Transgresyjnie i pusto

Przez cały weekend myśli uciekają do niego. Kiedy mąż prosi, bym zadzwoniła do pana K., cała trzęsę się w środku. To taka niepisana zasada, że nie dzwonimy do siebie w weekendy, ale jak mam to wytłumaczyć mężowi, dla którego pan K. jest naszym dobrym, wspólnym kolegą… Dzwonię, z duszą na ramieniu. On odbiera. Przepraszam, że dzwonię w weekend, szybko tłumaczę, że mąż przypomniał sobie o pewnej sprawie i prosi o namiar na daną osobę. On mówi, że tym zajmowała się jego była żona, że jak się z nią zobaczy, to zapyta i w tygodniu zadzwoni. Mówię, że może namiary nawet smsem wysłać, żegnamy się, cześć, pa.

A dziś ciężki poranek. Ogarniam dom, ogarniam zbuntowane dzieci, on dzwoni. Mówię, że za 10 minut odwiozę dziecko do szkoły, prosi o telefon. Dzwonię, mówi, że jest na zakupach, pyta o moje plany. On jest moim planem, ale tego mu nie mówię, opowiadam, że będę w domu. A on proponuje, żebym przyjęła go tak, jak ostatnio, tylko w innych pończochach. Ustalamy godzinę, bo on ma jeszcze służbowe spotkanie. Mam 90 minut. Jadę na zakupy. Wracam do domu. Wchodzę pod prysznic, stoję przed szafą i nie mogę zdecydować się, które pończochy wybrać. Czarne samonośne z różami na udach i łydkach, czy białe, do pasa, z szeroką manszetą, ale gładkie. Pas kremowy, ale całość dobrze wygląda. Zostają czarne, bo mam czarne szpilki. Nie takie cieniutkie, jak te czerwone, ale zawsze to coś. Myślę, że chcę sobie kupić takie cieniutkie czarne, nie do chodzenia, absurdalny, niepotrzebny wydatek, odganiam tę myśl i rozpakowuję zakupy w samych pończochach i czarnych szpilkach. Zapalam jaśminowo-sandałową świecę. Sprzątam, pakuję zakupy do lodówki, chowam rzeczy do szafek, mija ustalona godzina, układam puzzle, on dzwoni, mówi, że już wyjeżdża, zakładam skórzany płaszcz, rozpuszczam włosy i czekam. Podjeżdża. Czekam, aż sam otworzy drzwi, stoję na górze schodów, gestem pokazuję, by zamknął drzwi na klucz, on klęka na schodach, rozchyla moje uda, pieści językiem, trzymam się poręczy, ale coraz trudniej utrzymać równowagę. Prowadzi mnie tam, gdzie byliśmy poprzednio. Źle mi, staram się wmówić samej sobie, że to przyjemne, ale on jest strasznie brutalny, boli, ale pewnie moje reakcje nie są postrzegane, jako skutek bólu, lecz przyjemności. Dzwoni telefon. Mój. Czekam na klienta i na kuriera. Klient. Odbieram, mówi, że zaraz będzie, przywiezie zlecenie. Odkładam telefon, on pyta, za ile klient będzie, mówię, że za moment, on kładzie mnie na kanapie, unosi moją nogę i znów jestem na granicy bólu i rozkoszy. Dzwonek do drzwi. Nie zauważyliśmy, kiedy klient podjechał. Zapinam płaszcz, idę otworzyć, zdejmuję szpilki, witam gościa w czarnych pończochach i płaszczu zapiętym pod szyję, mówię, że zaraz wychodzę, ale nie wiem, co on sobie myśli. Żegnamy się, mówię, że zlecenie będzie na jutro. Wracam na kanapę, on stoi przed nią z lekko zsuniętymi spodniami, rozpiętą koszulą, rozmawia przez telefon. Mówi o mailu i o rezerwacji, że ciężko będzie znaleźć jedynkę, bo jest ich mało, że wszystko wyjaśni, jak oddzwoni, po przeczytaniu maila, że można przyjechać wcześniej, że tylko musi uprzedzić hotel.

