A morze nie…

Nadchodzi migrena, zasłoniłam zasłony, przyciemniłam monitor, wzięłam leki. Za mną kilkunastogodzinna podróż i intensywny dzień. Chciałam poczuć morze, a może wcale nie… Wszystko jest inne, niż się wydawało, a może tylko mi się wydaje, nawet morze pachnie i szumi jakoś inaczej, niż pamiętałam. Może liczyłam na to, że obudzi wspomnienia, że coś poukładam, tak bardzo potrzebowałam piasku pod stopami, tego specyficznego zapachu wypełniającego mnie aż po duszę, wiatru, słońca, szumu fal rozbijających się o brzeg… Po coś przyjechałam, próbuję odnaleźć samą siebie, a wspomnienia są coraz mniej wyraźne.

***

W pociągu odebrałam telefon. Powiedział, że odbierze mnie z dworca. Wcale nie po drodze. Daleko. Ale w sumie na to liczyłam. Mało nie połamałam nóg wysiadając z pociągu na kosmicznie wysokich obcasach. Czekał, wrzucił moje torby do bagażnika, ruszyliśmy. Drogi w bardzo złym stanie, w końcu on powiedział, że mogłabym się przebrać, przytaknęłam. Stanęliśmy w polu, przy drodze, zrzuciłam dżinsy, wyjęłam sukienkę, on zapytał o pończochy, założyłam je balansując na jednej nodze przy bagażniku. Utknęliśmy na długo. Wszędzie czułam jego zapach i smak. Ruszyliśmy w drogę. Bałam się, że nie będę mogła się zameldować, bo byłam kilka godzin przed czasem, ale mój pokój był gotowy. Nie zastanawiałam się, czy widać plamy na sukience i czy ktoś się zorientuje, że pod sukienką nie mam bielizny. Zrzuciliśmy torby, a on zapytał o restaurację. Długo krążyliśmy po okolicy, moje kosmiczne szpilki niemiłosiernie dawały się we znaki, nie przypuszczałam, że tak długo będziemy chodzić. Znaleźliśmy przyjemną restaurację, zamówiliśmy. Jedliśmy rozmawiając o dzieciach, o pracy, o jedzeniu, o wakacjach, tak beztrosko, tak zwyczajnie. Po obiedzie odwiózł mnie do hotelu, wszedł do pokoju, zamknął drzwi na klucz i zniknął w łazience. Usłyszałam szum prysznica. Ręczniki leżały na łóżku, zapukałam i zapytałam, czy chce ręcznik. On zapytał, czy się przyłączę. Kabina była bardzo ciasna, a woda bardzo gorąca, po krótkiej chwili wyszedł i poszedł po ręcznik dla mnie, leżał na łóżku, patrzył, jak zakładam pończochy, a potem już nie pamiętam. A, pamiętam jego odmowę, jak zwykle, moje propozycje pozostały bez echa. Próbował coś tłumaczyć, ja próbowałam zrozumieć, ale nie rozumiem, nie da się zrozumieć. Może wszystko jest kwestią zaufania i tego poczucia akceptacji, jeśli on czuł, że ja akceptuję wszystkie jego decyzje, w tym wszystkie jego „nie”, nie musiał się zastanawiać, co by było, gdyby powiedział „tak”, próbując pokonać własne lęki czy wahania.

***

Może to wszystko przez migrenę, te niewyraźne wspomnienia. A może migrena z powodu wspomnień.

Wczoraj pakowałam się w pośpiechu. Bilet kupiłam przez Internet, tuż przed wyjściem na pociąg. Próbując zapłacić za bilet zderzałam się z zawieszającym się systemem, mąż zapytał, czy zarezerwowałam noclegi. No nie. To zaczęłam od noclegów, potem wróciłam do biletu. Do walizki, z której dopiero co wyjęłam ubrania moje, męża i młodszego, wrzucałam jak leci potrzebne rzeczy, sukienki, bieliznę, strój kąpielowy, prowizoryczną kosmetyczkę, skarpetki, puszkę herbaty, słuchawki, kapelusz… I jeszcze laptop. Mąż zrobił dwie kanapki na drogę. Uściskał mnie, z mokrymi włosami wsiadłam do auta i pognałam na dworzec.

