Sprawia przyjemność

Siedzimy, my, dzieci, terapeuci. Pada pytanie o to, co sprawia nam przyjemność. Dzieci mówią, a ja uświadamiam sobie, że nie mogę powiedzieć, że przyjemność sprawia mi seks w samochodzie, zdejmowanie majtek w trakcie jazdy, słuchanie perlistego śmiechu, przerywającego opowieści o drobiazgach. Mówię coś o przyjemności czerpanej z patrzenia na współpracę innych, ich radość, że to właśnie jest przyjemne, że to lubię. Że kiedy robimy coś we czwórkę. Wspominam coś o bieganiu i pływaniu. Ale nie ma we mnie ani w moich słowach poczucia, że przyjemność sprawia cokolwiek, co ma związek z mężem. Słucham jego zarzutów i ataków i czuję, że go nie kocham, że nie ma we mnie takiej myśli, która wierzyłaby w to, że go kocham, że mogę odbudować tę miłość, nie odpieram zarzutów, obojętnieję coraz bardziej, w poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości. Póki co, obojętna, ale zastanawiam się, jak cieniutka jest granica między obojętnością, a nienawiścią w takiej sytuacji. Prawie ze sobą nie rozmawiamy. Wchodzę rano do kuchni, on poszedł na zakupy, robię kanapki do szkoły dla dzieci, a on siada przed swoim komputerem w innym pokoju. Równie dobrze mógłby siedzieć w kuchni, albo nawet stanąć w drzwiach, zamienić ze mną kilka słów, zawsze robię te kanapki sama, bo jego już nie ma w domu, w ciszy, walcząc z własnymi myślami. Dziś mogłam z nim rozmawiać, ale on tego nie chciał. Nie tylko dziś. Znika w swoim wirtualnym świecie przed ekranem, a ja już nie mam siły, ochoty, wyciągać go stamtąd.

Patrzę na jego nową fryzurę, mówię coś miłego, ale dlatego, że powinnam, a nie dlatego, że tak czuję. Więcej rozmawiam z ludźmi z pracy, a nie należę do wylewnych osób. Pan K. więcej ze mną rozmawia, niż mąż (choć ostatnio i tak mniej rozmawiamy).

Pan K. zadzwonił dziś, kiedy byłam w pracy. Kolega pomagał mi ze sprzętem. Odebrałam, kolega miał na uszach słuchawki, ale ja i tak byłam w stanie tylko zdawkowo odpowiadać. Pan K. przeprosił, że wczoraj nie odebrał i nie oddzwonił.

– Miałem przejebany dzień – tak się wytłumaczył.

– To tak, jak ja. – Ale o ile on podał trochę szczegółów, nie zapytał już, czemu mój dzień był  taki beznadziejny, właściwie to o nic nie pytał, mówił coś o alkoholu, ogarnianiu, basenie, ja milczałam, kilka razy upewniał się, czy jestem. Byłam, słuchałam, przytakiwałam. Powiedział, że zadzwoni w poniedziałek, jak wróci. A ja, kończąc z nim rozmowę, miałam ochotę powiedzieć, żeby sobie darował, żeby już nigdy nie dzwonił. Kolega pochylał się nad moim komputerem, ciągle w słuchawkach, pożegnałam pana K. krótkim „pa” i rozłączyłam się. Kolega o nic nie pytał. Fajny kolega. Jedyny, z którym ostatnio rozmawiam i który w jakiś sposób wspiera, pewnie nawet nieświadomy, jak wielkie znaczenie ma dla mnie jego pomoc, jego słowa i obecność.

Wszystko się wali, jak już myślę, że nie może psuć się bardziej, to sypie się jeszcze mocniej. Telefon ze szkoły. Zostawiam kolegę w pracy, dobrze, że jest, dzięki niemu mogę wyjść i pojechać. Nie muszę mu niczego tłumaczyć. Po prostu jest, rozumie, zostaje.

