Osławiona sukienka i płaszcz

Okryta złą sławą niebieska sukienka Moniki Lewinsky omal nie doprowadziła do utraty prezydentury.

http://www.famous-trials.com/clinton/889-lewinskydress

Przypomniałam sobie o tej sukience, gdy wyjęłam mój skórzany płaszcz. Chciałam oddać go do renowacji, ale okazało się, że w pralni chemicznej zajmą się tylko skórzanymi elementami, a podszewkę muszę wyczyścić sama. Autorzy erotycznych powieści pewnie kompletnie nie zastanawiają się, jak ciężko jest usunąć plamy spermy z podszewki skórzanego płaszcza. Fantastyczna scena, ona wita go w pończochach, wysokich szpilkach i skórzanym płaszczu, on rzuca się na nią, potem następują opisy przeróżnych konfiguracji, a sperma ląduje na podszewce płaszcza, czego w opisach najczęściej już brakuje. I nie ma przepisu, jak usunąć te paskudne plamy. Mocne słońce, szczoteczka, woda, ja i nieszczęsna, poplamiona podszewka. Wyczyściłam, rozłożyłam na słońcu, a po chwili znów wylazły plamy. I tak kilka razy. Próbowałam na różne sposoby. Upał taki, że wszystko schnie błyskawicznie, w końcu się udało. Moja podszewka nie doprowadzi do impeachmentu. Na sznurze skórzany płaszcz, pończochy w motyle, pończochy czarne, czerwone, pasek do pończoch, wieszałam w takim miejscu, żeby nie rzucało się w oczy, na słońcu wszystko szybko wyschnie. Nie wiem, skąd ta nagła potrzeba prania, usuwania plam, może jak potrzeba pozbycia się resztek śladów pana K. z mojego życia. Może dlatego tak długo zwlekałam z upraniem płaszcza, że podświadomie chciałam zachować te ślady, jak Monica swoją poplamioną sukienkę. Na wszelki wypadek. Na wypadek tęsknoty. Na wypadek sama nie wiem czego.

Wciąż przypominają mi się różne sytuacje. Rozmawiamy, on mówi o służbowej imprezie, że w sumie kiedyś go to nudziło, teraz nawet bawi. Ja mówię, że będę wracać z pracy późno, że gdyby się nudził, może zadzwonić (może to podświadoma próba porozmawiania z nim, gdy będzie po alkoholu, skłonniejszy do szczerej rozmowy), ale on mówi, że będzie tam ze swoją kobietą. Koniec tematu. Życzę mu fajnej zabawy. Tyle tylko że ten nasz dialog ma miejsce dzień po tym, jak spotkał się ze mną, na pięć minut, kiedy wracałam z pracy zadzwonił, że jest na mojej trasie, że znalazł fajny zjazd, że tam na mnie czeka, że choć na chwilę, że nigdzie nie muszę odbijać, że zdążę (spieszyłam się wtedy bardzo), nie umiałam odmówić. Zjechałam. Cudne miejsce z widokiem na panoramę miasta, tę bardziej zalesioną, mniej zaludnioną część. Cztery minuty, podczas których on robił to, na co miał ochotę, na moją propozycję tradycyjne odparł „nie”. Piąta minuta na użycie chusteczek i przesiadkę na siedzenie kierowcy. Wracałam do domu w poplamionej sukience, on miał poplamioną koszulkę, nie zdążyłam mu o tym powiedzieć, bo zadzwonił telefon, a on odebrał. Jechał na ważne spotkanie. Zadzwoniłam po chwili i powiedziałam mu o tej koszulce, żeby się przebrał. Czułam się jak mucha złapana w pajęczynę, a potem porzucona. Bolało. Kolejne „nie”, niczym kolejny powód, by go kompletnie olać, a jednak w tej rozmowie następnego dnia jakbym zupełnie nie pamiętała tego uczucia upokorzenia, poczucia wykorzystania, jakaś część mnie miała nadzieję na rozmowę, spotkanie, to, co dla mnie było w tej relacji ważne. Dlaczego to, co bolesne, tak łatwo zaciera się w pamięci, pozwalając mi pakować się w kolejne niekomfortowe sytuacje?

Czemu nie potrafiłam zrobić sobie mentalnie (albo i na papierze) takiej listy wszystkich zranień, wszystkich chwil, kiedy poczułam się przez niego bardzo źle, by skutecznie chronić się przed kolejnymi ranami?

Może za mocno (a teraz gapię się w ekran i zastanawiam, czy przejdzie przez klawiaturę słowo, które przeszło przez myśl), może za mocno go kochałam…

Może teraz jest inaczej i dlatego jakoś łatwiej pamiętać o tych niefajnych aspektach naszej relacji.

Podszewkę wyprałam. Oddam płaszcz do pralni. Wróci jak nowy. Szkoda, że duszy tak nie mogę uprać. Wróciłaby piękna i błyszcząca, bez śladu plam i zagnieceń.

Cudownie świeci słońce. Pójdę na zakupy, a potem wyjdę z książką na huśtawkę, ciesząc się słonecznym popołudniem i udając, że wszystkie moje problemy przestały istnieć. Kawa. Czekolada. Książka. Huśtawka. Słońce. Ja. Prawie jak nowa. Prawie.

Za swoje

Wczorajszy odlot, najostrzejszy (tak mi się wydaje) seks w życiu… Wszystko długo wirowało. Wieczorem odkryłam, że krwawię. Bardzo źle się poczułam. Wystraszona, zmęczona, obolała. Poszłam spać, ale przy każdym przebudzeniu myśli wracały do tamtej sytuacji.

Poranek pospieszny, intensywny, udało się spakować całą czwórkę do auta. Pojechaliśmy.

I potem jak wybuch wulkanu, taka dawka agresji, złości, wprost proporcjonalna do mojej wczorajszej przyjemności. Jak kara za to, że chciałam, by było mi dobrze, że chciałam i zaakceptowałam własne pragnienie.

Przyjmowałam dzisiejszą sytuację jak karę, coś należnego, co mogę tylko przyjąć i zaakceptować.

Jest we mnie bezsilność i lęk. Nie wiem, co z nami teraz będzie. Jak to się ułoży. Muszę przesłać sprawozdanie do połowy stycznia. I nie wiem, co w nim zawrzeć, bo prawda jest zabójcza.