Gdybym odwołała rezerwację, zwolniłabym jedynkę, o którą tak trudno. Jestem niemal pewna, że to ten hotel, bo w tym czasie nie można już u nich niczego zarezerwować. Nic nie mówię, opadam na kanapę, ale on pokazuje, żebym usiadła, biorę go w usta, zsuwam spodnie, rozpinam wyżej koszulę. Moja ulubiona jego koszula. Widać, jak mocno za luźna, jak bardzo schudł.

Kiedy kończy rozmowę, odwraca się, żeby zupełnie się rozebrać, znów lądujemy w 69. Niemal duszę się nim, kiedy gwałtownie wsuwa się we mnie. On bierze zabawki, nie mam pojęcia, co robi, czuję go we mnie, na mnie, przygniata mnie, wbijam paznokcie w jego pośladki, przez ułamki sekund jest mi przyjemnie, w tym kontakcie mojego ciała z jego ciałem, całą powierzchnią, ale to uczucie znika szybciej, niż się pojawia. W końcu on opada na poduszki, liżę jego krocze, tyłek, zdejmuję płaszcz, gorąco mi, liżę jego stopę, on dochodzi na mojej twarzy, chusteczki, koszula, ślady spermy na płaszczu i na poduszkach, on kończy się ubierać, ja zakładam płaszcz, by go odprowadzić, w drzwiach mówi, że jutro będzie bardzo zajęty, ale odezwie się w środę. Mówię, że w środę pracuję On wychodzi, a ja zostaję sama i jest mi źle. Nie tylko dlatego, że jestem cała w środku obolała, że bolą mięśnie ud i łydek, ale jest mi pusto i źle. Przez chwilę stoję w drzwiach. Potem idę pod prysznic, zmyć z siebie jego ślady. Myję włosy, pełno na nich jego spermy. Chowam pończochy do szafy i czuję na sobie wciąż zapach jego spermy. Dopiero po chwili odkrywam jeszcze niewielki ślad zaschnięty na szyi. Myję szyję i całą twarz jeszcze raz. Patrzę na białe pończochy i kremowy pas. Pusto.

Tak czekałam na ten poniedziałek, tak czekałam na niego, mając nadzieję, że wypełni mój wykradziony czas czymś, co sprawi, że poczuję się lepiej.

Nic z tego. Czuję się zupełnie zredukowana do roli kochanki. Między nami nie ma nic więcej. Ostry seks. Tylko seks, krótka wymiana informacji o czasie, miejscu, ubraniowy koncert życzeń. I potem on znika. Tak samo, jak z mojego auta, a ja zostaję sama z własnym żalem i poczuciem osamotnienia i wykorzystania.

Myślałam, że godzę się na rolę kochanki, bo w pakiecie dostaję coś jeszcze, poczucie akceptacji, bycia ważną, wyjątkową, zrozumianą, wysłuchaną, wspieraną.

Może i czuję się akceptowana, ale na pewno ani ważna, ani wyjątkowa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy i on mnie wysłuchał, to chyba było w zeszłym roku, koniec grudnia, chyba wtedy ostatni raz po prostu rozmawialiśmy, piliśmy kawę, może to była ta kawa w ładnym miejscu, kiedy on mówił o basenie i wyjeździe. Wtedy w ogóle rozmawialiśmy. Teraz słucham, jak on mówi, że jest zajęty, że musi się rozłączyć i odebrać drugie połączenie. To nie o seks mi chodziło w tej relacji, nawet, jeśli to czasem rewelacyjny seks. Łączyło nas, poza seksem, coś wyjątkowego, poczucie, że się rozumiemy, wysłuchujemy, ale jak wysłuchać kogoś, kto nie ma czasu na rozmowę, jak samemu poczuć się wysłuchanym, jak zrozumieć, jeśli nie ma rozmów.

