Pomidorowa

Skończyłam gotować pomidorową. Kojarzy mi się z domem, wspólnym obiadem, pozytywnie, pogodnie, lubię kolor pomidorów, ich smak, lubię pomidorową. Najbardziej z kostkami chleba, taką jadała moja babcia. Albo ze świderkami. Z ryżem. Zmiksowaną z warzywami jako zupę-krem. Domowa. To jest najmocniej kojarzące się określenie.

Wczoraj rano praca, popołudniowy powrót w biegu, zgarniam małego, jedziemy do kolegi, trochę boję się popołudnia z trzema matkami, tej próby, buntu małego, sama nie wiem, czego jeszcze. Jedziemy. Mały pracuje, robi wrażenie nie tylko na mnie. Potem idzie się bawić z kolegami. Dla mnie pełnia szczęścia, bawi się, nie chce wracać, jest zadowolony.

Dziś właśnie odszedł od gry i kolegi, żeby pojeździć z tatą na rowerze. A rano, po powrocie z kościoła, sam ogarnął buty, wieszanie ubrań w szafie… Jakby ktoś go podmienił. Fakt, pożarł wczoraj prawie całe opakowanie witamin w żelkach. Może te witaminy też wpłynęły.

A ja, coraz mocniej zaplątana.

Na fb wyskoczył mi film z nim. Gapiłam się, nie mogąc oderwać oczu i uszu. Zapisałam sobie ten film, z rozpędu, z przyzwyczajenia, z tęsknoty.

Dzwonił do mnie rano, gdy jechałam na spotkanie. Obiecałam oddzwonić w drodze powrotnej, długo rozmawialiśmy, on wciąż z nadzieją na spotkanie, ja z rozdartym sercem, czując się jak piąte koło u wozu, on wciąż podkreślał, że schudł, że wymienia garderobę, że naprawia zęby, a ja z każdym słowem czułam coraz mocniej, że do niego nie pasuję, że on taki idealny, a ja taka beznadziejna. Mówił, że jak wpadnę na niego na ulicy, to go nie poznam i powiem: „przepraszam, młodzieńcze, że na ciebie wpadłam”…

Przed czterdziestką zmienił kobietę. Teraz próbuje, przed pięćdziesiątką, zmienić siebie. A mnie przez myśl przebiega ciągle, że może jego obecna kobieta, przed swoją czterdziestką, będzie chciała zmienić faceta i go zostawi. Ona kończy 40 lat za rok. On będzie miał wtedy 50.

Sprzątał bagażnik. A w nim wiatrówka, którą włożył po rozmowie ze mną, pewnie wyjmie ją na wyjazd, a ja wciąż będę się łudzić, że rzeczywiście chciał mnie zabrać, by postrzelać. W bagażniku wielkie worki, linka, jakaś przeterminowana kukurydza w puszce, w rozmowie wysnuł nam się motyw morderstwa, gdyby potrzebował pozbyć się ciała, może zadzwonić, jestem dyskretna, zorganizowana, chętnie pomogę…

Prawie uległam namowie na błyskawiczne spotkanie, ale zadzwoniło duże dziecko z prośbą o transport ze szkoły. Podjechałam, powiedziałam, ze może wieczorem się zobaczymy na oficjalnej imprezie.

Pojechałam razem z mężem. Weszliśmy. W pierwszej chwili go nie poznałam, choć rozglądałam się, próbując go wypatrzeć. Podeszliśmy się przywitać, zdjęliśmy kurtki, obejrzeliśmy wystawę. Potem podeszliśmy jeszcze chwilę porozmawiać, mówiłam, że zmarniał, że go nie poznaliśmy wchodząc.

Wyglądał rewelacyjnie. Nowy garnitur, nowa koszula, nowy pasek z piękną sprzączką, buty, które już znam i które cudnie pasowały do reszty stroju. O nowe zęby nie miałam śmiałości tak publicznie zapytać. Ale patrzyłam i robiło mi się coraz ciężej na sercu, jakby z takim przekonaniem, że on, teraz taki idealny, w ogóle nie zwróci już na mnie uwagi. Pożegnał się, my też, powiedział, że razem wyjdziemy, rozmawiałam z nim po drodze, mąż jakoś obok, nie umiałam znaleźć kluczyków, powiedział, że może nas podrzucić, powiedziałam, że chętnie, ale nazajutrz jadę wcześnie do pracy, więc musiałabym jednak rano dotrzeć po auto. Miałam wrażenie, że on strasznie się spieszy, że chce jak najszybciej się pożegnać. Znalazłam kluczyki, podał mężowi rękę na do widzenia, ja też podałam mu rękę, wsiadł do auta, my poszliśmy do swojego. Odjechaliśmy.

Coraz ciężej mi.

