Zaspana, zabiegana

Zaspałam. Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Jego dzwonek. Z nieukrywaną radością odebrałam, powiedziałam, że obudził mnie i przedstawiłam moje plany na dziś. Intensywnie, bo rano z dzieckiem, potem praca, potem z drugim dzieckiem, powiedziałam, że jak będę wyjeżdżać do pracy, odezwę się. Zapytałam jeszcze o święta, powiedział, że fajnie, bo nikt nie płakał.

A ja już nie odpowiedziałam, że u mnie beznadziejnie, on też nie zapytał. Nie mówiłam, że płakałam, że tęskniłam. Bo po co mówić…

Wsiadłam do auta w drodze do pracy, zadzwoniłam, odebrał, rozmawiał z księgową i nie bardzo miał czas na rozmowę ze mną. Powiedziałam, że będę długo pracować, ale muszę zdążyć po dziecię, a potem chcę zdążyć na koncert, ale będę nieco później, on mówił o próbie, potem o koncercie, zapytałam, czy będzie. Potwierdził. Powiedziałam, że przyjadę, pewnie spóźniona. Paplałam coś o nowych pończochach. Jeszcze zdążyłam się dowiedzieć, że nie przyznali mu nagrody, na którą liczył.

Pojechałam. W pracy zeszło dłużej, niż przypuszczałam, w drodze powrotnej nie zadzwoniłam, jechałam bardzo szybko, chciałam skupić się na drodze. Poszliśmy na siłownię. Młody zwymiotował, ja zemdlałam. Trener ratował mnie czekoladowym batonikiem – spadł mi poziom cukru, mądra ja, zapomniałam zjeść w pracy, bohaterka, ta…

Po takim treningu wsiadłam do auta i odebrałam telefon od szefowej, duuuużo roboty na wieczór, nici z koncertu. Odwiozłam młodego, pozwoliłam mężowi pozachwycać się pończochami i żałowałam, że nie wsunął swojej ręki ciut głębiej pod sukienkę, by mógł odkryć, że miałam na sobie tylko pończochy, a majtek już nie.

Z lekkim rozczarowaniem i żalem pomyślałam, że pan K. na pewno by tak zrobił.

Stos pracy i marudne dziecko… Skutek taki, że mąż śpi, spał już, jak mały opowiadał mu jakąś historyjkę. A ja nie mogę teraz spać.

Jutro znów intensywny dzień. Wszystko jak w kołowrotku, ale może moje hormony przestaną szaleć, znów skupię się na mężu, nie na tym, czego mieć nie mogę, jakoś tak coraz mniej czuję, że chcę dokończyć rozmowę, może jeszcze chciałabym, żeby wiedział, co czuję i co myślę, ale to i tak nie ma znaczenia, bo on z tą wiedzą niczego nie zrobi, a mnie nadal będzie źle, a gdy on zadzwoni, znów wymięknę i da capo….

Wiem, u góry Ktoś planuje, żeby zapełnić mi czas i powstrzymać od pakowania się w kłopoty. Dziękuję. Potrzebne mi to. Jak matka, która wyciąga dziecku zapałki z rączek, bo ja zafascynowana ogniem nie widzę, nie chcę wiedzieć, że mogę się mocno poparzyć.

Wirująco

Déjà vu….

Znów jego kobieta dzwoni i pyta, czy możemy jechać do pracy razem. Ciężki dzień przede mną, a jej obecność nie ułatwia niczego.

Wcześniej zablokowałam jego numer. Po historii z cukinią, której nie mogłam wyjąć przez dłuższą chwilę (skurcz mięśni i przerażenie, że tak zostanę na długo…), znów mobilizowałam się do trwania daleko od niego. Wytrzymałam kilka dni. A potem zadzwoniłam, żeby powiedzieć, że go zablokowałam. Po tym telefonie zdjęłam blokadę, ale jadąc z nią do pracy zastanawiałam się, co będzie, jeśli on zadzwoni. A ona, trajkocząc do mnie i do innych, opowiedziała tyle, że poukładały mi się kolejne kawałki układanki.

Nie są małżeństwem. Nigdy go o to nie zapytałam. Ona opowiadała o nim koleżankom. Nakreślała kontekst. Mówiła, że on od dawna śpi u mamy, że się mijają. Wyszło mi na to, że ja czasem widuję go częściej, niż ona…

Do jedzenia zamówiłam cukinię. Perwersyjnie. Nie mogłam się oprzeć. Mówiła, że w nic się już nie mieści, a ja z durną satysfakcją patrzyłam na jej grube uda w spodniach i wizualizowałam jego dłonie na koronce pończoch na moich udach (mam szczuplejsze nogi).