Oglądam oferty mieszkań. Nie stać mnie na takie, którego mi potrzeba i w miejscu, w którym chciałabym być, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Mam połowę (bo kolejne 15% muszę zachować jako rezerwę i do końca stycznia nie mogę jej ruszyć, a jeśli potem z tej  rezerwy skorzystam, to nie zostanie mi nic, gdyby coś się wydarzyło. A w mieszkaniu trzeba jeszcze jakieś meble postawić, żeby choć mieć na czym spać, na czym jeść, jakieś biurka dla dzieci.

Myłam naczynia „i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość”…. co za paradoks, z tych trzech została mi tylko miłość, ale jakaś taka kulawa, która chce jego dobra, rozumie go, ale nie potrafi zapewnić wierności i uczciwości. Skłamałam, świadomie, by chronić nas wszystkich przed kolejną awanturą, by chronić siebie. Jak to jest, że po 25 latach znajomości mam przed sobą kogoś, kogo nie znam, kogo się boję, ale też o kogo się boję, kogo kocham? Ale nie wiem, jak kochać, żeby mu, żeby nam pomóc. Myślałam, że go potrzebuję, ale potrzebny mi był jego spokój, wsparcie, bycie ze mną. Dzieje się coś bardzo złego, a ja przyczynę wszystkiego upatruję we mnie samej. I mam takie wrażenie, że nikt nie może mi pomóc, że nikt nie może nam pomóc.

Rozbolała mnie głowa, tak migrenowo, stresowo. Bezsilnie.

Nie wiem, znów nie wiem, co mam robić dalej. Chcę pojechać po prezent dla mamy. Chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że dam radę, że wszystko się ułoży, że po kolei rozwiążemy problemy.

Nie mam się do kogo przytulić. Wczoraj potrzebowałam takich ostrych doznań, ale, paradoksalnie, najlepiej było mi w takiej bliskości, bezbolesnej a czułej, jakoś tak niezwykłej i niewpisującej się w naszą schematyczność, takiej bliskości, od której – mam wrażenie-  on ucieka. Chciałam byłam go zapytać, czego się boi, dlaczego nie chce… Nie wiem, czy nadal chcę zadać te same pytania. Walczę sama ze sobą. Z jednej strony chciałabym poukładać relacje z Najwyższym, a z drugiej boję się, że i tak znów zawiodę, ze nie dam rady, że to jak dreptanie w miejscu, taki bałagan w moim życiu, a ja nie umiem go ogarnąć.

Zimno mi wewnętrznie, zewnętrznie też. Znów popadam w lęk, że na coś groźnego choruję, to chyba typowe dla depresji. Wczoraj niewiele brakowało, bym w rozpaczy szukała jakiegokolwiek ginekologa, krwawienie przeraziło mnie i już sobie zwizualizowałam mnóstwo scenariuszy (ciążę, ciążę pozamaciczną, poronienie, wewnętrzne porozrywanie na strzępy…). To nie pierwszy raz, kiedy on mnie rozkrwawił, o większość zdążyłam już zapomnieć. Nie wygląda na kogoś, kto lubi przemoc w takich sytuacjach, to raczej były wypadki przy pracy, zbyt mocno, zbyt intensywnie, a ja znów łapię się na tym, że jestem gotowa na wszystko, że wszystko zniosę, przyjmę, udźwignę.

Już nie dźwigam. To był taki tydzień, że naprawdę nie chciałam żyć. A dziś w aucie, w drodze powrotnej, myślałam znów, że nasza rodzina nie jest nikomu potrzebna, jesteśmy takimi elementami, które zaburzają harmonię świata, bez nas wszystkim i wszystkiemu było by lepiej. Ale jesteśmy. Wróciłam myślami do nocy pożaru. Kiedy nie mogłam zasnąć i modliłam się, przerażona, czując, że coś jest nie tak. I teraz, znów, mam takie poczucie, że pokrzyżowałam plany Najwyższego. Że mogło nas już wszystkich nie być. Gdybym mu zaufała, odpuściła, nie drążyła. Nie wiem, może jednak to, że drążyłam, że nic się nam nie stało, to właśnie jest Jego Wola. A ja nie rozumiem, po co to wszystko, po co na mojej drodze pan K., dlaczego nie nadaję się na matkę, a mam dzieci, dlaczego ktoś, z kim wyobrażałam sobie siebie do końca życia jest kimś, kogo zupełnie nie znam, a ja, ta, która tak bardzo czekała na miłość, gotowa całkowicie się jej oddać i ponieść, zupełnie już nie wiem, kim jestem, czego chcę, po co jestem i tak trudno mi odnaleźć szczęście we mnie samej, by móc obdarzać nim innych.

Ciągle patrzę na potrzeby innych, ciągle troszczę się i pomagam, ale sobie nie umiem pomóc. Wczorajsze popołudnie było dla mnie. I teraz spadły na mnie konsekwencje i jeszcze długo będą spadać. Nie wiem, jak je udźwignę, nie wiem, co dalej. Nie rozumiem.

 

Prawda was wyzwoli…

Cały weekend przygotowywałam się do tego, by mu powiedzieć, co odkryłam, co czuję, jak naprawdę to odbieram. Poniedziałek zaczął się drobnym opóźnieniem, ale kiedy dzieci były już w szkole, pojechałam na kawę i kanapkę na stację benzynową. Zadzwoniłam do niego, by zapytać, czy wziąć mu kawę i czy się ze mną napije, ale nie odebrał. Wypiłam kawę samotnie, w samochodzie, jedząc ziarnistą kanapkę. Zadzwonił, gdy kończyłam. Poprosił, bym przejechała na inny parking, bo na stacji są kamery. Przeparkowałam się, podjechał po chwili, wsiadł do mojego auta i pojechaliśmy. Jakoś tak odruchowo w stronę tego parkingu przy ładnym parku, kiedy chciałam tam zjechać, on powiedział, że tam jest strasznie dużo ludzi i zaproponował, byśmy podjechali kawałek dalej. Zatrzymaliśmy się przed kościołem. Nie wiem już sama, który to kościół, przed którym parkujemy. Piąty? Szósty? Nie ma znaczenia…. Chciałam z nim porozmawiać, ale co chwilę odbierał telefony. W końcu zaczęłam, wracaliśmy już na parking, ale chciałam mu to powiedzieć, najpierw owijałam, ale potem powiedziałam wprost, że zrozumiałam, że nie robię tego dla siebie, że czasem robiłam coś wbrew sobie, ale wszystko dlatego, że bałam się, że go stracę z mojego życia. Że dla niego mogłabym zrobić wszystko, cokolwiek by mi powiedział. Żeby tylko był.