Przekroczyliśmy kolejne granice. On u mnie. Telefon w weekend. Próbuję sobie przypomnieć, czego oczekiwałam po dzisiejszej jego wizycie. Nie pamiętam, ale na pewno nie zostałam z poczuciem satysfakcji i spełnienia. Mogę tylko mieć nadzieję, że on wyszedł zadowolony, że nie żałował. Że nie jest tak samo mocno rozczarowany, jak ja.

 

Rozczarowaniem

Miałam tylko pięć minut, on przed spotkaniem, nie mam pojęcia, dlaczego spotkałam się z nim. Przyjechał tak blisko mojego domu, że aż bałam się, że ktoś nas zobaczy, coś zauważy. Myślałam, głupia i naiwna, że po prostu chciał mnie tylko zobaczyć. Wcale nie. Przesiedliśmy się do tyłu. Nie umiałam powiedzieć nie. I kiedy za moment miał jechać na spotkanie, stwierdził, że zadzwoni i powie, że trochę się spóźni. To było bardzo ważne, służbowe spotkanie. Szybko doszedł w moich ustach. Pojechał na to spotkanie. A ja zostałam z poczuciem żalu i rozczarowania. Przecież nie tak miało być, przecież mieliśmy tylko porozmawiać.

Ale my już prawie nie rozmawiamy. On dzwoni, żeby zapytać, czy podjadę, albo, żeby powiedzieć, że nie ma czasu rozmawiać.

Wczoraj powiedział, że dziś rano zadzwoni. Czekałam  w łóżku na jego telefon. Bolący brzuch, migrena, bardzo nie chciałam wychodzić z łóżka. Kiedy wygonił mnie pod prysznic, poczułam, że robię to wbrew sobie, kradnę czas na sprzątanie domu, zabawę z dziećmi, zakupy… Z 20 minut zrobiła się prawie godzina. Na parkingu przy dużej firmie. My na tylnym siedzeniu, jego usta, zastanawiałam się, czy sznurek tamponu mu nie przeszkadza. Chyba nie przeszkadzał. Potem zapytał, gdzie chcę, by się spuścił. Powiedziałam, że jestem nudna, dając do zrozumienia, że nic się nie zmieniło i wciąż chciałabym czegoś, czego on mi odmawia. Po chwili zapytałam, czy już coś wymyślił. Nie wymyślił, a ja powiedziałam, że chcę, by skończył na swoim  brzuchu, bym mogła wszystko zlizać. Odsunęłam jego piękną koszulę, by jej nie zachlapał, owłosiony, lepki brzuch, nie wiem, czy podobało mu się, czy mój pomysł mu się spodobał, nie zlizałam wszystkiego, poprosił o chusteczki, nie dając mi szansy na usunięcie wszystkiego językiem. Było późno. On założył spodnie, ja włożyłam majtki, przesiadłam się do przodu, on do swojego auta, każde pojechało w swoją stronę. Nie wiem, z jakimi uczuciami on odjeżdżał, ale ja byłam mocno rozczarowana. Sobą. Nim. Tym, że nie rozmawiamy. Kiedy rano chciałam przesunąć spotkanie na jutro, bo bałam się, że mamy mało czasu, on zaczął wymawiać się wyjazdem z mamą, potem służbowym, wieczornym spotkaniem, przecież wieczorem i tak nie spotkalibyśmy się.

A teraz przyszło mi do głowy, że może chciałabym go spotkać wieczorem, gdyby to była zakrapiana impreza, że może znów, w przypływie szczerości, powiedziałby coś, co na co dzień mocno ukrywa.

A może po takim spotkaniu byłabym jeszcze bardziej rozczarowana.

Chciałabym umieć powiedzieć mu nie.

Żeby za mną zatęsknił, żeby postarał się bardziej, żeby poczuł, że mu na mnie zależy. Że coś traci, gdy mnie nie ma w jego życiu. Że nie jestem rozrywką, którą da się zastąpić czymkolwiek innym.