A ja jadę. Słucham muzyki, próbuję śpiewać, ale nawet to mi niezbyt dobrze wychodzi. Mierzę się z tym, co takie trudne, podejmuję ciężkie decyzje. Wypełnia mnie lęk, wszystko przytłacza. Czuję się sama, bezsilna, ale, paradoksalnie, wciąż jeszcze powtarzam sobie, że dam radę. Nie wiem, skąd we mnie ta wiara. Contra spem spero?

Może tak właśnie. A może dum spiro, spero.

A na jutro umówiłam się z młodszym na huśtawki. Jeśli będzie jutro. Jeśli będę.

Rozczarowaniem

Miałam tylko pięć minut, on przed spotkaniem, nie mam pojęcia, dlaczego spotkałam się z nim. Przyjechał tak blisko mojego domu, że aż bałam się, że ktoś nas zobaczy, coś zauważy. Myślałam, głupia i naiwna, że po prostu chciał mnie tylko zobaczyć. Wcale nie. Przesiedliśmy się do tyłu. Nie umiałam powiedzieć nie. I kiedy za moment miał jechać na spotkanie, stwierdził, że zadzwoni i powie, że trochę się spóźni. To było bardzo ważne, służbowe spotkanie. Szybko doszedł w moich ustach. Pojechał na to spotkanie. A ja zostałam z poczuciem żalu i rozczarowania. Przecież nie tak miało być, przecież mieliśmy tylko porozmawiać.

Ale my już prawie nie rozmawiamy. On dzwoni, żeby zapytać, czy podjadę, albo, żeby powiedzieć, że nie ma czasu rozmawiać.

Wczoraj powiedział, że dziś rano zadzwoni. Czekałam  w łóżku na jego telefon. Bolący brzuch, migrena, bardzo nie chciałam wychodzić z łóżka. Kiedy wygonił mnie pod prysznic, poczułam, że robię to wbrew sobie, kradnę czas na sprzątanie domu, zabawę z dziećmi, zakupy… Z 20 minut zrobiła się prawie godzina. Na parkingu przy dużej firmie. My na tylnym siedzeniu, jego usta, zastanawiałam się, czy sznurek tamponu mu nie przeszkadza. Chyba nie przeszkadzał. Potem zapytał, gdzie chcę, by się spuścił. Powiedziałam, że jestem nudna, dając do zrozumienia, że nic się nie zmieniło i wciąż chciałabym czegoś, czego on mi odmawia. Po chwili zapytałam, czy już coś wymyślił. Nie wymyślił, a ja powiedziałam, że chcę, by skończył na swoim  brzuchu, bym mogła wszystko zlizać. Odsunęłam jego piękną koszulę, by jej nie zachlapał, owłosiony, lepki brzuch, nie wiem, czy podobało mu się, czy mój pomysł mu się spodobał, nie zlizałam wszystkiego, poprosił o chusteczki, nie dając mi szansy na usunięcie wszystkiego językiem. Było późno. On założył spodnie, ja włożyłam majtki, przesiadłam się do przodu, on do swojego auta, każde pojechało w swoją stronę. Nie wiem, z jakimi uczuciami on odjeżdżał, ale ja byłam mocno rozczarowana. Sobą. Nim. Tym, że nie rozmawiamy. Kiedy rano chciałam przesunąć spotkanie na jutro, bo bałam się, że mamy mało czasu, on zaczął wymawiać się wyjazdem z mamą, potem służbowym, wieczornym spotkaniem, przecież wieczorem i tak nie spotkalibyśmy się.

A teraz przyszło mi do głowy, że może chciałabym go spotkać wieczorem, gdyby to była zakrapiana impreza, że może znów, w przypływie szczerości, powiedziałby coś, co na co dzień mocno ukrywa.

A może po takim spotkaniu byłabym jeszcze bardziej rozczarowana.