On powiedział, że drugi raz by się nie rozwiódł, po tym, jak wie, ile to było emocji, jak dzieci to przeszły… Nie wiem, w jakim kontekście to mówił, czy w takim, żeby mnie odwieść od takiej decyzji, czy żeby usprawiedliwić, że sam takiej ponownie nie podejmie (ale przecież nie wziął ślubu po raz drugi, jeśli pamiętam, poza tym przy poprzedniej rozmowie powiedział, że nie wie, co robi druga osoba, że nie chce tego wiedzieć). Chyba sam poczuł, że się zamotał, bo mówił, że to w kontekście poprzedniego rozwodu, że jakby wiedział…

Zadzwonił telefon. On odebrał, rozmawiał, ja w tym czasie dojechałam na parking. On wysiadł, powiedział: „jedź ostrożnie, żebyś się nie rozbiła”, powiedziałam, że to nie ma znaczenia, on odparł, że ma znaczenie. Odjechałam. Rozpłakałam się.

Z jednej strony, taka ulga, chyba ulga, że to głośno powiedziałam. A z drugiej strony – ból.

Mówię mu, że nie umiem bez niego żyć, że nie chcę, by zniknął z mojego życia, że boję się. A on nic. Po prostu wysiada. Wychodzi. Jakby nic się nie stało.

Nie zadzwonił po południu. Dziś rano też nie zadzwonił. Ani przez cały dzień. Boli. Jakoś tak paskudnie boli. Z drugiej strony, jakoś mi spokojniej z tym beztelefonowym klimatem.

Myślę, że on po prostu też mógł się wystraszyć. Że nie wie, co powiedzieć, że nie wiedział, jak ma zareagować.

I po prostu wycofał się. Chce przeczekać. Może chce, bym zdążyła za nim zatęsknić, żebym była bardziej podatna ma jego namowy i manipulacje. Nie wiem. Próbuję dalej żyć, ale jest strasznie trudno, staram się zapełnić czas, a właściwie czas sam się zapełnia mnóstwem spraw. I może, paradoksalnie, dzięki tej trudnej sytuacji będzie mi łatwiej. Może jaskrawiej zobaczę, jak nic dla niego nie znaczę. Że jestem mniej warta, niż cenne banknoty z czasów insurekcji kościuszkowskiej.

Jeszcze walczę z myślą, która każe lukrować pierniczki i obdarować go. Tyle tylko, że on nie chce, albo nie umie przyjąć tego, co jest moim prawdziwym darem. I nie może dać mi tego, czego ja potrzebuję i czego oczekiwałabym od niego.

Może to będzie taka wyzwalająca moc prawdy. Może on też coś sobie uświadomi, sama nie wiem, choćby to, że ja funkcjonuję inaczej, niż on. Że tego się nie da pogodzić.

W ramionach męża teleportuję się z jednej sytuacji w drugą, rozrywają mnie, swoją sprzecznością ranią. Dobrze mi, bezpiecznie, tak chcę trwać. A z drugiej strony pytanie, czemu nie może być tak, że są obaj w moim życiu, z obydwoma mi dobrze, obu ich potrzebuję. Złudzenie. Bo tylko jeden z nich chce być w moim życiu, ze mną i dla mnie.

I przebitka na moją podróż autem do pracy, takie poczucie, że źle mi, że otworzyłam serce, powiedziałam coś bardzo ważnego, intymnego,  będącego wyznacznikiem mnie samej, a on to zupełnie zostawił, nie zareagował, a to tak, jakby odrzucił. Mnie i moje uczucia.

 

Garść

Garść obserwacji, refleksji, taka zbieranina myśli i spostrzeżeń…

Bolący tył głowy. Kiedy w moich ustach znajduje się jego członek, za kolejnym ruchem głowy odkrywam, że boli, że to jakieś mięśnie, które wtedy pracują, bolą. Może to jest przyczyna… A może moje pływanie bez okularów, tak, żeby nie zanurzyć oczu, a złapać oddech. Nie wiem. Tak mi się pomyślało.

Kiedy moje usta znalazły się na jego jądrach i kiedy, rozpalona jeszcze emocjami po tym, jak chwilę wcześniej doszłam, rejestrowałam, że coś mówi, ale miałam wrażenie, albo chciałam takie mieć, że jest mu dobrze, zwiększyłam intensywność pieszczot i usłyszałam jego bardzo głośne auuuuuuuuuuuu – od razu oprzytomniałam, zrobiło mi się z jednej strony trochę głupio, że sprawiłam mu ból, a z drugiej, odezwałam się na głos, że właśnie wyszła na jaw moja prawdziwa natura, w głowie kłębiły się myśli, z jednej strony o tym, że mi przykro, bo go bolało, a z drugiej jakaś taka satysfakcja, przyjemność wręcz, wynikająca ze świadomości, że to ja sprawiłam mu ból. Nigdy nie myślałam, że ma myśl o tym, że komuś sprawiłam ból, moje usta będą się uśmiechać i ciężko mi będzie powstrzymać się od tego uśmiechu zadowolenia. Dziwnie tak o sobie dowiadywać się czegoś nowego. Do tej pory zdarzało mi się lekko go przygryzać, bardziej muskać paznokciami, niż drapać, po raz pierwszy chyba naprawdę sprawiłam, że fizycznie go mocno zabolało.

W drodze powrotnej powiedziałam, że teraz będę mieć wyrzuty sumienia, że zrobiłam mu krzywdę, powiedział, że spoko. Czyli, że możemy (chyba) do tego nie wracać. Ale mam wrażenie, że jakaś kolejna granica została przekroczona i że będę chciała znów ją przekroczyć. I kiedy wracałam z zakupów, myślałam sobie, że może to jest jakaś równowaga, rekompensata, sama nie wiem co, za ten mój rozkrwawiony tyłek, za ból, który wytrzymuję i o którym nie mówię. Nie wiem.

Przyjechał w krótkich spodenkach (takich do kolan) i koszulce, a chwilę wcześniej powiedział, że ma dziś służbowe spotkanie. Zdziwił mnie tym strojem, tak wakacyjnie się zrobiło. Ja w sukience i biustonoszu, w sandałkach. Nie zdążyłam założyć pończoch i nie wróciłam po nie, po tym, jak mi powiedział, że ma tylko 40 minut, ze względu na to spotkanie.