Była przemiła. Mówiła o samochodzie, który kupił i o tym, jak się nim fajnie jeździ – walczyłam, żeby nie powiedzieć, że doskonale wiem, że przecież jeździłam z nim…

I jeszcze jak mówiła o jego córce, o nim, takie informacje, których teoretycznie nie powinnam znać, a ja przecież to wszystko od niego wiem…

Kiedy siedziała w moim gabinecie, on zadzwonił, pomachałam, żeby go pozdrowiła ode mnie, a on zapytał, o kogo chodzi, ona tłumaczyła: no pani dyrektor, no ta, co nam dokumenty…. – A on dziwił się, myśląc, że chodzi o kogoś z jej pracy, potem uświadomiła mu, że jest dziś w pracy u mnie, podała miasto, on zorientował się chyba, ale nie wiem, co powiedział. W każdym razie to na pewno był dla niego sygnał, by nie dzwonić.

I jeszcze potem kupiłyśmy kawę, każda postawiła swój kubek w aucie, w przegródce na drzwiach. Ona odpakowała moją słomkę, pomogła zainstalować ją w kubku – ja prowadziłam. A ona siedziała tam, gdzie on kilka dni wcześniej.

Rok temu już to przerabiałam. W tym roku jakoś podświadomie liczyłam na to, że też zadzwoni, że pojedziemy razem, uprzedmiotowiłam ją – potraktowałam jako źródło informacji, w ubiegłym roku nic o nim nie mówiła.

Strasznie rozbolała mnie głowa. Potem brzuch – dostałam okres. Tak bardzo chciałam komuś opowiedzieć, co czuję, dlaczego się tak motam, czemu mi tak źle. I co mogłabym powiedzieć? Że siedzę przy jednym stole z kobietą mojego kochanka (ex-kochanka?), która o mnie nie wie? Że udaję, że zaskakują mnie jej informacje z ich, z jego życia?

Że w sumie ją lubię, że jest fajna, że rozumiem, co on w niej widzi, że nie rozumiem, dlaczego, skoro ją kocha, spotyka się ze mną, robi ze mną to wszystko, co wykracza poza definicję koleżeństwa…

Rozmawiałam z mężem, powiedziałam mu, że niezręcznie mi było, kiedy ona opowiadała mi o ich życiu, a ja udawałam, że się dziwię, że nie wiem, a przecież wiem, przecież z nim niemal codziennie rozmawiam – że ta niezręczność nie wiem, z czego wynika. Że ja mężowi opowiadam, jak on do mnie dzwoni, co u niego, że mąż wie o jego nowym aucie, o chorej mamie… Bo może różnica jest taka, że ja rozmawiam jednak z mężem, że nie mijamy się tak bardzo, jak oni, że on nawet nie wiedział, że ona jedzie ze mną, moim autem, do mojej pracy, a mój mąż zorientował się od razu, nie dziwił go jej samochód na naszym podjeździe.

Ciągle boli mnie głowa. Tak strasznie za nim tęskniłam, tęsknię. Strasznie boli. Czekałam na jego telefon od rana, zadzwonił, gdy wychodziłam do pracy, umówiliśmy się na późniejszy telefon. Skończyłam pracę, nie zadzwonił. Wsiadłam do auta, cały czas licząc, że się odezwie. Odezwał się. Zaproponował spotkanie. Powiedziałam, że jestem strasznie głodna, że zjem cokolwiek, on prosił o szczegóły, powiedziałam, że chcę zupę, i że chcę szczegółów naszego spotkania, że muszę wiedzieć, co będziemy robić. Powiedział, żebyśmy się spotkali na cmentarzu i pojedziemy na zupę. Pojechaliśmy. Wstępny plan był taki, żeby do Maka, potem trafiliśmy na stację benzynową. On bardzo nalegał, żebym zdjęła rękę z kierownicy, rozpiął spodnie. Odmówiłam, patrzyłam na drogę, on patrzył na mnie, na moje pończochy, zapytał, czy mam drugą parę na zmianę. Zapytałam, dlaczego pyta. Chciał spuścić się na moje pończochy.