Chciałabym umieć powiedzieć mu nie.

Żeby za mną zatęsknił, żeby postarał się bardziej, żeby poczuł, że mu na mnie zależy. Że coś traci, gdy mnie nie ma w jego życiu. Że nie jestem rozrywką, którą da się zastąpić czymkolwiek innym.

Kilka miesięcy temu myślałam, że chcę usunąć go z mojego życia, myślałam, że jestem pewna tej decyzji, tylko jeszcze nie znam sposobu, skutecznego sposobu.

Od tamtego czasu podziało się tak, że nasza relacja, takie mam wrażenie, stała się jeszcze intensywniejsza, regularniejsza, zamiast znaleźć skuteczny sposób na jej zakończenie, ja, tak czuję, znalazłam jakieś dziwne argumenty, które przekonały mnie samej do zaakceptowania status quo.

A kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam robić bilans, z którego wynikło, jak wiele ta relacja mi odbiera, przede wszystkim jak wiele czasu kradnie. Jak dziś, ten czas na sprzątanie, na zabawę… Miałam w planie wycieczkę z dzieckiem. Pojechaliśmy, mimo bólu brzucha, dojechałam bezpiecznie na miejsce, w wielkim stresie. A powrót był jeszcze bardziej stresujący, choć na szczęście wracaliśmy we trójkę. Śnieżyca, bardzo zaśnieżone i śliskie drogi, koszmarne warunki. Długo wracaliśmy, ale udało się bezpiecznie dotrzeć do domu. Na pewno chcę tam jeszcze wrócić, cudne miejsce, z dziećmi, albo sama, albo z mężem, po prostu jeszcze na spokojnie obejrzeć wszystko, wypić herbatę, miło spędzić czas.

Gdybym nie spotkała się z nim, może zdążyłabym ugotować obiad dla dziecka, może posprzątałabym stosy papierów, ubrań i innych rzeczy leżących tam, gdzie nie jest ich miejsce. A może po prostu leżałabym w łóżku, czytała książkę, albo leżała i tęskniła, czekając na jego telefon.

Moje dni składają się z czekania na jego telefon, z rozmów z nim, z rozczarowań, krótkich spotkań, długiego czekania, jeszcze większych rozczarowań. Wszystko kręci się wokół niego, on przesłania mi esencję życia, jakby sam próbował stać się życiową esencją, tyle tylko, że on nie jest życiodajny, jego obecność zatruwa mnie. Sama się na to godzę. Po dzisiejszym spotkaniu mówię sobie, że jego obecność w moim życiu niczego mi nie daje, niczego nie wnosi, nie jest kimś, komu chcę się zwierzać, może chcę, ale tego nie robię z poczucia chyba zazdrości, że jego relacje z dziećmi są lepsze, że ma takie zdolne, fajne dzieci, że tak cudownie o nich opowiada, a ja mogłabym mówić przez łzy, albo łzy zupełnie uniemożliwiłyby mi rozmowę. Chciałam czuć, że jest osobą, na którą zawsze mogę liczyć, ale to nieprawda. Chciałam w to wierzyć, ale tak nie jest.

Chciałabym mieć siłę nie odpowiadać na jego telefony, nie spotykać się z nim, zapomnieć, zniknąć, wymazać go. Wciąż samą siebie pytam, co w nim takiego pociągającego, żeby chociaż był przystojny.

Jasne, mogę sobie powiedzieć, że jest cudny w łóżku, ta, w jakim łóżku, w łóżku tego nigdy nie robiliśmy, może tak, że seks z nim jest cudny, ale to, co nas łączy, nie mieści się w definicji seksu w takich ramach, w jakich zamknąłby go Bill C.