Z jednej strony, poczułam, że on dodaje mi skrzydeł, że łatwiej mi tak znosić wszystko, ze świadomością, że on jest, że ten perlisty śmiech sprawia, że na moment wszystko inne staje się mniej ciężkie. A z drugiej, czuję coraz mocniej przepaść, która nas dzieli, on jest coraz mniej osiągalny, coraz mniej mój, ciągle za nim tęsknię, wiedząc, że nie mam prawa. Świadomość, że wyjeżdża, że go nie zobaczę przez cały tydzień, że mogłam też wyjechać, spotkać go, wpaść na niego, zaskoczyć, że omija mnie coś tajemniczego, coś istotnego, niesamowitego, strasznie to trudne.

Słucham celtyckiej muzyki. Zastanawiam się, na ile moja podświadomość wpływa na takie wybory, jak samoudręczenie. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek lubiłam taką muzykę.

Nigdy nie byłam na jego koncercie. I teraz, choć miałabym okazję, też nie będę.

Mówię sobie, że tak jest lepiej. Chcę cieszyć się pomidorową, chłopcami na rowerach (może w tym roku kupię sobie nowy rower i będę jeździć z nimi), pierwiosnkami w ogrodzie. Chcę skupić się na nich, bo mnie potrzebują, bo źle im, że jestem daleko, nawet, jeśli udaję, że jestem tuż obok.

Rano mąż wszedł do łazienki. Myłam zęby, przytulił mnie. A ja uświadomiłam sobie, że bardziej w moich myślach pragnę seksu samego w sobie, niż jego, niż seksu z nim. Nie kocham go? Jestem obok, bo czuję, że on mnie kocha, że potrzebuje, bo zależy mi, żeby chłopcy się z nim dogadywali. Chcę wierzyć, że we mnie, gdzieś głęboko, tli się wciąż miłość do niego, chciałam napisać, że chciałabym móc ją odnaleźć, rozwinąć, umocnić, ale w sumie sama przed sobą nie umiem przyznać, czy ja jeszcze tego chcę.

Lubię przy nim zasypiać, ale czuję się opuszczona, nieatrakcyjna, ważna mniej, niż wszystko inne, waham się, czy chciałabym to zmienić, czy zależy mi jeszcze na tym. Czy zależy mi jeszcze na nim. Na czym mi zależy, poza panem K.? Czuję, że na rodzinie, na dzieciach przede wszystkim, ale też nie wiem, czy to nie z poczucia winy, obowiązku, czy rzeczywiście z miłości.

Ciągle boję się straty. Jak można stracić kogoś, kogo się nie ma? Więc czego tak naprawdę się boję?

Zapełnianie

Mam wrażenie, że staram się coś zapełnić bieganiem, pracą, pływaniem, intensywnie wypełnianym czasem, przypadkowymi znajomościami na GG, rozmowami z autostopowiczami.

Jakby przerażała mnie ta pustka, biorąca się z tęsknoty za rozmowami, za bliskością, może za adrenaliną, za niepewnością rozwijającej się relacji.

Czuję się straszliwie samotna. Mąż śpi. Ciągle jest zmęczony, albo go coś boli, albo po prostu jest niewyspany. Seks raz w miesiącu to dużo poniżej moich oczekiwań. I już chyba nawet jest tak, że pogodziłam się z tym, że go nie ma, że już mi nawet na tym nie zależy.

Zastanawiam się, co robię źle, skoro na niego nie działam. Mam wrażenie, że staję na rzęsach, żeby coś się zmieniło, a jest coraz gorzej.

Jakieś żarty na temat techniki i bycia inżynierem. Jasne. Moja technika bardzo się rozwinęła, ale to tylko dzięki treningom na panu K. (Nie wiem, czy po prostu wprost mam go tu nazywać Kochankiem). Nie wiem, czy gdyby nasze małżeńskie pożycie wyglądało inaczej, gdybyśmy robili to częściej, intensywniej, czy w ogóle miałabym ochotę na spotkania z panem K.

Może wtedy miałabym siłę powiedzieć mu „nie”. Nie odbierać jego telefonów, nie umawiać się na spotkania, nie cieszyłabym się z tych spotkań i nie myślała w trakcie czy tuż po, że właśnie takiego rżnięcia potrzebowałam.