Jakiś czas temu uznałabym to za genialny pomysł, bardzo genialny i podniecający. A tym razem po prostu nie wiedziałam, co mam powiedzieć. I tak to zrobił. Mówił, że wzorzyste pończochy też są fajne, ale potem zorientowałam się, że on może mówił o koronkowej manszecie (miałam taką niewzorzystą, w paseczki), że może o to chodziło, a nie o wzór na całej długości. Chciałam go dziś o to zapytać, ale nie zadzwonił. Siedział wczoraj długo w moim aucie, ja trajkotałam, opowiadałam o podróży z nią, o niezręczności całej sytuacji, czułam, że on nie chce o tym rozmawiać, ale sadystycznie ciągnęłam temat, jakbym chciała, żeby on też utracił poczucie komfortu.

Źle mi. On nie chciał wyjść z auta, a ja chciałam, żeby został w nim jak najdłużej, nawet, jeśli nie mogłam nic zrobić.

Bezwstydnie przed samą sobą przyznałam, że finisz na moich pończochach był jak realizacja fantazji, niesamowicie ekscytujący. Że chciałabym jeszcze. Ale mi nie wolno. Nie mogę.

Marzy mi się zmysłowa sesja fotograficzna, w pończochach, nogi, ewentualnie pośladki, te koronkowe manszety, czarno-białe zdjęcie w dużym formacie. Dwa egzemplarze. Jeden dla męża, drugi dla niego. I potem zderzyłam się z wizją, że nawet, jeśli dam mu takie zdjęcie, nawet, jeśli je gdzieś powiesi, mówiąc, że po prostu dostał od jakiegoś fotografa, to jeśli nas odwiedzą, a ona zobaczy takie samo zdjęcie u nas, to przecież…

Nie wiem, czy zdążę przed świętami z tą sesją, w poniedziałek zadzwonię do fotografki, którą poznałam przy zleceniu dla niej, potem robiła nam zdjęcia, robi takie sesje, zobaczę, co da się zrobić.

Jeden egzemplarz. Dla męża. Pończochy. Z wiekiem coraz bardziej świruję. On też. Czemu nie wpadliśmy na siebie wcześniej? Czemu nie umiem bez niego wytrzymać? Albo nie chcę umieć?

Tak strasznie dziś tęsknię. I wiem, że nie mam prawa. Moje pończochy, jego sperma, jego oddech na moim policzku, ciężar ciała na moim ciele, ciepło rozlewające się po udach, białe, zaschnięte plamy. Przecież nie mogę, nie umiem, nie potrafię. Kruszę się i rozsypuję. Nie rozumiem, wszystko wiruje.

Lękliwie

Trzymam się dzielnie przez tydzień, a potem odbieram telefon, a on mówi, że już nie mógł się doczekać, kiedy do mnie zadzwoni. Wymyślam preteksty, żeby nie umawiać się lub móc odwołać spotkanie. Tak miło usłyszeć jego głos, usłyszeć, że tęsknił.

Nie pamiętam, kiedy zadzwonił. Wydaje mi się, że w środę, ale dni zlewają się, tak dużo się działo.Jadę wymienić opony, on proponuje spotkanie, jak już je wymienię. To strasznie długo trwa. W końcu wyjeżdżam z warsztatu. Dzwonię. Mówię, że późno. On pyta, czy znajdę choć 10 minut na kawę. Przypominam, że nie piję kawy, on mówi, że ta kawa to taki bardziej pretekst towarzyski, a ja głośno zastanawiam się, czy moje odstawienie kawy to wyraz mojego aspołecznego nastawienia, nietowarzyskości. Pyta, gdzie możemy się w takim razie napić herbaty. Wszystkie lokale jeszcze zamknięte, zostaje stacja benzynowa. On wybiera taką w połowie drogi, ja dojadę tam szybciej. Pytam, co dla niego zamówić. Prosi o zieloną herbatę z cytryną. Podjeżdżam. Tankuję. Idę zapłacić i zamawiam dwie herbaty. Duże. Płacę, czekam na potwierdzenie. On wchodzi na stację, pyta, czy już kupiłam i zapłaciłam. Potwierdzam, biorę dwa kubki i idziemy zrobić herbatę. Podoba mi się, jak on napełnia kubeczek dla mnie, wybiera herbatę, otwiera torebkę, podaje pokrywkę, takie drobne, naturalne gesty, miłe.