Może dzięki niemu odkryłam jakąś ukrytą przede mną samą własną ciemną/inną stronę. Nie wiem czemu z nim pewne rzeczy, czynności, gesty sprawiają mi przyjemność, ale tylko z nim. Może gdybym rzeczywiście umiała uznać, że pociąga mnie w nim tylko to, co on potrafi zrobić z moim ciałem i to, jak moje ciało reaguje na niego, jak on reaguje na mnie – może gdybym miała pewność, że poza fizycznością nie ma nic więcej, łatwiej umiałabym z niej zrezygnować.

Nie chcę nazywać go moim kochankiem, a siebie jego kochanką. Kiedyś myślałam, że chciałabym wiedzieć, jak on mnie określa, sam wobec siebie, jak mówi o mnie wobec innych, czy jestem panią X, jak kiedyś, czy w ogóle kimś jestem.

Nie chcę, by dzwonił tylko po to, by powiedzieć, że nie ma czasu, albo by zapytać czy się spotkam, a jak powiem, że nie, to się rozłączy. Może w głębi duszy tęsknię za niegdysiejszymi rozmowami z nim. Jest w naszych słowach jakaś troska o drugą osobę (jedź ostrożnie, zapnij kurtkę, zjedz coś, uważaj na siebie, dasz radę…), ale sama już nie wiem, czy te słowa wynikają z troski, czy może z przyzwyczajenia. Nie czekam tak na telefon od męża, jak na telefon od niego.

Kiedyś pomyślałam, że może dlatego jest mi potrzebny, że wobec niego niczego nie muszę. Wobec wszystkich mam jakieś zobowiązania wynikające z różnych ról (żony, córki, mamy…), to są czasem trudne role, trudne obowiązki, nie mogę z nich zrezygnować. A w jego przypadku, niczego nie muszę, a jednocześnie czuję się mocno zniewolona, niezdolna do oporu, całkowicie uległa i podległa.

Zastanawiam się, co się zmieniło od czasu, kiedy powiedziałam mu, że godzę się na wszystko z lęku, by on nie zniknął z mojego życia.

Może coraz częściej zastanawiam się, czy to życie bez niego nie będzie lepsze od dotychczasowego. Lęk przed zmianą. Ale nie każda zmiana oznacza zmianę na gorsze. Skoro taka jego obecność, jak teraz, w moim życiu w żaden sposób mnie nie satysfakcjonuje, skoro rozczarowuje bardziej, niż zadowala – może rzeczywiście nie ma sensu godzić się na to.

Czuję się jak dziecko, stojące przed wystawą. Nie mogę dostać misia, o którym najbardziej marzę. Nie rozumiem, dlaczego. Ale, by nie sprawić przykrości, staram się wybrać sobie inną zabawkę, taką, której wybór będzie odpowiadał obdarowującemu, taką, której wybór sprawi jemu przyjemność, nawet kosztem tego, że ja będę udawać, że mnie jest przyjemnie i że właśnie tego chcę. A ja chcę misia. Nie wiem, czy on spełni jakieś moje oczekiwania, czuję, że go chcę. Ale może stojąc tak długo przed witryną i słysząc ciągłe nie, sama zaczynam wierzyć, że ja go już nie chcę, że wcale nie jest mi potrzebny, a podświadomie czuję, że może to dlatego, że ja na tego misia nie zasługuję, że on jest dla kogoś lepszego, że ja nie zasługuję na nic.

Nie prowadzę dokładnych statystyk, ale mam poczucie, że z nim przegadałam więcej czasu, niż z własnym mężem, że może on wie o mnie więcej, niż mąż, może to takie moje złudzenie, że połknęłam tyle jego spermy, że w części jestem już nim, że z nim orgazmów więcej, niż z mężem, że porównuję ich i, wbrew moim oczekiwaniom, wbrew moim przypuszczeniom, on coraz częściej wypada lepiej, niż mąż.

A jednak nie wymieniłabym męża na niego.