Siedząc w pociągu miałam poczucie, że to wszytko jest po coś. Skoro jakiś wewnętrzny głos mówi, że potrzebuję, że chcę pojechać nad morze, to czemuś taka wyprawa ma służyć. Samotna wyprawa. Zanim wsiadłam do auta, poczułam lęk, przez ułamek sekundy odechciało mi się tego samotnego wyjazdu, morza, podróży, poszukiwań… Chciałam zostać w ramionach męża, jechać z nim, leżeć w słońcu trzymając go za rękę, patrzeć, jak pływa z młodszym, czuć, że jest, opiekuje się mną i ogarnie wszelkie organizacyjne sprawy.

Ale gdy już usiadłam w pustym przedziale, poczułam się jak bohaterka taniej powieści, szukająca samej siebie czterdziestolatka przechodząca kryzys własnej tożsamości i kobiecości.

Czuję się inna. Bardziej świadoma własnych potrzeb, coraz bardziej akceptuję to, jaka jestem. Coraz mocniej lubię siebie samą i o siebie samą próbuję się zatroszczyć.

Może ten wyjazd potrzebny też po to, by na pewne sprawy spojrzeć z odległości. Bo z bliska dobrze widać szczegóły, ale całość umyka.

Póki co, najtrudniejszym było uświadomienie sobie, że rodzina nie jest dla mnie priorytetem. Staram się, by tak było. Bo kocham dzieci, bo rodzina jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest najważniejsza, że ciągle coś mi ją przesłania. Praca, pan K., pragnienie spokoju i stabilizacji, które niejako wydają się nie do pogodzenia z moją rodzinną konfiguracją.

Może jeśli będę umiała wystarczająco kochać siebie samą, to będę też odpowiednio mocno kochać moją rodzinę.

Usiadłam dziś sama przy małym stoliku, zjadłam zupę, na krześle wisiała moja bluza, na stoliku stała świeżo zaparzona herbata i leżały sztućce, poszłam po drugie danie. Nakładając surówkę zauważyłam, że przy stoliku instaluje się rodzina z niemowlakiem. Zapytałam, czy nie będzie im przeszkadzać moja obecność i dodałam, że mogę się przesiąść, ale oni przeprosili, że nie zauważyli i przenieśli się na inne miejsce. Może, mimo rzucających się w oczy czerwonych sandałków na wysokich obcasach, jako jedyna samotna osoba w hotelu stałam się przezroczysta…

Po kolacji poszłam na spacer. Z telefonem w kieszeni spodni i czytnikiem w ręce. Zamieniłam szpilki na wygodniejsze sandałki. Miałam nadzieję, że zejdę na plażę, usiądę i poczytam, słuchając morza i wdychając jego zapach. Zejście  na plażę mocno mnie rozczarowało. Szłam po piasku z nadzieją, że w końcu znajdę takie miejsce, które mnie zadowoli. Nie znalazłam. Przeszłam sporo kilometrów, wracałam inną drogą, przez las. Wróciłam do hotelu i z kubkiem kawy i czekoladą usiadłam w ogródku, czytając książkę.

W pewnej chwili zauważyłam, jak ktoś przygląda mi się przez okno. Dopiłam kawę, zjadłam ostatnią kostkę czekolady i wróciłam do pokoju, jakbym próbowała uciec przed tym spojrzeniem, przed migreną, przed światem.

Nie wiem, jak długo tu zostanę. Pobyt opłaciłam do końca tygodnia, ale to chyba nie o morze chodziło, w powietrzu czuć rozczarowanie, może nawet rozgoryczenie. Tak nie pachnie morze. Nawet kolor wody był inny, niż ten ze wspomnień. Może we wspomnieniach wszystko wyidealizowałam, tam morze ma lazurowy odcień, a plaża, choć nie tak kamienista, bardziej przypomina tę z Nicei, niż nasze nadbałtyckie klimaty.

Może to z niewyspania, może teraz morze jest za daleko od hotelu, może to przez migrenę, a może jednak migrena przez to wszystko…

Liczyłam na wieczorny wideotelefon od męża, iskrzącą rozmowę, dźwięk jego głosu kojący ból głowy. Mąż nie dzwoni. Może jednak zdecydował się na remont łazienki.

Ja tymczasem próbuję remontować jakąś bardzo intymną część siebie samej. Może jutro zrozumiem więcej, może morze podpowie. A może nie.

morze

 

Parasol

Projekt wysłany. Dwadzieścia pięć minut przed ostatecznym terminem. Efekt ciężkiej pracy wielu życzliwych osób. I spora dawka motywacji do podejmowania kolejnych działań.