Wsiadamy do mojego auta, odjeżdżam spod dystrybutora i parkuję przy jego samochodzie. Służbowym. Pijemy herbatę. Poparzyłam się nią wsiadając do auta. Siedzimy, pijemy i rozmawiamy. Tak już dawno nie było fajnie. Prosi, bym położyła nogę na jego kolanach. Zdejmuję but, z trudem, staram się nie poparzyć znów herbatą, przekładam nogę. Jego telefon dzwoni. Ktoś z Czech. On podaje adres mailowy, rozbraja mnie zupełnie, gdy po czesku dyktuje „małpę”. Mówię mu, że mnie bardzo zaskoczył, że myślałam, że już niczym mnie nie zaskoczy, a ma takie lingwistyczne zdolności. Mówię mu też, że ma fajną kurtkę, że lubię połączenie różnych faktur, a on mówi, że na głowie ma połączenie różnych faktur, tu włosy, a tu nie… Głaskam jego włosy i mówię, że takie połączenia też lubię. On gładzi moją nogę, pijemy herbatę, znów dzwoni telefon, od księdza. Mówię mu o planowanym wyjeździe letnim. Że boję się jechać autem, bo to daleko. On zachęca, żebym jednak autem jechała, dziwi się, że nic mu nie mówiłam o tym wyjeździe. Mówię, że to świeża sprawa, że poza tym w maju jadę na konferencję. On mówi, że poszuka szkoleń w tym terminie w tej okolicy, jakoś tego nie widzę, ale trochę cieszę się, że on chce ze mną jechać. Mówię, że musi szybko dać znać, bo ja chcę już rezerwować noclegi, transport. On mówi, że zadzwoni i dowie się. Siedzimy jeszcze chwilę i rozmawiamy, tak już dawno nie było. Potem jeszcze przez moment jego ręka pod moją bluzką, jego usta na mojej piersi, potem on wysiada z auta, pocałunek w policzek na do widzenia, zauważam na fotelu jego telefon. Przez ułamek sekundy mam ochotę udać, że tego nie zauważyłam, zabrać ten telefon ze sobą, jednak zwycięża moja – chyba – prawdziwa natura. Pytam go, czy to (pokazuję na telefon) chce u mnie zostawić? On dziękuje, mówi, że miałby spory problem, a ja zastanawiam się, czy może on chciał zostawić ten telefon u mnie. Raczej nie, ale taka myśl przebiegła przez głowę.

Umawiamy się na piątek, mówię, że w piątek jadę rano na seminarium, proponuje parking przed firmą, o 8:20, żebym zdążyła. Kiedy odkładam słuchawkę zaczynam wymyślać, jak się z tego wykręcić. Koleżanka ma zepsuty samochód. Proponuję, że po nią pojadę i razem pojedziemy na to seminarium.

W czwartek dzwonię do niego, żeby odwołać piątkowe spotkanie. On oddzwania, mówię, o co chodzi. W czwartek nie uda nam się już spotkać. On proponuje spotkanie po seminarium. Mówię, że pojadę prosto na siłownię, potem możemy się spotkać. W piątek rano dzwonię, sama już nie pamiętam, dlaczego. Mówię, że powinnam być na miejscu o 14:20, on proponuje parking firmowy, mówię, że będzie duży ruch, problem z dojazdem, on proponuje parking przycmentarny, pyta, czy trafię. Trafię. Pytam, czy ma dużo czasu, mówi, że godzinę. Ja mówię, że mam być w domu o czwartej.

