Sprawia przyjemność

Siedzimy, my, dzieci, terapeuci. Pada pytanie o to, co sprawia nam przyjemność. Dzieci mówią, a ja uświadamiam sobie, że nie mogę powiedzieć, że przyjemność sprawia mi seks w samochodzie, zdejmowanie majtek w trakcie jazdy, słuchanie perlistego śmiechu, przerywającego opowieści o drobiazgach. Mówię coś o przyjemności czerpanej z patrzenia na współpracę innych, ich radość, że to właśnie jest przyjemne, że to lubię. Że kiedy robimy coś we czwórkę. Wspominam coś o bieganiu i pływaniu. Ale nie ma we mnie ani w moich słowach poczucia, że przyjemność sprawia cokolwiek, co ma związek z mężem. Słucham jego zarzutów i ataków i czuję, że go nie kocham, że nie ma we mnie takiej myśli, która wierzyłaby w to, że go kocham, że mogę odbudować tę miłość, nie odpieram zarzutów, obojętnieję coraz bardziej, w poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości. Póki co, obojętna, ale zastanawiam się, jak cieniutka jest granica między obojętnością, a nienawiścią w takiej sytuacji. Prawie ze sobą nie rozmawiamy. Wchodzę rano do kuchni, on poszedł na zakupy, robię kanapki do szkoły dla dzieci, a on siada przed swoim komputerem w innym pokoju. Równie dobrze mógłby siedzieć w kuchni, albo nawet stanąć w drzwiach, zamienić ze mną kilka słów, zawsze robię te kanapki sama, bo jego już nie ma w domu, w ciszy, walcząc z własnymi myślami. Dziś mogłam z nim rozmawiać, ale on tego nie chciał. Nie tylko dziś. Znika w swoim wirtualnym świecie przed ekranem, a ja już nie mam siły, ochoty, wyciągać go stamtąd.

Patrzę na jego nową fryzurę, mówię coś miłego, ale dlatego, że powinnam, a nie dlatego, że tak czuję. Więcej rozmawiam z ludźmi z pracy, a nie należę do wylewnych osób. Pan K. więcej ze mną rozmawia, niż mąż (choć ostatnio i tak mniej rozmawiamy).

Pan K. zadzwonił dziś, kiedy byłam w pracy. Kolega pomagał mi ze sprzętem. Odebrałam, kolega miał na uszach słuchawki, ale ja i tak byłam w stanie tylko zdawkowo odpowiadać. Pan K. przeprosił, że wczoraj nie odebrał i nie oddzwonił.

– Miałem przejebany dzień – tak się wytłumaczył.

– To tak, jak ja. – Ale o ile on podał trochę szczegółów, nie zapytał już, czemu mój dzień był  taki beznadziejny, właściwie to o nic nie pytał, mówił coś o alkoholu, ogarnianiu, basenie, ja milczałam, kilka razy upewniał się, czy jestem. Byłam, słuchałam, przytakiwałam. Powiedział, że zadzwoni w poniedziałek, jak wróci. A ja, kończąc z nim rozmowę, miałam ochotę powiedzieć, żeby sobie darował, żeby już nigdy nie dzwonił. Kolega pochylał się nad moim komputerem, ciągle w słuchawkach, pożegnałam pana K. krótkim „pa” i rozłączyłam się. Kolega o nic nie pytał. Fajny kolega. Jedyny, z którym ostatnio rozmawiam i który w jakiś sposób wspiera, pewnie nawet nieświadomy, jak wielkie znaczenie ma dla mnie jego pomoc, jego słowa i obecność.

Wszystko się wali, jak już myślę, że nie może psuć się bardziej, to sypie się jeszcze mocniej. Telefon ze szkoły. Zostawiam kolegę w pracy, dobrze, że jest, dzięki niemu mogę wyjść i pojechać. Nie muszę mu niczego tłumaczyć. Po prostu jest, rozumie, zostaje.

A ja jadę. Słucham muzyki, próbuję śpiewać, ale nawet to mi niezbyt dobrze wychodzi. Mierzę się z tym, co takie trudne, podejmuję ciężkie decyzje. Wypełnia mnie lęk, wszystko przytłacza. Czuję się sama, bezsilna, ale, paradoksalnie, wciąż jeszcze powtarzam sobie, że dam radę. Nie wiem, skąd we mnie ta wiara. Contra spem spero?

Może tak właśnie. A może dum spiro, spero.

A na jutro umówiłam się z młodszym na huśtawki. Jeśli będzie jutro. Jeśli będę.

Nadziejnie

Zero telefonów. I jakby takie niedowierzanie, czy tęsknota nawet za tymi telefonami.

Daj mi trzy dni… – tak sobie pomyślałam, że jedyną rzeczą, jedyną decyzją, która mogłaby mnie naprawdę zaskoczyć, byłaby decyzja o rozstaniu. Z jego inicjatywy.

Zmarła Monika. Nie żona. Pisarka. Pamiętam naszą rozmowę o książce, która ciągle nie powstała, że jak już powstanie, to Monika ją przeczyta. Już nie przeczyta. Spogląda teraz pewnie z góry na nas i myśli, że tak pokręconej historii, jak nasza, to nawet ona by nie wymyśliła.

A może jednak tak zaskoczy, że się zdziwię, że powie, że koniec, że kamień z serca… Tylko sama w to nie wierzę, że zrezygnowałby z tak wygodnej i odpowiadającej mu relacji. W imię czego miałby rezygnować?

A ja? Nie umiem. Modlę się i zastanawiam, czy Bóg słucha modlitw grzeszników. Pewnie tak, skoro wszyscy jesteśmy grzeszni, a On słucha. Ale kiedy odmawiam kolejną dziesiątkę, świadoma tego, w co brnę, zastanawiam się, czy moje słowa docierają do celu. Może właśnie teraz jeszcze bardziej powinnam się modlić, żeby było skuteczniej, jeszcze mocniej wtedy, kiedy kolejny raz upadam, żeby dał mi siłę, bym się podniosła, otrzepała skrzydła i znów próbowała latać.

Ta relacja ciągnie mnie na dno i tak ciężko mi uwolnić się, może dlatego, że nie potrafię stanowczo odciąć się od niego i wszystkiego, co się z nim łączy. I może dlatego właśnie jeszcze bardziej potrzebna mi ta modlitwa, jak o cud, żebym potrafiła to zmienić.