Wracając z pracy odebrałam telefon z zapytaniem, czy podrzucę pana K. na imprezę. Chyba w bagażniku – zareagowałam w pierwszej chwili. Szczerze mówiąc, wolałabym go z tej imprezy odbierać.

Miałam po drodze. Podjechałam po niego, zawiozłam do lokalu. Nie wpadłam na to, że jak przyjedziemy, to przed wejściem będą czekać jego kumple i mogą zauważyć, kto go przywiózł. Wysiadł. Ja pojechałam do mamy. Wysiadając z auta zauważyłam na tylnym siedzeniu jego parasol. Zadzwoniłam, ale już nie odebrał. Nie oddzwonił. Miał zadzwonić po imprezie, ale też się nie odezwał. Może lepiej. Wczorajszy dzień potoczył się tak, że pełna złości mogłabym utknąć gdzieś z nim w aucie.

Byłam z mężem na zakupach. Pakowaliśmy torby do bagażnika, a ja, przez chwilę zastanawiałam się, czy zapyta o wielki, czarny parasol. Nie zapytał. Pojechaliśmy do galerii handlowej. Chciałam obejrzeć nowy telefon, ale on stwierdził, że musimy już iść, bo musi skorzystać z toalety. Wyszłam ze sklepu, a on wszedł do sklepu obok, kompletnie nie reagując na moją prośbę, byśmy już wychodzili, skoro mu się spieszy. Powiedziałam, że idę do auta. Wychodząc z galerii zauważyłam ładną sukienkę. Męża nie było w zasięgu wzroku, weszłam do sklepu, przymierzyłam, poszłam w stronę kasy, zadzwonił telefon z pracy, dość ważna rozmowa. Nie chciałam płacić za sukienkę rozmawiając przez telefon, w trakcie rozmowy zauważyłam, że mąż do mnie dzwoni. Rozmowa trwała dość długo. Po kwadransie mąż wszedł do sklepu, nie wiedziałam, że szeptem można wrzeszczeć, on potrafi, przez ułamek sekundy wystraszyłam się, że mnie po prostu uderzy. Wyjęłam z torebki klucze do samochodu, podałam mu, wyszedł. Dokończyłam rozmowę, zapłaciłam za sukienkę, wróciłam do auta. Bez słowa wsiadłam, odwiozłam go przed dom, wysiadł. Też się nie odezwał. Czekałam na zwykłe „przepraszam”. Wtedy pewnie też przeprosiłabym go, że długo czekał. Ale nic nie powiedział. Pojechałam do mamy. Było już późno, a ja nie miałam ochoty wracać do domu. Mama szła spać, pożegnałam się, wsiadłam do auta i pojechałam przed siebie. Gdyby pan K. zadzwonił, pewnie pojechałabym po niego i pewnie nie odwiozłabym go bezpośrednio do domu. Wróciłam tylko dlatego, że nie miałam przy sobie leków. Gdybym je miała, albo pojechałabym na noc do mamy, albo zasnęłabym gdzieś w samochodzie.

Nie umiem uciec od porównań. I one znów wypadają na niekorzyść męża. Zanim pojechaliśmy na zakupy mieliśmy trochę czasu dla siebie. Trudno mi jest mówić, czego chcę w łóżku, poprosiłam o masaż, bo po siedzeniu nad projektem wciąż miałam zdrętwiałą szyję. Prosiłam kilka razy. Tradycyjnie, jego „za chwilę” rozciągnęło się w nieskończoność. Pytam, czego on chce, staram się wpasować w to, co mu sprawia największą przyjemność, może po prostu powinnam przestać się starać, zupełnie odpuścić. Tylko jakaś część mnie ciągle łudzi się, że wszystko jeszcze można posklejać, że jeśli dam jeszcze więcej od siebie, to w końcu też coś dostanę. To tak nie działa. Może powinnam przestać się zastanawiać, co ze mną jest nie tak, a zadać sobie pytanie, co jest nie tak z nim.

Poranny pocałunek przed wyjściem do pracy, kiedy mąż myślał, że jeszcze śpię, nie rozwiązuje sprawy. Telefon, by zapytać, jak spałam, ale wciąż bez przeprosin, też niczego nie zmienia.

Tak naprawdę obaj mnie wkurzają. Przez obu czuję się wykorzystywana.

W bagażniku wciąż mam parasol pana K.