Zdziwił go brak pończoch. Trudno. Teraz mam zapasową parę w aucie. I kolejne zapasowe majtki też. Te z auta założyłam, zanim odjechaliśmy z lasu, przypominając sobie, że mam pojechać do sklepu, a sukienka jest mocno zwiewna i mogę skończyć, jak Marilyn Monroe.

Kiedy on zajmował się mną, podjechał samochód. On go zauważył. Z auta wysiadła rodzinka z dzieckiem i udali się w stronę lasu. Samochód odjechał. Dziwnie tak, mam nadzieję, że nie widzieli, co robiliśmy na tylnym siedzeniu. On błyskawicznie założył spodnie, ściskając bokserki w ręce przeszedł do przodu i udawał, że rozmawia przez telefon. Bez sensu zupełnie tak. Ja udawałam, że czegoś szukam, starając się nie patrzeć na tę rodzinkę.

A potem, tuż przed odjazdem z lasu, kiedy chciałam założyć te nieszczęsne majtki, wyszłam z auta, a on zauważył, że ktoś idzie. Wróciłam na siedzenie, ale majtki zdążyłam ledwo założyć powyżej kolan. Kiedy człowiek minął nas, znów wyszłam, uniosłam sukienkę, żeby swobodnie założyć majtki na właściwe miejsce i zastanawiałam się, czy on na mnie patrzy.

Wróciłam do auta. Odwiozłam go na parking przy cmentarzu. Zadzwonił mój telefon, zanim odebrałam, pożegnałam się z nim, pocałował mnie, prawie w usta, powiedział, że zadzwoni, odebrałam telefon z pracy, a na myśl o tym, że sprawiłam mu ból, znów zaczęłam się uśmiechać.

Czuję się zupełnie bezsilna. Z jednej strony mam dość takiego funkcjonowania, a z drugiej, po prostu nie umiem powiedzieć, że to koniec i przestać go widywać.

Kiedy w punkcie obsługi klienta oddałam sprzedawcy mój telefon, by sprawdził coś w jakiejś aplikacji, a on potem oddał mi go, zauważyłam, że na ekranie wyświetlił się komunikat aplikacji Clue: „You are estimated to ovulate today” – zastanawiałam się, czy sprzedawca też przeczytał ten komunikat. A jak przeczytał, to czy zrozumiał. A jak zrozumiał, to co sobie pomyślał.

Tona papierów czeka na sprawdzanie. Ale musiałam z siebie wyrzucić tę garść myśli, to coś, co we mnie się kłębi.

Piątek trzynastego

Mąż ma urlop. Rano odwozi młodszego do szkoły, starszy jedzie sam autobusem, ja kończę dokumentację do pracy. Obok mnie telefon. Wiem, że on może zadzwonić w każdej chwili. Wiem, że sama mogłabym zadzwonić i poprosić, żeby nie dzwonił. Siedzimy z mężem przy stole, on z książką, ja z laptopem, telefon między nami.

Dzwoni.

Koleżanka: – udało mi się wszystko samej załatwić, nie musimy się spotykać.

Księgowa: pani dyrektor, to co ja mam zamówić…

Kierowniczka: pani dyrektor, co my zrobimy, bo…

Księgowa: sprawdziłam, to jednak zamawiać?…

Mama: tato nadal zaintubowany, ale ciągle sam oddycha…

Kierowniczka: ja już nie mogę, pani dyrektor, ja już mam tego dość…

– Mąż patrzy na mnie z niedowierzaniem, tłumaczę mu, że tak wygląda moja codzienność w domu, że nawet, gdy nie jadę do pracy, to praca przychodzi do mnie, ciągle coś się dzieje.

Jadę odwieźć mamę z pracy, mam nadzieję, że może on zadzwoni, jak będę poza domem. Mąż idzie do fryzjera. Telefon nie dzwoni. Wracam do domu. Mąż już wrócił. Jedzie po syna do szkoły. Kiedy obaj wracają i trajkoczą jeden przez drugiego, dzwoni telefon, odbieram go i mówię, że nie mogę rozmawiać, że zaraz będę mogła, bo hałas, bo mąż i młody przekrzykują się… Przechodzę do innego pokoju, zastanawiając się, czy mąż zauważył, kto dzwonił. Chyba nie. Mówię mu, że mąż ma urlop, że jest w domu, że pojadę potem z mamą do szpitala. On prosi, żebym zadzwoniła, jak wrócę z mamą, jak będę mogła rozmawiać.

Jedziemy do szpitala. Po drodze zauważam patrol policji, ograniczenie do 30 km/h z powodu malutkiego zwężenia drogi, komentuję, że to jest wredne, takie przyczajanie się na kierowców jadących z górki, że na pewno któryś się rozpędzi i pojedzie więcej, niż 30 km/h… Rozmawiamy z mamą o tym przez chwilę. W szpitalu mówią nam, że jest stabilnie, tato dość przytomny, ciągle zaintubowany. Mają go odintubować jeszcze tego samego dnia. Planujemy przyjechać wieczorem, żartujemy, że wreszcie będzie on mógł się odezwać, bo teraz to tylko my ciągle nadajemy, a on nawet nie może nam powiedzieć, że ma dość.

Wracamy. Mówię mamie, że muszę uważać, jak wjedziemy w uliczkę z patrolem, żebym się nie rozpędziła i w tym samym momencie zauważam policyjne auto z włączonym sygnałem świetlnym zaparkowane na przystanku po przeciwnej stronie ulicy, mama mówi, że pewnie coś się stało. Mijamy przystanek, mama mówi, że to gość na blachach z naszego miasta i że dał się tak złapać… Ja zauważam znajomy samochód. Służbowy samochód. Patrzę na człowieka, który z pochyloną głową szuka dokumentów w portfelu i myślę, że to on. Mówię mamie, że auto wygląda jak auto znajomego, a człowiek jak znajomy, mówię, że to auto ma taką a taką charakterystyczną rejestrację, mama mówi, że w takim razie to nie on, bo rejestracja była inna. Odwożę mamę i myślę sobie, że już źle ze mną, skoro wszędzie go widzę i jeszcze werbalizuję moje przypuszczenia. Gdy mama wysiada, dzwonię do niego, mówię, że jestem wolna, on mówi, że zaraz też, jak tylko mandat odbierze.