Kilka miesięcy temu myślałam, że chcę usunąć go z mojego życia, myślałam, że jestem pewna tej decyzji, tylko jeszcze nie znam sposobu, skutecznego sposobu.

Od tamtego czasu podziało się tak, że nasza relacja, takie mam wrażenie, stała się jeszcze intensywniejsza, regularniejsza, zamiast znaleźć skuteczny sposób na jej zakończenie, ja, tak czuję, znalazłam jakieś dziwne argumenty, które przekonały mnie samej do zaakceptowania status quo.

A kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam robić bilans, z którego wynikło, jak wiele ta relacja mi odbiera, przede wszystkim jak wiele czasu kradnie. Jak dziś, ten czas na sprzątanie, na zabawę… Miałam w planie wycieczkę z dzieckiem. Pojechaliśmy, mimo bólu brzucha, dojechałam bezpiecznie na miejsce, w wielkim stresie. A powrót był jeszcze bardziej stresujący, choć na szczęście wracaliśmy we trójkę. Śnieżyca, bardzo zaśnieżone i śliskie drogi, koszmarne warunki. Długo wracaliśmy, ale udało się bezpiecznie dotrzeć do domu. Na pewno chcę tam jeszcze wrócić, cudne miejsce, z dziećmi, albo sama, albo z mężem, po prostu jeszcze na spokojnie obejrzeć wszystko, wypić herbatę, miło spędzić czas.

Gdybym nie spotkała się z nim, może zdążyłabym ugotować obiad dla dziecka, może posprzątałabym stosy papierów, ubrań i innych rzeczy leżących tam, gdzie nie jest ich miejsce. A może po prostu leżałabym w łóżku, czytała książkę, albo leżała i tęskniła, czekając na jego telefon.

Moje dni składają się z czekania na jego telefon, z rozmów z nim, z rozczarowań, krótkich spotkań, długiego czekania, jeszcze większych rozczarowań. Wszystko kręci się wokół niego, on przesłania mi esencję życia, jakby sam próbował stać się życiową esencją, tyle tylko, że on nie jest życiodajny, jego obecność zatruwa mnie. Sama się na to godzę. Po dzisiejszym spotkaniu mówię sobie, że jego obecność w moim życiu niczego mi nie daje, niczego nie wnosi, nie jest kimś, komu chcę się zwierzać, może chcę, ale tego nie robię z poczucia chyba zazdrości, że jego relacje z dziećmi są lepsze, że ma takie zdolne, fajne dzieci, że tak cudownie o nich opowiada, a ja mogłabym mówić przez łzy, albo łzy zupełnie uniemożliwiłyby mi rozmowę. Chciałam czuć, że jest osobą, na którą zawsze mogę liczyć, ale to nieprawda. Chciałam w to wierzyć, ale tak nie jest.

Chciałabym mieć siłę nie odpowiadać na jego telefony, nie spotykać się z nim, zapomnieć, zniknąć, wymazać go. Wciąż samą siebie pytam, co w nim takiego pociągającego, żeby chociaż był przystojny.

Jasne, mogę sobie powiedzieć, że jest cudny w łóżku, ta, w jakim łóżku, w łóżku tego nigdy nie robiliśmy, może tak, że seks z nim jest cudny, ale to, co nas łączy, nie mieści się w definicji seksu w takich ramach, w jakich zamknąłby go Bill C.

Może dzięki niemu odkryłam jakąś ukrytą przede mną samą własną ciemną/inną stronę. Nie wiem czemu z nim pewne rzeczy, czynności, gesty sprawiają mi przyjemność, ale tylko z nim. Może gdybym rzeczywiście umiała uznać, że pociąga mnie w nim tylko to, co on potrafi zrobić z moim ciałem i to, jak moje ciało reaguje na niego, jak on reaguje na mnie – może gdybym miała pewność, że poza fizycznością nie ma nic więcej, łatwiej umiałabym z niej zrezygnować.