Chciałabym umieć rozłożyć nad sobą parasol, który chroniłby mnie przed byciem wykorzystywaną. I czasem przed moją własną naiwnością.

Nie mam wielkich planów na dziś. Może zadzwonię do fryzjerki i, jeśli ma wolny termin, pojadę ufarbować włosy. Jeśli nie ma wolnego terminu, wezmę książkę, kubek z herbatą i pójdę czytać do parku.

Uciekinierka

Nie wiem, od czego próbuję uciec i nie wiem, dlaczego.

Może coś kiedyś się wydarzyło, a ja nie do końca sobie z tym poradziłam.

Zamiast siedzieć nad projektem, przeglądam kostiumy kąpielowe.

Chcę uciec nad morze. Nie wiem, dlaczego, czy to perspektywa ewentualnego wpadnięcia na pana K., czy w jakiś sposób zapach morza, klimat, piasek pod stopami – może to wszystko ma znaczenie, z czymś mi się kojarzy.

Były takie wakacje, rodzinne, my, dzieci, nad morzem, całkiem fajnie było, mimo różnych problemów, chłopcy byli dość mali, niewiele im było trzeba do szczęścia, może właśnie za tym tęsknię, takie beztroskie siedzenie na plaży, patrzenie, jak przesypują piasek, wchodzą do wody, cieszą się kamykami, patyczkami. To były pierwsze wakacje, kiedy odważyłam się założyć dwuczęściowy kostium, mimo ogromnej blizny po operacji. Wtedy byliśmy razem, ze sobą, nie obok siebie. Może do tamtego czasu chciałabym uciec.

Tabelki rosną w nieskończoność, a ja coraz mniej wiem, jak je ogarnąć. Uciekam od siebie samej, od czegoś, czego sama o sobie nie chcę się dowiedzieć. Boję się, że jak w końcu to odkryję, to sama się przerażę, bo to pewnie coś strasznego, skoro tak uciekam.

Mąż wyciągnął mnie na basen. Cudnie, pusto. Cały basen dla nas.

Razem. A ja ciągle uciekam.

Cisza

Młodszy jest od kilku dni w szpitalu. Tym razem sam. Początek był straszny, cowieczorne rozpaczliwe telefony, płacz, maile przeniknięte lękiem i prośbami, bym go zabrała. A dziś pojechaliśmy go odwiedzić, tylko raz poprosił, bym go zabrała, a potem rozgadał się jak nakręcony. Cudowne było to, że w pewnym momencie powiedział, że gdyby miał do wyboru jechać do domu i grać na komputerze, czy zostać w szpitalu, gdzie ma nową przyjaciółkę (starszą od niego wspaniałą dziewczynkę), to wybrałby zostanie. Poznałam tę cudowną dziewczynkę o wspaniałej duszy. Podziękowałam jej za to, że tak cudnie dodała otuchy Młodszemu i że go wspiera. Mam nadzieję, że on w jakiś sposób też będzie tam dla niej wsparciem. Po dwóch godzinach wyjechaliśmy, a on nawet nas nie uściskał na do widzenia, pomachał przez okno ręką i pobiegł do dzieci.

Dom pusty bardzo bez niego. Nie umiem słuchać muzyki, na niczym się skupić, siedząc z nim dziś przy stole i słuchając jego opowieści pomyślałam, że mamy z mężem cudowne dziecko. Że Młodszy jest niesamowity. Wracałam z ulgą w sercu, że zaakceptował sytuację, że się tam jakoś odnalazł, przed nim na pewno jeszcze sporo trudnych chwil, ale byłam pełna lęku, który był zupełnie nieuzasadniony.

W międzyczasie utknęłam przy opracowaniu projektu, nie jestem w stanie się za niego zabrać, coś mnie wewnętrznie blokuje.