Nie wierzę własnym uszom. Nie przywidziało mi się, to był on i jego samochód. Umawiamy się przy cmentarzu. Mam na sobie pasek do pończoch, a pod nim majtki, nie zdejmę ich bez odpinania żabek od pończoch, ale myślę sobie, że może to lepiej i wcale nie będę ich zdejmować. Parkuję, przesiadam się do tyłu i widzę, że po ostatnim spotkaniu została plama na tapicerce, słabo widoczna, ale jednak. Wycieram plastikowe elementy nawilżanymi chusteczkami do czyszczenia wnętrz i czekam. Długo. Przyjeżdża. Pytam o mandat, rozmawiamy, próbuję zdjąć bieliznę, ale się nie da. Dla niego to nie stanowi przeszkody. Źle mi, wszystko mnie boli. Ale i tak zgadzam się na jego stopy we mnie. Boli straszliwie, ale w głowie kołacze się myśl, że ten ból jest w jakiś sposób przyjemny. Dochodzę, czuję lepkość rozsmarowywaną jego stopą na moim udzie. Przez myśl przebiega, że to lepkie, jak krew. on prosi o to, co zwykle, żebym nie przerywała, chce skończyć jak poprzednio. Szybko dochodzi. Dzwoni jego telefon. Ma dzwonek z ulubionej gry mojego dziecka (przypomina mi się, jak moje dziecko powiedziało do mnie i męża, że chce być takie, jak pan K, bo on jest taki ładny i tak ładnie w garniturze wygląda… – ale nie mówię mu tego. Mój syn urodził się niemal tego samego dnia co on – w roku przestępnym, dzień później, więc to jak tego samego dnia, przeraża mnie czasem, ile mają ze sobą wspólnego, jak dobrze, że fizycznie syn jest tak bardzo podobny do męża).

On ubiera się. Ja poprawiam przesunięte majtki, wszystko koszmarnie boli. Pytam, czy będzie wieczorem, on mówi, że tak, choć przeraża go siedzenie w pracy do 22:00. Pytam, czy będzie jego żona, czy poszliby razem z nami napić się w ramach świętowania 40. urodzin męża. On mówi, że nie zabiera żony do pracy (przecież wiem, że czasem zabiera). Mówi: do wieczora. Odjeżdża. Ja przesiadam się do przodu. Widzę wypieki na twarzy. Zastanawiam się, czy mąż zwróci na nie uwagę. Jadę.

W domu okazuje się, że to lepkie to jednak była krew, dlatego tak bardzo bolało.

Wieczorem idziemy z mężem na imprezę. Mąż go zauważa, ale ponieważ on z kimś rozmawia, podchodzimy do stołu, oglądamy grafiki, mąż bierze lampkę wina, słyszę, jak on mówi „cześć” dodając imię mojego męża, mąż nie słyszy, on podchodzi, ja odwracam się, on mówi do mnie cześć, podaje rękę, mąż odwraca się, wita się z nim, mąż pyta, czy on się napije, on tłumaczy, że jest w pracy. Mąż pyta, czy jeszcze będzie na spektaklu, on mówi, że na początku tak, a potem zobaczy, bo od rana pracuje. Rozmawiamy z ludźmi, krążymy, jest przyjemnie, staram się nie patrzeć w jego stronę i tylko dwa razy rzucam jakąś złośliwą uwagą.

Został do końca. Poszliśmy się pożegnać. Wracając do domu pomyślałam sobie, że może jednak ktoś postronny, patrząc na mnie z mężem, patrząc na niego, nie domyśliłby się prawdy. A jego współpracownicy, którzy może nawet coś podejrzewali, powinni zmienić zdanie patrząc na nas i nasze zachowanie na imprezie.

Nadal boli, nadal krwawię. Zła jestem na niego, że nie uprzedził mnie o tej krwi, że nie powiedział, że jestem taka rozpalona.

Znów sobie ze sobą nie radzę.

Obolała

Tak mi było błogo i dobrze bez spotkania. Taka byłam dumna z mojego nie. Gorączka, ból mięśni, nie byłam na siłowni, ani na basenie. Było mi zimno i źle, ale czułam się dobrze ze świadomością, że trwam.

Wtulona w męża, w myśli o nim, o nas, w błogość domowego szczęścia.

Zadzwonił dziś rano, kiedy jechałam do pracy. Rozmawialiśmy bardzo długo, dobrze mi było w tej rozmowie, choć on cały czas namawiał na spotkanie. W końcu powiedziałam, że zjadę na stację benzynową, kupię dla nas kawę, on miał dojechać. Na stacji parking taki, że wszyscy wszystko widzą. Kupiłam dwie kawy i usiadłam na ławeczce. Podjechał po chwili. Wziął kawę i zaproponował, żebyśmy się przeparkowali. Jechałam za nim, ale wszędzie było tak samo. Zaproponował, żebyśmy pojechali na następny MOP. Jechałam pierwsza. Szybko, czasem wolniej. Znów szybko. Zjechałam. Na parkingu pełno ciężarówek, przypięliśmy zasłonki. Zgubiłam się i przestałam liczyć, który raz dochodzę. Wszystko zaczęło mnie boleć (a może nie przestało po poprzednim razie). Potem on. Zastanawiałam się, czy kierowcy TIR-ów widzą, co robimy. Klasycznie, jak stały schemat, z tą różnicą, że skończył w mojej dłoni, na tapicerkę moich siedzeń. Wycieraliśmy razem jego spermę, szukając chusteczek. Otworzyłam drzwi. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Długo tak. Zapytałam, dokąd dokładnie jedzie, nie powiedział, zaczął kręcić, że właściwie nie wie, nie pamięta, że musi dojechać do X, potem do Y. Kiedy wyrzucałam chusteczki zauważyłam, ze ma otwarty bagażnik. W bagazniku mała torba podróżna. Zamknęłam go. Potem pojechałam do pracy. On też pojechał. Wracając odkryłam, że auto już nim nie pachnie, plama wyschła. Zadzwoniłam, żeby zapytać, czy dojechał. Słyszałam, że nie jedzie. Kiedy zapytałam, czy jest już na miejscu, powiedział, że ma przerwę. Chciałam mu powiedzieć, że mi pusto bez jego zapacu w aucie, że chciałam, żeby choć jego glos wypelniał auto, ale on jakoś chciał szybko zakończyć rozmowę. Powiedział, że zadzwoni w piątek. A ja przypomniałam sobie, jak kiedyś spotkaliśmy się na parkingu blisko mojej pracy, dzwoniła jego kobieta, on nie odebrał, powiedział, że potem oddzwoni, powie jej, że zrobił sobie przerwę.