Nie chcę nazywać go moim kochankiem, a siebie jego kochanką. Kiedyś myślałam, że chciałabym wiedzieć, jak on mnie określa, sam wobec siebie, jak mówi o mnie wobec innych, czy jestem panią X, jak kiedyś, czy w ogóle kimś jestem.

Nie chcę, by dzwonił tylko po to, by powiedzieć, że nie ma czasu, albo by zapytać czy się spotkam, a jak powiem, że nie, to się rozłączy. Może w głębi duszy tęsknię za niegdysiejszymi rozmowami z nim. Jest w naszych słowach jakaś troska o drugą osobę (jedź ostrożnie, zapnij kurtkę, zjedz coś, uważaj na siebie, dasz radę…), ale sama już nie wiem, czy te słowa wynikają z troski, czy może z przyzwyczajenia. Nie czekam tak na telefon od męża, jak na telefon od niego.

Kiedyś pomyślałam, że może dlatego jest mi potrzebny, że wobec niego niczego nie muszę. Wobec wszystkich mam jakieś zobowiązania wynikające z różnych ról (żony, córki, mamy…), to są czasem trudne role, trudne obowiązki, nie mogę z nich zrezygnować. A w jego przypadku, niczego nie muszę, a jednocześnie czuję się mocno zniewolona, niezdolna do oporu, całkowicie uległa i podległa.

Zastanawiam się, co się zmieniło od czasu, kiedy powiedziałam mu, że godzę się na wszystko z lęku, by on nie zniknął z mojego życia.

Może coraz częściej zastanawiam się, czy to życie bez niego nie będzie lepsze od dotychczasowego. Lęk przed zmianą. Ale nie każda zmiana oznacza zmianę na gorsze. Skoro taka jego obecność, jak teraz, w moim życiu w żaden sposób mnie nie satysfakcjonuje, skoro rozczarowuje bardziej, niż zadowala – może rzeczywiście nie ma sensu godzić się na to.

Czuję się jak dziecko, stojące przed wystawą. Nie mogę dostać misia, o którym najbardziej marzę. Nie rozumiem, dlaczego. Ale, by nie sprawić przykrości, staram się wybrać sobie inną zabawkę, taką, której wybór będzie odpowiadał obdarowującemu, taką, której wybór sprawi jemu przyjemność, nawet kosztem tego, że ja będę udawać, że mnie jest przyjemnie i że właśnie tego chcę. A ja chcę misia. Nie wiem, czy on spełni jakieś moje oczekiwania, czuję, że go chcę. Ale może stojąc tak długo przed witryną i słysząc ciągłe nie, sama zaczynam wierzyć, że ja go już nie chcę, że wcale nie jest mi potrzebny, a podświadomie czuję, że może to dlatego, że ja na tego misia nie zasługuję, że on jest dla kogoś lepszego, że ja nie zasługuję na nic.

Nie prowadzę dokładnych statystyk, ale mam poczucie, że z nim przegadałam więcej czasu, niż z własnym mężem, że może on wie o mnie więcej, niż mąż, może to takie moje złudzenie, że połknęłam tyle jego spermy, że w części jestem już nim, że z nim orgazmów więcej, niż z mężem, że porównuję ich i, wbrew moim oczekiwaniom, wbrew moim przypuszczeniom, on coraz częściej wypada lepiej, niż mąż.

A jednak nie wymieniłabym męża na niego.

Choć może tylko dlatego, że on takiej wymiany nie chce. Może, jak z misiem, wmawiam sobie, że wcale go nie chcę, bo usłyszałam, że nie mogę go mieć, że nie jest dla mnie, że nigdy go nie dostanę.