Pan K. nie zadzwonił w poniedziałek, we wtorek i środę też nie. Kiedy wieczorem Młodszy zadzwonił ze szpitala, ledwo go słyszałam, próbowałam przełączyć na głośnik i odkryłam, że przypadkiem, rozmawiając z Młodszym, wybrałam numer pana K. i telefon zaczął się z nim łączyć. Rozłączyłam się, pogadałam trochę z płaczącym Młodszym, a potem poszłam z mężem na zakupy. Pan K. oddzwonił po kilkunastu minutach, wyjaśniłam, że to przez pomyłkę zadzwoniłam, że Młodszy jest w szpitalu, że nie mogę rozmawiać, powiedział, że zadzwoni nazajutrz. Zadzwonił, kiedy byłam w pracy. Rozmawialiśmy długo, miałam zadzwonić w drodze powrotnej, ale wyszłam bardzo późno, jakbym zupełnie nie chciała wracać do pustego domu. W piątek pan K. znów zadzwonił. Zdzwanialiśmy się przez cały dzień, wyszłam z pracy znów późno, rozmawialiśmy. Poprosił, bym zjechała na parking, bo w trakcie jazdy ciężko się prowadzi wideorozmowę. Znów nasza rozmowa zaczęła dryfować. Długo stałam na parkingu. Nie rozmawialiśmy, on patrzył na mnie, ja na niego. Zaproponował, byśmy się spotkali, odmówiłam. Gdyby zadzwonił w poniedziałek, kiedy było mi tak strasznie ciężko i miałam ochotę rzucić wszystko i spotkać się z nim, pewnie zgodziłabym się na wszystko.

Pytał o moje plany urlopowe. Nie mam planów. Miałam spontanicznie wyjechać służbowo, bo trafiła się okazja, ale jeszcze nie wiadomo, czy wyjadę, a przede wszystkim blokowała mnie świadomość tego, że coś może dziać się z Młodszym.

Pan K. szczegółowo opisał dokąd się wybiera ze swoją mamą i z córką, kiedy, jakim transportem. A potem dodał, że gdybym była na miejscu, to mógłby się urwać na jeden dzień (w domyśle i noc), powiedzieć, że idzie pić z kolegami, bo ma z kim mamę i córkę zostawić.

Znów zawrócił mi w głowie. Tyle razy już słyszałam takie plany wspólnego wyjazdu, chodzenia po plaży, wyjścia na basen… Nigdy nic z tego nie wyszło, a ja, za każdą taką wypowiedzią, byłam gotowa wszystko rzucić i wpasować się w jego plany, byle tylko z nim pobyć.

I nie wiem, jak będzie teraz. Mocno ze sobą walczę. Wiem, że taki wyjazd będzie miał bardzo toksyczne konsekwencje. Na pewno potrzebuję wyjechać, sama, odpocząć, siedzieć nad morzem, wdychać jego zapach, czytać książki, pływać, skorzystać ze SPA, jeść pomidory, odpocząć po prostu. I nie wiem, czy w moich odpoczynkowych planach będzie dla niego miejsce.

Zastanawiałam się, dlaczego nie mam odpoczynkowych planów z mężem w tle. Nie umiem jeszcze tego rozgryźć. Może wynika to z faktu, że teoretycznie mamy dom dla siebie, dzieci nie ma (Starszy u babci), a jesteśmy daleko od siebie, on wpatrzony w swój komputer w pokoju Starszego, ja albo sprzątam, piorę, udaję, że siedzę nad projektem, a przeglądam oferty noclegów nad morzem. Nie rozmawiamy za wiele. Jakieś zdawkowo wymieniane informacje. Że trzeba łazienkę wyremontować. Przedłużyć umowę na tv, kupić pieczywo.

Mijamy się. A ja z jednej strony bardzo go potrzebuję, a z drugiej – w jakiś sposób unikam. Chcę wspólnego czasu, razem jedzonego śniadania, kolacji, czytania obok siebie, oglądania filmu, żebyśmy coś razem zrobili, dla siebie i ze sobą, ale nie do końca umiem tego zrealizować. Może za mało jego zaangażowania i chęci. Może po prostu łatwiej jest zaplanować jeden dzień, jedną noc z panem K., taką przewidywalną, beztroską wtedy, kiedy będzie trwać, niż planować wspólną resztę życia, remont łazienki, co na niedzielny obiad i jaki kolor tapet wybrać do naszej sypialni.

Wczoraj pan K. rozłączył się, żeby zadzwonić do córki, w tym czasie do mnie zadzwonił Młodszy. Pan K. nie miał siły przebicia, nie odebrałam żadnego z jego trzech telefonów. Tak lepiej. Idę do Starszego, a potem powalczę z projektem. Kiedyś muszę. Na poniedziałkowy ranek muszę go oddać.

Burzowo

Nad miastem burza. Deszcz, na który od tak dawna czekałam. Może z pragnieniem, żeby zmyć z siebie ciężar tego wszystkiego, co przytłacza.

Codziennie coś się dzieje. Dzieci, zwłaszcza młodszy. Praca. Kryzysowe sytuacje jedna za drugą. Deficyt spokoju.