Pomyślałam, że czuję się zazdrosna, jakby do kogoś jechał, z kimś się spotkał. Mogłabym zadzwonić do jego kobiety i powiedzieć: Twój facet nas zdradza… no, nas zdradza, Ciebie ze mna już od prawie 10 lat, a teraz mnie i Ciebie jeszcze z inną…

Boli mnie tyłek. Uderzyłam się o drzwi samochodu wyrzucając kubek po kawie. Nie pocałował mnie na do widzenia, uścisnął lekko za rękę, zastanawiając się głośno, czy na tym parkingu są kamery. Nie wypatrzyliśmy ich, ale to nie znaczy, że ich nie było. Chyba w tamtej chwili miałam nadzieję na to, że mnie pocałuje, skoro nikt nas tam nie zna. Znów pomyślałam o sobie: głupia.

I źle mi. I nie miałam ochoty robić tego wszystkiego, co robiliśmy w aucie. I bardziej, niż obolały tyłek, uwiera mnie obolała dusza. Nie chcę się z nim spotkać w piątek. Chciałabym umieć powiedzieć, że już nigdy się nie chcę z nim spotkać, że go nie potrzebuję, że on nie daje mi tego, czego najbardziej mi potrzeba. Boli.

Trwanie

Staram się wypełniać czas czymkolwiek, co sprawi, że będę mniej tęsknić.

Ale wszystko go przypomina. Wieszam uprane różowe majtki – zastanawiam się, co myślał, gdy ich szukał w samochodzie, gdy je pakował do torebki…

Wyrzucam śmieci i natykam się na torebkę, do której włożył majtki i okulary.

Wyjeżdżam i zapominam telefonu, a w głowie roi się bzdurna myśl, że może on w tym czasie zadzwoni.

Nie zadzwonił.

Ćwiczę. Myślę, jak zapełnić czas, a potem czas przecieka przez palce.

Jem mało, wcale mnie to nie martwi, raczej boję się, że kiedy wszystko się unormuje, w przyśpieszonym tempie wrócą z naddatkiem tracone teraz kilogramy.

Modlę się. Za niego też. Nie umiem inaczej. I ciągle tęsknię, ciągle ze świadomością, że wystarczy jeden jego telefon, a rzucę wszystko i pojadę na spotkanie z nim. Choć wiem, że nie wolno.

Śniło mi się ostatnio, że ktoś poplamił mi nową, białą bluzkę, rozpłakałam się, bałam się, że tych plam nie da się usunąć.

A potem śnił mi się kolejny sen, auto zaparkowane na terenie, który się zapadał i coś go zalewało. Czyjś samochód zatonął, a ja chciałam odjechać i uratować mój. Nie pamiętam, jak skończył się ten sen.

Chcę spać. Wyłączyć myślenie, tęsknotę, ból, siebie i niedorzeczne pragnienia. Spać. Ale jak się obudzę, wszystko będzie takie samo.

Obolała

Nadal boli.

Krążę, jak idiotka. Wszystko uwiera. Na parkingu jego samochód.

Idę do sklepu. Wracam. Przechodzę obok jego auta. Jadę załatwiać kolejne sprawy, wszystkie drogi i parkingi krzyczą do mnie wspomnieniami.

Na ten parking nie umiałam wjechać, bo był remont. Potem zostawiłam auto na innym, podeszłam piechotą, jechaliśmy jego autem. A tędy jechaliśmy moim. Powoli, rozglądałam się, gdzie można zjechać na bok. Tę drogę przejeżdżaliśmy zawsze na wprost. W kierunku parkingu za cmentarzem. Parkuję przed cukiernią. Kiedyś tam zostawiłam samochód, on mnie zabrał, jak wysiadałam po powrocie, na parkingu stała ciężarówka i kierowca przyglądał się nam.

Płaczę. Wiedząc, że to bez sensu. Całkowicie. A potem układam w głowie scenariusze przypadkowego spotkania (jakiż oksymoron…).

I takie sytuacje, kiedy muszę do niego zadzwonić, bo jest jakiś powód straszliwie ważny, uzasadniający ten telefon. Albo, że on dzwoni z jakimkolwiek pretekstem, albo bez pretekstu, dzwoni, mówi kiedy i gdzie mamy się spotkać. Albo, że zaparkuje obok mojego auta i gestem zaprosi do środka, albo sam wsiądzie do mojego samochodu.

Bez sensu.

A i tak tęsknię. Cieszyłam się, że udało mi się powiedzieć, że to koniec, a jednocześnie tak strasznie bałam się, jak będzie wyglądać moje życie bez niego.

Taka pustka, którą próbuję zapełniać, ale nie potrafię. Jeszcze bardziej boli to, że nie mam kim zapełnić tej pustki.

Poszłam do kina. Z mężem. Zasnął na filmie w trakcie sceny bardzo ostrego seksu. Obudził się po kilku minutach, ale po powrocie do domu też zasnął. Kolejny dzień. Staram się rozumieć, że źle się czuje, wiem, że nie mam prawa oczekiwać czegokolwiek, ale potrzebuję bardziej, niż kiedykolwiek jego wsparcia, obecności, czułości.

Zasypiając we łzach miałam ochotę wykrzyczeć, że wszyscy faceci są tacy sami, ja się staram, daję z siebie wszystko, a oni myślą tylko o sobie, nie czuję, że dbają o mnie, że zależy im, że robią cokolwiek, co udowodniłoby, że się liczę, że – sama nie wiem.

Zastanawiałam się, czego oczekiwałam, co mnie najbardziej uwierało – wyrzuty sumienia.

Nie oczekiwałam wcale, wbrew temu, co próbowałam sobie wmówić, że jakoś będzie się starał, odpowiadał mi układ szybkich numerków bez zobowiązań – jak strasznie trudno przyznać się do tego przed sobą samą.

Ale czuję, że moje kłopoty zdrowotne, ciągłe rozdrażnienie to skutek tego podwójnego życia, ciągłego napięcia, adrenalina i wyrzuty sumienia, wybuchowa mieszanka. Uzależnienie, szybki numerek, endorfiny, słońce, muzyka, czekanie, spełnienie i ból wyrzutów.

Może nie jestem taka bezwzględna, jaką chciałam udawać. Nie potrafię prowadzić podwójnego życia, zupełnie ignorując konsekwencje.