Seminarium trwa dłużej, niż planowałam. Nie zdążę na siłownię. Nie wiem, czy zdążę na spotkanie. Wracam, boli mnie głowa. Jadę, myślę, jak odwołać spotkanie. Zjeżdżam na stację benzynową. Kupuję kanapkę i herbatę. Potem jadę do apteki. Strasznie długo to trwa. W końcu odbieram leki. Jest 14.29. Dzwonię i mówię, że jestem dopiero na głównej ulicy w mieście. On używa mojego imienia w wołaczu, zdrobniale, mówi, że poczeka, że już jest, żebym jechała ostrożnie. Żebym zaparkowała przed jego autem, a nie za. Jadę. Odtwarzam w pamięci trasę, pierwszy znak stop. Prosto. Drugi znak stop. Znów prosto. Potem widzę kościół, zakręt, pamiętam, że trzeba zjechać z głównej drogi. Zjeżdżam, widzę zjazd na parking, parkuję, on stoi przed autem, mam nadzieję, że może dokądś pojedziemy, ale on wsiada na tylne siedzenie. Prosi, żebym dołączyła do niego. Chowam w bagażniku torbę, leki i płaszcz. Fotelik stoi nad bagażnikiem, zasłania nas. Siedzimy na przeciw siebie. Moje bose stopy, jego bose stopy. On dziwi się, że taka na biało-czarno jestem ubrana. Na stacji benzynowej poprawiłam makijaż, włosy, szminka – choć na co dzień nie używam szminki, jakbym chciała zostawić ślady na nim, na jego ciele, na jego ubraniach. Moja stopa, czuję jego pocałunki przez pończochę. Jego stopa jedna we mnie, druga w moich ustach, jego dłoń pieści mnie, całuję jego stopę, oblizuję palce, na parkingu duży ruch, zastanawiamy się, jak bardzo nas widać, szyby są tylko trochę przyciemnione. Nie dojdę tak. Ciągle ktoś chodzi, rozpraszam się, nie chcę tak. On zdejmuje spodnie, klęcz tyłem do mnie, moje usta na jego tyłku, z tej perspektywy jego tyłek wygląda rewelacyjnie, mówię mu o tym. Dziwne, że na jego udach, łydkach, tyłku nie ma ani grama zbędnego tłuszczu, jakby cały nadmiar skumulował się na brzuchu. Zadziwia mnie zręczność jego stóp, sprawność, wytrzymałość. Moja twarz wtulona w jego pośladki, moja dłoń na jego członku, potem on kończy w moich ustach. Dużo tego, o mało się nie zakrztusiłam. On oparty o szybę, ja oparta o siedzenie, on z zamkniętymi oczami, siedzimy tak, patrzę na niego, czas mija, błogo, lekko. On mówi, że jeszcze nie udało mu się zadzwonić w sprawie wyjazdu. Mówię, że może być trudno, że muszę szybko dać odpowiedź, ale mogę jeszcze tydzień wstrzymać działania. Mówię, żeby znalazł sobie szkolenie bliżej, w Krakowie. On pyta, kiedy jadę do Krakowa. Odpowiadam pytaniem, kiedy on będzie miał tam szkolenie. On uśmiecha się. Mówię mu, że na seminarium okazało się, że imprezie patronuje firma jego żony, że patrząc na logo firmy przez pół dnia nie czułam się komfortowo.

Dzwonią z pracy. Słucha, odpowiada, zadaje pytania, rozpinam jego koszulę, całuję brzuch, on kończy rozmowę. Mówi, że mamy pięć minut. Wsuwa dłoń pod moją spódnicę, prosi, bym odwróciła się tyłem. Stwierdzam, że skoro mamy tylko pięć minut, to ja chcę inaczej, opieram się o niego plecami, całuję jego przedramię, wtulam się w niego, zamykając oczy, jego dłoń ląduje na mojej piersi, mówi, że mam luźny biustonosz, odpowiadam, że teraz wszystkie są na mnie za luźne, że muszę kupić nowe, bo za dużo chodzę na basen. Siedzimy tak, rozmawiamy o tym, że ten czas za szybko mija, że tracimy poczucie czasu, gdy jesteśmy razem. Że gdybyśmy razem pojechali na konferencję, mielibyśmy dużo czasu. Nie mówię mu o tym, ale mam ochotę zapytać, czy nie boi się tego nadmiaru czasu, tego, że po dwóch – trzech godzinach znudzimy się sobą. Że takie czekanie na siebie i świadomość, że czas tak szybko ucieka, bo wykradamy tylko krótkie chwile, działa jak moments privilégiés u Sartre’a.

Potem on znów ląduje w moich ustach. Po chwili kończy, zlizuję ostatnie krople, pytam, ile mamy czasu, on dzwoni do kumpla, z którym miał się spotkać, ustala, że kumpel wciąż w drodze. Pyta, czy ja zdążę. Zdążę. Jest 15:43. Zdążę. Wysiada z auta. Ja też wysiadam, stoimy między naszymi samochodami, on pochyla się, żeby mnie pocałować, całuję go, próbując nie zatrzymywać się tylko na policzku. On się rozgląda, mówi coś o miejscu, że widać, ja przypominam, że to, co robiliśmy przed chwilą też było widać… On wsiada do auta, odjeżdża, ja też wsiadam. Odjeżdżam.

Z ogromnymi wyrzutami sumienia.

Wieczorem chcę posprzątać w duszy i zastanawiam się, na ile rzeczywiście żałuję, na ile chcę się poprawić. Czy to jest tak, że jednak nie chcę, skoro nie umiem? Że potrzebuję, skoro idę i próbuję to uporządkować? Że jak to jest, że chcę skończyć, a jednocześnie planuję wyjazd na konferencję i jego w tle. Nie wiem, nie umiem sobie z tym poradzić.