W tle telefony pana K., jak zintensyfikowany atak, zaplanowany na to, by mnie zmiękczyć, na nowo oswoić, namówić na spotkanie. A ja naiwna… Ten pierwszy telefon, rozmowa przez dwadzieścia minut, prawie zapomniałam, że poczułam się przez niego oszukana, trajkotałam o wszystkim, co się przytrafiło od ostatniej rozmowy, słuchałam jego trajkotania, perlistego śmiechu, żartów… Przez moment łudziłam się, że zaakceptował określone przeze mnie granice, że jest w stanie rozmawiać o niczym, śmiać się i po prostu cieszyć się wspólną rozmową. Tego samego dnia zadzwonił jeszcze raz i w trakcie, jak mi się wydawało, neutralnej rozmowy o dentyście i pracy, zadał bardzo bezpośrednie pytanie, proponując spotkanie w jednym celu. Odmówiłam. I powiedziałam, że szkoda jego czasu, że jeśli ma angażować swoją energię w namawianie mnie, to lepiej, by wykorzystał ją do czegoś innego. Powiedział, że nie szkoda mu czasu, że będzie nadal próbował mnie namawiać. Pożegnaliśmy się, gdy odbierałam młodszego ze szkoły, już nie pamiętam, kiedy tyle rozmawialiśmy. I póki nie padła ta propozycja, tak dobrze mi się z nim rozmawiało, jak kiedyś. I znów wracam do tego, że nigdy nie będzie już tak, jak wcześniej, że może właśnie reakcją na moje nie jest takie intensywne atakowanie mnie telefonami, rozmowami, by mnie jakoś zatrzymać.

Ciężko mi z tym, bo z jednej strony jego obecność, te rozmowy, wspólny śmiech – to działa na mnie uspokajająco, pozwala choć na moment znaleźć równowagę, a z drugiej, wciąż zderzam się z własna naiwnością, on wciąż rozczarowuje tym, że nie odpuszcza, a ja czuję się oszukana.

Staram się szukać oparcia w mężu, to też jest bardzo trudne, bo o ile czasem udaje mu się wspierać, powiedzieć coś, co dodaje otuchy i pozwala czuć się kochaną, to potem jego zachowanie sprawia, że całkowicie wątpię w jego miłość.

Z każdej strony huśtawka. Dzieci. Dom. Mąż. Praca. Pan K.

Brak stabilnego punktu, żebym mogła uchwycić się i, mając poczucie stabilności, ogarniać całą resztę. A ogarniać muszę, nawet, jeśli to tak strasznie trudne.

 

Potrzebne

Teoretycznie to miał być czas spędzony razem.

Mąż poszedł sam w góry. Młodszy płakał, że to niesprawiedliwe, bo on też chciał pójść. Kiedy wracaliśmy ze szpitala, udało się dodzwonić do męża. Wracał do hotelu. Zaproponowałam, że zgarniemy go po drodze, zapytałam, w którą stronę jechać. Kazał w prawo. Pojechałam. Po trzech kilometrach nabrałam pewności, że się mylił. Zawróciłam, znalazłam go i zapytałam, czemu mnie źle pokierował, nadal upierał się, że powinnam była pojechać w prawo. Gdy go przywiozłam do hotelu z trudem przyznał, że coś mu się pomyliło. Padł na łóżko i zasnął.

Młodszy brykał w sali zabaw. Mąż wpatrywał się w ekran laptopa. Miałam ochotę wyjść i pójść przed siebie, ale nie mogłam zostawić Młodszego samego.

Przeczytałam dwie książki, które ze sobą zabrałam. Jedna zachwyciła, druga rozczarowała, choć, paradoksalnie, ta pierwsza nie miała pięknego zakończenia, w odróżnieniu od drugiej.

Ale bardziej od czytania potrzebowałam wspólnego czasu. I wtedy, kiedy wsparcie było mi najbardziej potrzebne, czułam się strasznie samotna.

Wracam do pracy. Z ogromną niechęcią, mnóstwem nierozwiązanych problemów, poczuciem, że wcale nie odpoczęłam. Najtrudniej zabrać się za zadanie, wiem, potem będzie coraz łatwiej, ale ten początek jest najtrudniejszy.

 

Człowiek myśli, Pan Bóg kreśli…

Tak mi się skojarzyło to przysłowie.