Poszłam wczoraj na koncert. Sama. Mąż spał. Weszłam na salę koncertową, odnalazłam nasze miejsca i usłyszałam głos pana K. Wyszłam z rzędu, mając nadzieję, że mnie zauważy i że może podejdzie się przywitać. Rozmawiał z jakąś kobietą, nie chciałam tak nachalnie podchodzić, wróciłam na miejsce. Co jakiś czas jego głos wdzierał się w moje uszy. Nie podszedł, po chwili ujrzałam, jak stoi w grupce, w której jest też jego żona (ciągle nie wiem, czy żona). Miałam wrażenie, że mnie zauważył, ale rozumiałam, że nie podejdzie. Zastanawiałam się, po co poszłam na ten koncert (nie wiedziałam, czy on przyjdzie, nie wiedziałam, czy będzie sam), przez myśl przebiegło, że po to, by kolejny raz pękło mi serce, ale ono pękało już tyle razy, że pewnie się przyzwyczaiło. Myślałam sobie, że gdyby nie ta jego żona, to na pewno podszedłby. Pewnie umówilibyśmy się, że wyjdziemy z koncertu na szybki numerek. Ale tak się nie stało. Siedziałam, rozglądałam się po widowni w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu. I nagle zobaczyłam, że ona idzie w moją stronę, szła rząd niżej, przywitałyśmy się, zapytała, czy przyszłam posłuchać, czy tak sobie przyszłam, powiedziałam, że tak sobie – myśląc, że jakieś takie głupie to jej pytanie, miało pewnie być zabawne, ja starałam się zabawnie odpowiedzieć, ale zupełnie nam nie wychodziło. On usiadł kilka rzędów niżej, ona poszła z kimś porozmawiać, on co jakiś czas patrzył w jej stronę. W końcu ona wróciła do niego, gdy już koncert rozpoczął się. Siedzieli odchyleni od siebie, nie tak, jak kiedyś na przedstawieniu, jakby każde w swoją stronę. Po dwudziestu, może trzydziestu minutach wyszli. On, ona za nim. Starałam się nie patrzeć w ich stronę. Zostałam do końca. Warto było. Muzyka wdzierała się we mnie, wypełniała myśli choć przez ten krótki czas, kiedy trwała. Kupiłam płytę, wypełnia domową ciszę. Kołysze, takiej muzyki było mi trzeba.

Kiedy wróciłam do domu było już późno. Mąż nadal spał. Położyłam dzieci, porozmawiałam chwilę z nimi, sprawdziłam, czy są spakowane do szkoły i usiadłam do przygotowywania się na dzisiejsze poranne spotkanie. Po godzinie nie miałam już siły. Poszłam spać, zastanawiając się, co jeszcze przedstawić i w jaki sposób na porannym spotkaniu. Obudziłam się i zaskoczyła mnie jasność nad oknem. Pomyślałam, że zaspałam. A jednak nie. Jeszcze krzątał się mąż, leżałam w łóżku dopracowując szczegóły spotkania. Kiedy mąż wyszedł z domu wstałam, usiadłam do komputera, przygotowałam materiały, wydrukowałam, spakowałam. Pobiegłam (dosłownie, a bardzo potrzebowałam tego biegu) do sklepu po bułki. Obudziłam dzieci. Śniadanie. Wyprawa do szkoły. Do pracy. Dojechałam szybko. Zaparkowałam spokojnie. Byłam przed czasem. Goście już czekali. Zaczęliśmy punktualnie. Kiedy po 45 minutach usłyszałam, że są zadowoleni i że nie żałują, że musieli wstać tak wcześnie, zrobiło mi się bardzo miło. Jakbym dostała dawkę dodatkowej energii, motywacji. Nie umiem tego określić. Chęć do pracy.

A on nie zadzwonił. Nie zadzwonił, gdy jechałam do pracy. Nie zadzwonił później.. Skończyłam bardzo szybko oba spotkania, zostałam uporządkować dokumenty, wprowadzić korekty na stronie internetowej. Wracałam, po drodze zabrałam autostopowiczów. Czas mijał szybko. Pojechałam do szpitala. Znów zmiany. Otwarte oczy na naszą wizytę, zmniejszone dawki leku, przekonanie, że reaguje, czuje, rozumie, ale nie rusza się, choć podobno zacisnął prawą dłoń na ręce pielęgniarki.

Przez moment pomyślałam sobie, że tak czekam na jego telefon, bo po prostu chciałabym z kimś porozmawiać, choćby o niczym. Jemu opowiedzieć o szpitalu, o obawach, posłuchać jego głosu.

Nie wiem, może to mógłby być ktokolwiek, kto po prostu chciałby dać mi trochę swojego czasu. Rzadko czuję się samotna, na ogół sama potrafię sobie wypełnić czas, ale teraz jakoś bardzo potrzebowałam rozmowy, obecności drugiej osoby, choć tak strasznie chce mi się spać.

Nawet na basen nie mam siły się wybrać. Muszę wstawić auto do garażu. Zamknąć bramę. Zamknąć oczy. Zasnąć, nie myśleć, nie czekać, nie łudzić się. Nauczyć się nie czekać, nie mieć złudzeń. A mimo to czuję, że za nim tęsknię, chyba jednak właśnie bardziej za nim, niż za samą obecnością kogokolwiek.