Jedną z nich jest to, że teraz tak strasznie boli, że za nim tęsknię, że wystarczyłby jeden jego telefon, żebym wróciła, na minutę, dwie, kolejny numerek…

Odtwarzam w pamięci nasz ostatni raz, na fabrycznym parkingu. Jego ciało, moje włosy, usta, plamy na pończochach, na spódnicy, porzucone majtki i taka nadzieja, że on też pamięta, że było coś takiego, czego nie będzie mógł zapomnieć, że kawałek mnie został w nim, że tkwi i drażni od środka tak, że też trudno mu przejść ponad tym do codzienności.

Ale pewnie on nie ma takich dylematów. Piszę. Nie wiem, czy od pisania robi się lżej. Miałam napisać maila do jego kobiety, w służbowej sprawie. Umówić się z nią, spotkać. Może z sadystyczną nadzieją, że on się dowie o tym spotkaniu i będzie bał się, co powiem, czy coś powiem… Furtka jest nadal otwarta, mogę do niej napisać. I tak nie mogę skupić się na niczym.

To już jest koniec

Pracuję. Telefon. Nie umiem odebrać, obok siedzi koleżanka. Oddzwaniam. Pytam, gdzie jest. Dopiero wyjeżdża i od razu mówi, że się spieszy, że nie da rady przyjechać tam, gdzie pracuję. Mówię, że wychodzę z pracy. On proponuje bar przy trasie. Kilka minut zajmuje mi wytłumaczenie mu, że nie ma znaczenia nazwa baru, bo przy trasie jest tylko jedna stacja benzynowa i lokal jest właśnie przy niej.

Idę do toalety, robię makijaż. Pakuję się, żegnam ze wszystkimi. Wsiadam do auta i nie spieszę się. Sprawdzam w nawigacji, ile czasu zajmie mu dojazd. Daleko, nawigacja mówi, że dwie godziny, mam nadzieję, że dzwonił już po wyjeździe. Po kwadransie trasy znów dzwoni, mówi, że wjechał na autostradę. Ja mam 10 minut do zjazdu. Zjeżdżam. Zamawiam kawę, coś do jedzenia, kupuję leki przeciwbólowe, jem, piję kawę, sprawdzam prace, łykam kapsułkę, uświadamiając sobie, że chyba niepotrzebnie. Już nic nie boli. Spałam tylko trzy godziny. Bezsenność przetykana myślami, co i jak mu powiem dziwnie na mnie podziałała – jak zastrzyk energii. Chciałabym pójść pobiegać. Czekam. Piję kawę. On dzwoni, gdy zostaje mi ostatni łyk. Mówi, gdzie zaparkował, pytam, czy nie może przyjść na moment do lokalu. Mówi, żebym podjechała, tłumaczy, dokąd. Niespiesznie dopijam kawę, kończę sprawdzanie pracy, pakuję rzeczy. Wsiadam do samochodu, wcześniej zdejmuję płaszcz. Podjeżdżam na inną część parkingu, pełną tirów. Kierowcy przyglądają mi się. Przemaszerowuję drobnymi kroczkami (wąska spódnica) między tirami, prosto do jego samochodu. Mówi cześć. Odpowiadam. Mówi, że tak głupio inni kierowcy stanęli. Przykrywa się kurtką, mam wrażenie, że na sobie ma tę samą koszulę, co wczoraj, tak samo odstają w niej guziki. Pytam, czy ma moje rzeczy. Mówi, że tak. Proszę, by mi je oddał. Oddaje. Mówię dziękuję. I nic nie jest tak, jak sobie zaplanowałam. Prosi, żebym wsunęła rękę pod jego kurtkę. Mówię, że nie. Że dziękuję za wszystko. Że to już koniec. On pyta, co się stało. Mówię, że nic. Że to bez sensu (a tego nie chciałam mówić). Że on nigdy nie ma czasu, że ja nie mam czasu (tego też nie chciałam mówić). On odpowiada, że zawsze tak będzie. Ja mówię, że było fajnie, ale lepiej, żeby tak już zostało (nie mówię, że nie chcę czekać, aż on się znudzi, bo już mam takie wrażenie, nie mówię tego wszystkiego, co tak sobie poukładałam). Mówię jeszcze raz dzięki i wysiadam. Idę do samochodu, kiedy rozglądam się, czy mogę bezpiecznie przejść, widzę, jak on wjeżdża na autostradę.

Nie wiem, dlaczego, pęka mi serce. Wsiadam, nie zdejmuję płaszcza. Odpalam silnik i ruszam, powoli, a potem bardzo szybko, szybciej, niż dozwolona prędkość. Jadę, jakbym starała się go dogonić. Lecą łzy. Włączam radio, żeby zaśpiewać coś z Cohenem. „Lover, lover… come back to me…” – czuję się jak idiotka. Wiedziałam, że będzie bolało, ale nie, że aż tak.

Może czuję się odrzucona, bo on w żaden sposób nie próbował mnie zatrzymać, nic nie powiedział, nic nie zrobił, żadnego gestu, słowa, spojrzenia. Pamiętam jego łzy. Kilka razy je widziałam. Teraz nie. Nie wiem, czy dlatego, że nie płakał, czy nie zdążyłam ich zobaczyć, bo szybko wysiadłam z auta.

Źle mi i smutno. Jechałam dłuższą trasą, jakby w pogoni za – sama nie wiem, czym.

Taka myśl, że zerwałam z kochankiem. Sama. A czuję się tak, jakby to on mnie rzucił. Może dlatego, że to zerwanie było konsekwencją tego, że czułam się coraz bardziej zaniedbywana, te wszystkie sytuacje, kiedy umawialiśmy się, a potem on się spieszył, albo spóźniał. Że czułam, jakby chciał się mnie pozbyć. A teraz nie mogę przestać zastanawiać się, co czuje, czy ulgę, czy tęsknotę, czy cokolwiek czuje, czy już w ogóle nie zaprząta sobie całą tą sytuacją głowy.

Źle mi. Gdybym potrafiła, poszłabym biegać. Chcę popływać, ale boję się, że deficyt snu uniemożliwi mi wyjście z domu. Chcę uciec. Może dlatego poczułam potrzebę biegania. Uciec od bólu, tęsknoty, od tego, że nie umiałam sobie poradzić z tym, co było, z sytuacją, nad którą chciałam panować, a która mnie przerastała.

Źle mi. Czuję, że to była właściwa decyzja, ale źle mi.