Wyjechaliśmy we trójkę, ja, mąż i młodszy, starszy uparł się, że zostanie z babcią. Przyjechaliśmy późnym popołudniem, zaliczyliśmy basen, salę zabaw, kolację, młodszy zachwycony, mężowi miejsce też się spodobało. Poszliśmy spać z poczuciem, że nazajutrz nic nie musimy, możemy spać do której chcemy i modyfikować nasze plany zgodnie z naszą wolą.

Leniwe śniadanie, latte, młodszy w sali zabaw, wspólny basen, książka, obiad… Potem mieliśmy w planach park linowy – niespodzianka dla młodszego, ale koszmarnie rozbolał go brzuch, do tego stopnia, że nie mógł iść, nieśliśmy go na rękach na zmianę, a potem wróciłam po samochód i przywiozłam go do hotelu.

Rezultat jest taki, że teraz mąż siedzi sam w hotelu, a ja z młodszym jesteśmy w szpitalu na obserwacji. Młodszy po lekach i kroplówce czuje się rewelacyjnie i nie rozumie, dlaczego musimy tu jeszcze zostać. Teoretycznie mogłam była zostawić go w szpitalu samego na noc i spędzić wieczór razem z mężem, ale chyba nie umiałabym cieszyć się tym wieczorem ze świadomością, że nie wiem, jak czuje się młodszy i co się z nim dzieje.

Siedzę przy nim. Wiercił się w łóżku, ciężko mu było zaakceptować fakt, że musimy tu zostać na noc. Pierwsza kroplówka, pierwszy wenflon, spacer do toalety z kroplówką, mówi, że zbiera nowe doświadczenia, momentami jest dzielny, ale widzę, że cała sytuacja bardzo go męczy.

Mnie też. Nie taki był plan. O tej porze spałby spokojnie, siedziałabym z mężem, mielibyśmy chwilę dla siebie. Odwołałam zarezerwowane w SPA zabiegi, zjadłam zupę pomidorową w pośpiechu, ze świadomością, że w szpitalu nie będzie możliwości zjedzenia czegokolwiek. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, nie wpadłam na to, żeby zabrać zwykły papier toaletowy, a w szpitalu to dobro luksusowe, dobrze, że mam nawilżane chusteczki, a w samochodzie pudełko higienicznych papierowych, przyniosę je jutro rano młodszemu.

Kiedy byłam z młodszym w tym samym hotelu zimą myśli wciąż uciekały do pana K., tym razem wróciły wspomnienia, miałam nadzieję, że obecność męża sprawi, że nie będę tak mocno pamiętać. Może gdyby mąż chciał spędzać czas ze mną i młodszym, a nie, pod pretekstem robienia kawy w pokoju, wgapiał się w grę na laptopie, inaczej postrzegałabym jego obecność na wyjeździe.

Koniec końców, znów jestem sama z młodszym, mąż gapi się pewnie w komputer, prosiłam, by włączył jakiś komunikator, byśmy mogli porozmawiać, ale nie zrobił tego. W hotelu jest zły zasięg i nie mogę się do niego dodzwonić, gdy jest w pokoju. Gdyby tylko chciał, pamiętałby o mojej prośbie. Gdyby tylko miał taką potrzebę, by być ze mną w kontakcie.

3 sekundy

Ciągle coś się dzieje, intensywnie, agresywnie, gwałtownie, staram się ogarniać, ale i tak często ryczę z bezsilności.

Odbieram czasem telefony pana K., może dlatego, że jeden odebrałam przypadkiem i potem czułam się zobowiązana do rozmowy. Wczoraj chciałam powiedzieć mu, że już się z nim nie spotkam. Miałam pół minuty na wejście do niego do pracy, powiedzenie mu o tym i powrót do samochodu, w którym czekał starszy. Weszłam, miał być w gabinecie, nie było go, sekretarki też nie, inni pracownicy poinformowali mnie, że właśnie wyszedł. Też wyszłam i wpadłam na niego, wchodzącego po schodach. Powiedział, że pięknie wyglądam. Wyglądałam. On też był elegancki. Weszłam, przywitałam się i powiedziałam, że muszę już wracać do auta, zapytał tylko, czy mam bieliznę i powiedział, że jutro zadzwoni. Wróciłam do samochodu z poczuciem, że w końcu to powiem, że już jestem gotowa, tylko okoliczności nie były sprzyjające.

