Za swoje

Wczorajszy odlot, najostrzejszy (tak mi się wydaje) seks w życiu… Wszystko długo wirowało. Wieczorem odkryłam, że krwawię. Bardzo źle się poczułam. Wystraszona, zmęczona, obolała. Poszłam spać, ale przy każdym przebudzeniu myśli wracały do tamtej sytuacji.

Poranek pospieszny, intensywny, udało się spakować całą czwórkę do auta. Pojechaliśmy.

I potem jak wybuch wulkanu, taka dawka agresji, złości, wprost proporcjonalna do mojej wczorajszej przyjemności. Jak kara za to, że chciałam, by było mi dobrze, że chciałam i zaakceptowałam własne pragnienie.

Przyjmowałam dzisiejszą sytuację jak karę, coś należnego, co mogę tylko przyjąć i zaakceptować.

Jest we mnie bezsilność i lęk. Nie wiem, co z nami teraz będzie. Jak to się ułoży. Muszę przesłać sprawozdanie do połowy stycznia. I nie wiem, co w nim zawrzeć, bo prawda jest zabójcza.

Oglądam oferty mieszkań. Nie stać mnie na takie, którego mi potrzeba i w miejscu, w którym chciałabym być, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Mam połowę (bo kolejne 15% muszę zachować jako rezerwę i do końca stycznia nie mogę jej ruszyć, a jeśli potem z tej  rezerwy skorzystam, to nie zostanie mi nic, gdyby coś się wydarzyło. A w mieszkaniu trzeba jeszcze jakieś meble postawić, żeby choć mieć na czym spać, na czym jeść, jakieś biurka dla dzieci.

Myłam naczynia „i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość”…. co za paradoks, z tych trzech została mi tylko miłość, ale jakaś taka kulawa, która chce jego dobra, rozumie go, ale nie potrafi zapewnić wierności i uczciwości. Skłamałam, świadomie, by chronić nas wszystkich przed kolejną awanturą, by chronić siebie. Jak to jest, że po 25 latach znajomości mam przed sobą kogoś, kogo nie znam, kogo się boję, ale też o kogo się boję, kogo kocham? Ale nie wiem, jak kochać, żeby mu, żeby nam pomóc. Myślałam, że go potrzebuję, ale potrzebny mi był jego spokój, wsparcie, bycie ze mną. Dzieje się coś bardzo złego, a ja przyczynę wszystkiego upatruję we mnie samej. I mam takie wrażenie, że nikt nie może mi pomóc, że nikt nie może nam pomóc.

Rozbolała mnie głowa, tak migrenowo, stresowo. Bezsilnie.

Nie wiem, znów nie wiem, co mam robić dalej. Chcę pojechać po prezent dla mamy. Chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że dam radę, że wszystko się ułoży, że po kolei rozwiążemy problemy.

Nie mam się do kogo przytulić. Wczoraj potrzebowałam takich ostrych doznań, ale, paradoksalnie, najlepiej było mi w takiej bliskości, bezbolesnej a czułej, jakoś tak niezwykłej i niewpisującej się w naszą schematyczność, takiej bliskości, od której – mam wrażenie-  on ucieka. Chciałam byłam go zapytać, czego się boi, dlaczego nie chce… Nie wiem, czy nadal chcę zadać te same pytania. Walczę sama ze sobą. Z jednej strony chciałabym poukładać relacje z Najwyższym, a z drugiej boję się, że i tak znów zawiodę, ze nie dam rady, że to jak dreptanie w miejscu, taki bałagan w moim życiu, a ja nie umiem go ogarnąć.

Zimno mi wewnętrznie, zewnętrznie też. Znów popadam w lęk, że na coś groźnego choruję, to chyba typowe dla depresji. Wczoraj niewiele brakowało, bym w rozpaczy szukała jakiegokolwiek ginekologa, krwawienie przeraziło mnie i już sobie zwizualizowałam mnóstwo scenariuszy (ciążę, ciążę pozamaciczną, poronienie, wewnętrzne porozrywanie na strzępy…). To nie pierwszy raz, kiedy on mnie rozkrwawił, o większość zdążyłam już zapomnieć. Nie wygląda na kogoś, kto lubi przemoc w takich sytuacjach, to raczej były wypadki przy pracy, zbyt mocno, zbyt intensywnie, a ja znów łapię się na tym, że jestem gotowa na wszystko, że wszystko zniosę, przyjmę, udźwignę.

Już nie dźwigam. To był taki tydzień, że naprawdę nie chciałam żyć. A dziś w aucie, w drodze powrotnej, myślałam znów, że nasza rodzina nie jest nikomu potrzebna, jesteśmy takimi elementami, które zaburzają harmonię świata, bez nas wszystkim i wszystkiemu było by lepiej. Ale jesteśmy. Wróciłam myślami do nocy pożaru. Kiedy nie mogłam zasnąć i modliłam się, przerażona, czując, że coś jest nie tak. I teraz, znów, mam takie poczucie, że pokrzyżowałam plany Najwyższego. Że mogło nas już wszystkich nie być. Gdybym mu zaufała, odpuściła, nie drążyła. Nie wiem, może jednak to, że drążyłam, że nic się nam nie stało, to właśnie jest Jego Wola. A ja nie rozumiem, po co to wszystko, po co na mojej drodze pan K., dlaczego nie nadaję się na matkę, a mam dzieci, dlaczego ktoś, z kim wyobrażałam sobie siebie do końca życia jest kimś, kogo zupełnie nie znam, a ja, ta, która tak bardzo czekała na miłość, gotowa całkowicie się jej oddać i ponieść, zupełnie już nie wiem, kim jestem, czego chcę, po co jestem i tak trudno mi odnaleźć szczęście we mnie samej, by móc obdarzać nim innych.

Ciągle patrzę na potrzeby innych, ciągle troszczę się i pomagam, ale sobie nie umiem pomóc. Wczorajsze popołudnie było dla mnie. I teraz spadły na mnie konsekwencje i jeszcze długo będą spadać. Nie wiem, jak je udźwignę, nie wiem, co dalej. Nie rozumiem.