Choć może tylko dlatego, że on takiej wymiany nie chce. Może, jak z misiem, wmawiam sobie, że wcale go nie chcę, bo usłyszałam, że nie mogę go mieć, że nie jest dla mnie, że nigdy go nie dostanę.

Starałam się pracować nad sobą, nad moją z mężem relacją, ale mam wrażenie, że oddalamy się coraz bardziej, każdy drobny gest męża wobec mnie jest ogromnym zaskoczeniem i budzi zdziwienie, tak mało tych gestów, tak rzadko. Tak chciałabym czuć się wyjątkowa w jego oczach, zakładać dla niego sukienki, pończochy (kiedy ostatnio zauważył moją sukienkę i powiedział, że ładnie wyglądam, to było bardzo przyjemne, chyba zdążyłam już zapomnieć, jak bardzo przyjemne mogą być takie słowa).

Kiedy wybieram pończochy, sukienkę, robię to z myślą o nim, nie o mężu. Może brakuje mi takich właśnie sytuacji, że gdzieś idziemy razem, że dla męża się ubieram, dla niego wybieram pończochy, dla niego wychodzę w sukience, pod którą nie mam bielizny.

Chciałabym, by to on, mąż, sprawiał, że czuję się wyjątkowa, kochana, pożądana, pociągająca. A tak nie jest.

Dziś waga znów pokazała mniej, kolejny próg przekroczony. Ku mojej ogromnej radości. Chciałabym, by mąż to zauważał, by mnie wspierał, ale z drugiej strony łapię się na tym, że chcę lepiej wyglądać, by bardziej podobać się jemu, by wypadać korzystniej, niż jego kobieta.

Czuję, że chcę się z nim rozstać, sprawdzić, jakie będzie moje życie bez niego. I bardzo się tego boję. Pierwsze, o czym pomyślałam, to lęk, że go zranię.

A przecież pamiętam, jak kiedyś powiedział, że życie jest za krótkie, żeby się przejmować, dziś jest, jutro nie ma (w kontekście, że jak się zgadzam, to on korzysta i się bawi, a jak mówię nie – to on płakać nie będzie, bo przecież trudno, było, minęło…).

I boję się własnego cierpienia, tyle razy już przerabiałam tę żałobę po rozstaniu, tyle razy płakałam, tęskniłam, wpadałam w depresję, uciekałam w pisanie, czytanie, pływanie, w cokolwiek, już sama nie wiem, w co, by poradzić sobie z bólem, z żalem, z tęsknotą.

Mam czym wypełniać moje życie, rodzina, praca, czytanie…

A jednak czasem w wyobraźni widzę, jak mieszkam sama, w niedużym domu, w którym moje istnienie sprowadza się do czekania, by on przyjechał choć na moment, na chwilę, na godzinę – z całą świadomością, że nawet moja wyobraźnia nie dopuszcza myśli, że on mógłby ze mną dzielić ten dom, że nawet, gdybym została sama, to on nie zechciałby ze mną być.

Sama taka jego deklaracja zadziałała jak odrzucenie, poczułam się odrzucona, ale w jakiś sposób ciągle czułam, że on jest mi potrzebny. Próbowałam zrozumieć, do czego. Teraz mam wrażenie, że do niczego, bo on niczego mi nie daje (poza orgazmami w biegu?).

Nie wiem, czy chciałabym z nim wyjechać, bycie z nim dłużej, niż przez godzinę, może być trudnym doświadczeniem i dla mnie, i dla niego. Czuję, że wbrew temu, co kiedyś deklarował, on wcale nie chce ze mną wyjeżdżać. On właśnie chce kogoś do szybkich numerków, kogoś, kto spełni jego fantazje, kto na wszystko się zgodzi, a potem szybko odjedzie, niczego nie oczekując w zamian.

Źle mi z tą świadomością. W jakiś sposób czuję się wykorzystana. Naiwna. Nie umiem pewnych rzeczy, sygnałów odczytać. Dosłowność mnie przytłacza. A dziś boli. Nie tylko brzuch, całe wnętrze. Rozczarowania bardzo bolą.