Wyrzuciłam torebkę prezentową, w której przyniósł mi okulary i majtki. Żeby już na nią nie patrzeć. Wykasowałam wszystkie połączenia od niego. Skasowałam jego zdjęcie z telefonu. Nie umiem jeszcze usunąć jego numeru, może lepiej go nie usuwać, żeby rozpoznać, jak będzie dzwonił. Ale przecież nie będzie.

Boli. Jak cholera. Płaczę, nie mogę powiedzieć, dlaczego, a to boli jeszcze bardziej.

Zmądrzeć

– Zmądrzyj – powiedział człowiek. Pewnie mądrzejszy ode mnie. Mądrze mówił, trudne słowa.

Ale jak mam zmądrzeć, kiedy przez cały dzień czuję na sobie jego zapach? Chyba na włosach został, silniejszy, niż zapach moich perfum, a może tylko ja bardziej go wyczuwałam.

Zdziwiłam się, że zaproponował spotkanie u niego w pracy. Sekretarka nie zaproponowała kawy, ale on poprosił, by przyniosła dwie filiżanki. W oczekiwaniu na kawę – jego dłonie na moim ciele, znów dziwnie wygięta szyja, pocałunki, dłonie, pragnienie, by te pocałunki odwzajemnić i tylko:

– zjesz mój makijaż, przestań…

– przecież nie zjem całego…

Kawa. Zdjął mój prawy but, położył moją stopę na swoich kolanach. Miałam takie niesamowite déjà vu, już to przerabiałam. Wydaje mi się, że na spotkaniu zamykającym jeden ze wspólnych projektów, moja stopa, jego ciało… Nie dokończyliśmy. A potem pomyślałam, że wtedy siedziałam obok niego, więc nie mogłam stopą. Mówiłam o tym, że trzeba dokończyć sprawy, że lody trzeba dokończyć (na deser podano lody, ale my godzinę wcześniej, za kulisami, serwowaliśmy sobie własny deser, z przerwą, bo trzeba było wrócić na scenę, a potem już nie mogliśmy dokończyć).

Ta stopa – to było z kimś innym. Ale tego mu nie powiedziałam.

Zdjęłam drugi but. Obie stopy, jego dłonie, jego męskość, moje pończochy.

Siedziałam na przeciwko drzwi z rozsuniętą sukienką, bielizną przesuniętą tak, by odsłaniała więcej, niż powinna. Dłonie, stopy, pończochy – trzeba było ostatnio intensywniej ćwiczyć, poczułam wszystkie mięśnie brzucha, nawet takie, o których nie wiedziałam, że je mam.

W głowie wirowała myśl, że coś wymyślił, że dlatego chciał spotkać się w pracy, że w aucie trudno by było to zrobić. Zastanawiałam się nad jakimkolwiek innym miejscem, które nadawałoby się do takiej akcji bardziej, niż krzesła w jego gabinecie. Może po prostu łóżko? Czyje łóżko? Moje? Jego? Hotelowe? To już te krzesła są chyba najlepszym rozwiązaniem. I jeszcze kiedyś w parku byliśmy, może park. Sama nie wiem.

Wiem, że kiedy on kończył nad zieloną reklamówką, z której wyjął dziewiętnastowieczne księgi parafialne, ja patrzyłam na niego, na reklamówkę, piłam kawę z białej filiżanki. Zadzwoniła jego córka. Bla, bla, bla.

Chodź. – Bo trzeba odebrać dziecko. Kiedy podał mi płaszcz i założył kurtkę, zaczął znów mnie całować i przytulać, oddałam przytulenie, a on po chwili zorientował się, że drzwi do jego gabinetu były otwarte. W gabinecie za drzwiami nikogo nie było – albo nie widzieliśmy, czy ktoś był. Z sekretariatu nie widać, co dzieje się w gabinecie. Mam nadzieję, że nie widać. A może widać. Uśmiechaliśmy się do siebie, patrząc na te otwarte drzwi, wyszliśmy, życzyłam wesołych świąt jego sekretarce i poszliśmy.

Jeszcze pytał, kiedy pracuję, kiedy się spotkamy. Zapytał, gdzie zaparkowałam, wsiadłam do jego samochodu (służbowego), odwiózł mnie na parking, jeszcze zanim wyjechaliśmy na drogę zatrzymał się, kierowca innego samochodu podał mu jakiś dokument, odjechaliśmy, córka znów zadzwoniła. Zatrzymał się przed moim autem. Wysiadłam. Jeszcze zapytał, czy jutro pracuję. Powiedziałam, że nie. Poprosiłam, żeby zadzwonił. Sama nie wiem, dlaczego to powiedziałam, wiedząc, że nie mogę się z nim spotkać.

Mądry człowiek powiedział, żeby zerwać wszelkie kontakty. Nie umiem. Nie chcę. Pachnę nim. Moje pończochy pachną jego nasieniem. Moje włosy pachną jego wodą toaletową. Mięśnie brzucha wciąż odczuwają wysiłek stóp.

Jak zmądrzeć?

Straszenie konsekwencjami może mieć jakiś skutek, ale ja nie wiem, czy skutecznie.

– Prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw.

– Może dojść do tragedii.

– Ludzie (a może powiedział „niektórzy”) lubią (chcą?) się mścić.

A ja patrzę na nas i ciągle czuję się jak bezkarny złodziej – że przecież nikt nie wie, to nikogo nie boli. Nic się nikomu nie stanie, bo nikt się nie dowie. Nikomu nie zależy, żeby ktoś się dowiedział.

Patrząc, czując, jak mnie całuje, jak czuję się pożądana, zastanawiam się, na ile w tej sytuacji liczę się ja, a na ile jestem tylko obiektem, który spełnia określoną rolę – to mogłyby być stopy jakiejkolwiek innej kobiety.

Tak egoistycznie miło jest pomyśleć, że to właśnie moje stopy są ważne, że to ja, że on chce mnie, że ja jestem ważna, niezastąpiona, jedyna, wyjątkowa. I kiedy widzę, jak się stara, jak jednak wymyśla coś nowego – łudzę się, że to dla mnie, bo mu na mnie zależy, na mnie, a nie na samych kontaktach.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego zależy mi, by jemu zależało. Czy może trochę to jest tak, że chcę, by mu zależało, by móc go odtrącić i patrzeć, jak cierpi. Ale ja nie umiem go ranić.

Nie umiem zmądrzeć.