednocześnie czułam, że odpowie negatywnie, chciałam chyba nawet tej konfrontacji, by usłyszeć „nie”, by móc powiedzieć, że skoro „nie”, to ja chcę być sama, nie chcę namiastki, chcę czegoś więcej, nie potrzebuję kawałka obecności, ale ciągłego wsparcia, nawet, jeśli wiedziałabym, że jego ciągle nie będzie w domu, że dzieci, że mama, że praca – to mogłabym wtedy bez wyrzutów sumienia, zadzwonić do niego o każdej porze, choć tak naprawdę nie wiem, czy to mogłoby mi wystarczyć.

A potem czas mijał, a ja z każdą chwilą upewniałam się w przekonaniu, że go nie chcę, a może tylko wmawiałam sobie taką opcję, by odrzucić ryzyko odmowy. W każdym razie dotarło do mnie, że jadąc autem do pracy i rozmawiając z nim przez telefon tęsknię za kimś innym. Że boli mnie ta inna obojętność. Że ja chcę wsparcie odnaleźć w kimś innym. Myślałam nawet, że może to jest tak, że ja tęsknię za tym, którego akurat nie ma. Że w takim razie oni obaj są mi potrzebni.

I potem utknęłam na wniosku, że nie powinnam nic zmieniać, że jest, jak jest. Jeden tu, drugi tam, jakaś moja niestabilna równowaga pomiędzy nimi. Z jednej strony zależy mi na obecnym związku, mocno. Boleśnie wręcz. Tak bardzo potrzebuję wsparcia w codzienności, obecności, dobrych słów, gestów. Wspierania po prostu. A z drugiej, brak tego wszystkiego jest tak strasznie dotkliwy, że odbiera wszelkie chęci. Nie mam siły tłumaczyć, mówię, mówię, ale widzę, że te słowa zupełnie nie docierają.

Nie chcę żyć w równoległym świecie, choć jednocześnie daję sygnały, że takie życie mi odpowiada. Nie chcę, by rozpadło się coś dla mnie ważnego.

Czuję się zdominowana przez niepewność. Źle mi, tak ogólnie, ale nie chcę wypłakiwać się na ramieniu, które samo się nadstawia, chcę wsparcia innych ramion, a one są coraz odleglejsze. Boli.

Może właśnie dlatego podświadomie czuję, że powinnam zupełnie odrzucić równoległe kontakty, by nie mieć sobie nic do zarzucenia. I wtedy podjąć decyzję, co dalej. Czy naprawdę nie ma żadnej szansy, czy naprawdę mam spakować się i odejść? Ja nie chcę odchodzić bez niego. Po wielu dniach refleksji dotarło do mnie, że chciałabym, byśmy razem się wyprowadzili. Zaczęli coś nowego, naszego, co nas umocni, scali, pomoże trwać ze sobą i dla siebie.

Prawie przestaliśmy rozmawiać. Czuję się ignorowana, a potem nie mam nawet siły, by cokolwiek powiedzieć. Jakby wewnętrzna blokada. Jakbym sama siebie splątała czymś, czego nie umiem rozwiązać. A ja tak lubię rozplątywać.

samotnie

Tak mi samotnie i smutno. Bezdennie. Beznadziejnie. Bezsennie. Wstałam wcześnie. Odebrałam zakupy, zrobiłam śniadanie, pojechałam na następne zakupy. W głowie Ave Maria, czułam się jak Maria Chapdelaine w wigilię, odmawiająca tysiąc zdrowasiek. Ciągle wracam myślami do Marii, mocna postać, mocno mnie naznaczyła.

Pusto mi, piekę ciasta, sprzątam. I czuję się taka zupełnie sama, opuszczona z tym wszystkim. Pada deszcz. Rozpływam się. Moje łzy też kapią.

Miałam zarezerwować bilety lotnicze do Brukseli. I tak tam dotrę. Może nie samolotem, może pociągiem, może samochodem, a może jednak polecę. Jeszcze jest trochę czasu.

Może też mam taką wielką potrzebę pobycia sama ze sobą. Ciszy, wielkiej wanny, quebeckiego kryminału i herbaty o zapachu pomarańczy.

Upiekłam ciasto czekoladowe i keks. A teraz najchętniej zabrałabym ze sobą książki i wyjechała do hotelu,  w którym wzięłabym pokój z dużą łazienką, a łazienkę koniecznie z wanną. Dużą. Może to moje częste chodzenie na basen jest jak wyraz pragnienia, by zmyć z siebie to zło, stare życie, pewne sprawy, problemy. Kiedy zanurzam się w wodzie, one choć na moment przestają istnieć. Może dlatego tak bardzo potrzebuję dziś wanny, ciszy, samotności.

Chrystus samotnie leżał w grobie. W ciszy. Rano przez moment chciałam skręcić, jadąc do sklepu,  w boczną uliczkę, pojechać do kościoła. Zostać przez chwilę sama, w ciszy. Potem pomyślałam, że przecież w domu czekają, że się spieszę, nie skręciłam. Żałuję. Byłam w kościele później, z dzieckiem, z koszyczkiem. Gwar, pełno ludzi, mnóstwo dzieci. Rozświetlona monstrancja, grób, krzyż, Jego samotność, moja samotność.

Na półce leży Sto lat samotności. Może w końcu przeczytam. Może to tę książkę powinnam zabrać, gdybym znalazła odwagę, żeby uciec do hotelu, a może gdybym stchórzyła i uciekła do pokoju z łazienką i wielką wanną.

Prasowanie czeka. Chciałabym móc wyprasować moje życie, wyprostować, wygładzić, być jak uprasowana firanka,