Nocą ciszę rozdziera chrapanie męża. Bardzo irytujące. Nie mogę skupić się na własnym rozczarowaniu, własnej rozpaczy, na niczym.

Jutro też jest dzień, kolejny, by zastanowić się, jak to uporządkować. Bo nie powinnam już pytać „czy”, ale pytać „jak”.

 

Za swoje

Wczorajszy odlot, najostrzejszy (tak mi się wydaje) seks w życiu… Wszystko długo wirowało. Wieczorem odkryłam, że krwawię. Bardzo źle się poczułam. Wystraszona, zmęczona, obolała. Poszłam spać, ale przy każdym przebudzeniu myśli wracały do tamtej sytuacji.

Poranek pospieszny, intensywny, udało się spakować całą czwórkę do auta. Pojechaliśmy.

I potem jak wybuch wulkanu, taka dawka agresji, złości, wprost proporcjonalna do mojej wczorajszej przyjemności. Jak kara za to, że chciałam, by było mi dobrze, że chciałam i zaakceptowałam własne pragnienie.

Przyjmowałam dzisiejszą sytuację jak karę, coś należnego, co mogę tylko przyjąć i zaakceptować.

Jest we mnie bezsilność i lęk. Nie wiem, co z nami teraz będzie. Jak to się ułoży. Muszę przesłać sprawozdanie do połowy stycznia. I nie wiem, co w nim zawrzeć, bo prawda jest zabójcza.

Oglądam oferty mieszkań. Nie stać mnie na takie, którego mi potrzeba i w miejscu, w którym chciałabym być, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Mam połowę (bo kolejne 15% muszę zachować jako rezerwę i do końca stycznia nie mogę jej ruszyć, a jeśli potem z tej  rezerwy skorzystam, to nie zostanie mi nic, gdyby coś się wydarzyło. A w mieszkaniu trzeba jeszcze jakieś meble postawić, żeby choć mieć na czym spać, na czym jeść, jakieś biurka dla dzieci.

Myłam naczynia „i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość”…. co za paradoks, z tych trzech została mi tylko miłość, ale jakaś taka kulawa, która chce jego dobra, rozumie go, ale nie potrafi zapewnić wierności i uczciwości. Skłamałam, świadomie, by chronić nas wszystkich przed kolejną awanturą, by chronić siebie. Jak to jest, że po 25 latach znajomości mam przed sobą kogoś, kogo nie znam, kogo się boję, ale też o kogo się boję, kogo kocham? Ale nie wiem, jak kochać, żeby mu, żeby nam pomóc. Myślałam, że go potrzebuję, ale potrzebny mi był jego spokój, wsparcie, bycie ze mną. Dzieje się coś bardzo złego, a ja przyczynę wszystkiego upatruję we mnie samej. I mam takie wrażenie, że nikt nie może mi pomóc, że nikt nie może nam pomóc.

Rozbolała mnie głowa, tak migrenowo, stresowo. Bezsilnie.

Nie wiem, znów nie wiem, co mam robić dalej. Chcę pojechać po prezent dla mamy. Chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że dam radę, że wszystko się ułoży, że po kolei rozwiążemy problemy.

Nie mam się do kogo przytulić. Wczoraj potrzebowałam takich ostrych doznań, ale, paradoksalnie, najlepiej było mi w takiej bliskości, bezbolesnej a czułej, jakoś tak niezwykłej i niewpisującej się w naszą schematyczność, takiej bliskości, od której – mam wrażenie-  on ucieka. Chciałam byłam go zapytać, czego się boi, dlaczego nie chce… Nie wiem, czy nadal chcę zadać te same pytania. Walczę sama ze sobą. Z jednej strony chciałabym poukładać relacje z Najwyższym, a z drugiej boję się, że i tak znów zawiodę, ze nie dam rady, że to jak dreptanie w miejscu, taki bałagan w moim życiu, a ja nie umiem go ogarnąć.