Starałam się pracować nad sobą, nad moją z mężem relacją, ale mam wrażenie, że oddalamy się coraz bardziej, każdy drobny gest męża wobec mnie jest ogromnym zaskoczeniem i budzi zdziwienie, tak mało tych gestów, tak rzadko. Tak chciałabym czuć się wyjątkowa w jego oczach, zakładać dla niego sukienki, pończochy (kiedy ostatnio zauważył moją sukienkę i powiedział, że ładnie wyglądam, to było bardzo przyjemne, chyba zdążyłam już zapomnieć, jak bardzo przyjemne mogą być takie słowa).

Kiedy wybieram pończochy, sukienkę, robię to z myślą o nim, nie o mężu. Może brakuje mi takich właśnie sytuacji, że gdzieś idziemy razem, że dla męża się ubieram, dla niego wybieram pończochy, dla niego wychodzę w sukience, pod którą nie mam bielizny.

Chciałabym, by to on, mąż, sprawiał, że czuję się wyjątkowa, kochana, pożądana, pociągająca. A tak nie jest.

Dziś waga znów pokazała mniej, kolejny próg przekroczony. Ku mojej ogromnej radości. Chciałabym, by mąż to zauważał, by mnie wspierał, ale z drugiej strony łapię się na tym, że chcę lepiej wyglądać, by bardziej podobać się jemu, by wypadać korzystniej, niż jego kobieta.

Czuję, że chcę się z nim rozstać, sprawdzić, jakie będzie moje życie bez niego. I bardzo się tego boję. Pierwsze, o czym pomyślałam, to lęk, że go zranię.

A przecież pamiętam, jak kiedyś powiedział, że życie jest za krótkie, żeby się przejmować, dziś jest, jutro nie ma (w kontekście, że jak się zgadzam, to on korzysta i się bawi, a jak mówię nie – to on płakać nie będzie, bo przecież trudno, było, minęło…).

I boję się własnego cierpienia, tyle razy już przerabiałam tę żałobę po rozstaniu, tyle razy płakałam, tęskniłam, wpadałam w depresję, uciekałam w pisanie, czytanie, pływanie, w cokolwiek, już sama nie wiem, w co, by poradzić sobie z bólem, z żalem, z tęsknotą.

Mam czym wypełniać moje życie, rodzina, praca, czytanie…

A jednak czasem w wyobraźni widzę, jak mieszkam sama, w niedużym domu, w którym moje istnienie sprowadza się do czekania, by on przyjechał choć na moment, na chwilę, na godzinę – z całą świadomością, że nawet moja wyobraźnia nie dopuszcza myśli, że on mógłby ze mną dzielić ten dom, że nawet, gdybym została sama, to on nie zechciałby ze mną być.

Sama taka jego deklaracja zadziałała jak odrzucenie, poczułam się odrzucona, ale w jakiś sposób ciągle czułam, że on jest mi potrzebny. Próbowałam zrozumieć, do czego. Teraz mam wrażenie, że do niczego, bo on niczego mi nie daje (poza orgazmami w biegu?).

Nie wiem, czy chciałabym z nim wyjechać, bycie z nim dłużej, niż przez godzinę, może być trudnym doświadczeniem i dla mnie, i dla niego. Czuję, że wbrew temu, co kiedyś deklarował, on wcale nie chce ze mną wyjeżdżać. On właśnie chce kogoś do szybkich numerków, kogoś, kto spełni jego fantazje, kto na wszystko się zgodzi, a potem szybko odjedzie, niczego nie oczekując w zamian.

Źle mi z tą świadomością. W jakiś sposób czuję się wykorzystana. Naiwna. Nie umiem pewnych rzeczy, sygnałów odczytać. Dosłowność mnie przytłacza. A dziś boli. Nie tylko brzuch, całe wnętrze. Rozczarowania bardzo bolą.

Nocą ciszę rozdziera chrapanie męża. Bardzo irytujące. Nie mogę skupić się na własnym rozczarowaniu, własnej rozpaczy, na niczym.

Jutro też jest dzień, kolejny, by zastanowić się, jak to uporządkować. Bo nie powinnam już pytać „czy”, ale pytać „jak”.