Zimno mi wewnętrznie, zewnętrznie też. Znów popadam w lęk, że na coś groźnego choruję, to chyba typowe dla depresji. Wczoraj niewiele brakowało, bym w rozpaczy szukała jakiegokolwiek ginekologa, krwawienie przeraziło mnie i już sobie zwizualizowałam mnóstwo scenariuszy (ciążę, ciążę pozamaciczną, poronienie, wewnętrzne porozrywanie na strzępy…). To nie pierwszy raz, kiedy on mnie rozkrwawił, o większość zdążyłam już zapomnieć. Nie wygląda na kogoś, kto lubi przemoc w takich sytuacjach, to raczej były wypadki przy pracy, zbyt mocno, zbyt intensywnie, a ja znów łapię się na tym, że jestem gotowa na wszystko, że wszystko zniosę, przyjmę, udźwignę.

Już nie dźwigam. To był taki tydzień, że naprawdę nie chciałam żyć. A dziś w aucie, w drodze powrotnej, myślałam znów, że nasza rodzina nie jest nikomu potrzebna, jesteśmy takimi elementami, które zaburzają harmonię świata, bez nas wszystkim i wszystkiemu było by lepiej. Ale jesteśmy. Wróciłam myślami do nocy pożaru. Kiedy nie mogłam zasnąć i modliłam się, przerażona, czując, że coś jest nie tak. I teraz, znów, mam takie poczucie, że pokrzyżowałam plany Najwyższego. Że mogło nas już wszystkich nie być. Gdybym mu zaufała, odpuściła, nie drążyła. Nie wiem, może jednak to, że drążyłam, że nic się nam nie stało, to właśnie jest Jego Wola. A ja nie rozumiem, po co to wszystko, po co na mojej drodze pan K., dlaczego nie nadaję się na matkę, a mam dzieci, dlaczego ktoś, z kim wyobrażałam sobie siebie do końca życia jest kimś, kogo zupełnie nie znam, a ja, ta, która tak bardzo czekała na miłość, gotowa całkowicie się jej oddać i ponieść, zupełnie już nie wiem, kim jestem, czego chcę, po co jestem i tak trudno mi odnaleźć szczęście we mnie samej, by móc obdarzać nim innych.

Ciągle patrzę na potrzeby innych, ciągle troszczę się i pomagam, ale sobie nie umiem pomóc. Wczorajsze popołudnie było dla mnie. I teraz spadły na mnie konsekwencje i jeszcze długo będą spadać. Nie wiem, jak je udźwignę, nie wiem, co dalej. Nie rozumiem.

 

Bezczynnie

Nie mogę na niczym się skupić. Czas przecieka przez palce. Nie mogę nadal pić kawy, jakoś nie umiem, nie smakuje. I ta ciągła potrzeba bycia w ruchu. Aż bolą mnie mięśnie od ćwiczeń, a i tak miałam ogromną ochotę wyjść i biec, przed siebie, dokądkolwiek. Znów tak, jakbym chciała uciec.

Wciąż widzę go, czuję zapach, smak, w myślach tworzę scenariusze kolejnych spotkań. Nie umiem przestać.

Jutro mam jechać do biblioteki i na zakupy. I już ujrzałam, jak parkuję obok jego auta, albo parkuję tak, by musiał zobaczyć moje auto, gdy będzie parkował swoje.

Czuję się jak idiotka, taka bezsilna i bezproduktywna.

Na wtorek mam przygotować masę dokumentów. Nie wiem, kiedy. Nie jestem w stanie skupić myśli. Jutro będzie intensywny dzień, marzę, żeby zakończyć go na basenie, płynąć, wyłączyć myślenie, czuć wodę, jedność z wodą i muzyką, wyłączyć tęsknotę.