Wieczór był strasznie ciężki i zapowiedział trudny poranek. Młodszy z bólem brzucha, starszy z buntem. Bez opcji ich obu w jednej przestrzeni kursowałam między jednym, a drugim domem. W końcu młodszy lepiej się poczuł, odwiozłam go do szkoły. Starszy spacyfikował własny bunt długą rozmową ze mną, też odwiozłam go do szkoły. W międzyczasie odebrałam telefon od pana K., by powiedzieć, że nie mogę rozmawiać. Oddzwoniłam z trasy. Rozmawialiśmy przez cały czas, z przerwą na moje odebranie telefonu od klientki. W drodze powrotnej też z nim rozmawiałam. Łącznie ponad godzinę. Mówiłam, że wczoraj chciałam mu powiedzieć, że się z nim więcej nie spotkam, że niszczy mnie każde spotkanie z nim. On mówił, że jego niszczy moja nieobecność,że za mną tęskni, że nic na to nie poradzi, że ja tak na niego działam, że wie, że ja też będę tęsknić. Mówiłam, że uwielbiam z nim rozmawiać, ale nie mogę się z nim spotykać, bo wszystko mi rozwalają takie spotkania. Odbudowuję stabilne relacje, a potem wszystko leci w drobny mak. Powtarzałam przez całą drogę moje „nie”, a on tłumaczył, na którym parkingu na mnie czeka, obiecywał, że mnie nie dotknie, że ja nie dotknę jego, chciał tylko skończyć w moich butach. Powiedziałam, że mogę mu je wrzucić do samochodu. On namawiał, ja odmawiałam. Mówiłam, że w takim razie nie powinnam była odbierać telefonów. Że brnę w ślepą uliczkę, a tego nie chcę. Że daję mu złudne poczucie, że spełnię jego oczekiwania. Mówił, że moja obecność go uszczęśliwi. Tłumaczyłam, że jednocześnie unieszczęśliwię samą siebie. Przekonywał, powiedział, że przecież jak obieca, że mnie nie dotknie, to dotrzyma słowa. Odparłam, że ja jemu ufam, ale nie sobie. Powiedział, że w takim razie chciałby mnie tylko przez minutę zobaczyć. Po prostu ujrzeć, bo tak długo nie będziemy się widzieć i nie będziemy ze sobą rozmawiać (poinformowałam go, że jutro wyjeżdżam). Parkowałam akurat, powiedziałam mu, gdzie stoję. On poprosił, bym poczekała chwilę, wysiadła z auta i przeszła kawałem dalej, bo na tym parkingu jest pełno kamer. Wysiadłam z auta, rozmawiając z nim. Podjechał po minucie. Wsiadłam do auta. Na pół minuty. Poprosił, bym zdjęła buty. Odmówiłam. Jemu wystarczyły trzy sekundy. Na kolanach miał niebieski ręcznik. Moje nie niczego nie zmieniło. Chciał na mnie patrzeć, chciał, bym patrzyła. Moje ciemne okulary nie zasłoniły zamkniętych oczu. Wysiadłam. Coś mówił, może pytał, o której jutro jadę do pracy, ale nie chciałam słyszeć jego pytań, jego głosu. Uświadomiłam sobie, że znów mnie okłamał, choć może nawet nie chciał tego zrobić. A może chciał. Może jest już tak mocno uzależniony, że nie miał na to większego wpływu. Patrzyłam na niego w kategoriach kogoś, kto nie potrafi się powstrzymać, błaga, bo to silniejsze od niego. Tyle tylko, że poczułam się jak przedmiot, wykorzystana do tego, by on mógł zrealizować swoją fantazję. W trzy sekundy. Zacytował kilka razy tę moją wypowiedź o trzech sekundach do setki, którą sformułowałam komentując pewną zabawkę. Nasze rozmowy są wypełnione cytatami wcześniejszych rozmów, odniesieniami, które tylko dla nas są jasne i jednoznaczne. To wszystko zbudowało jakiś klimat intymności między nami, trudny do zniszczenia jednym słowem, do zdemontowania z dnia na dzień. W tej długiej rozmowie tłumaczyłam, że jestem świadoma, że nie uporam się z tęsknotą z dnia na dzień, ale jeśli nie spróbuję, będę nadal dreptać w miejscu. A nie chcę tak dreptać. Spróbowałam. Lżej mi z tym, że to powiedziałam. Czuję się oszukana, ale, paradoksalnie, silniejsza. Znów mocniej odzywa się tęsknota, ale nie za nim, za tą utraconą relacją, która już nas nie łączy, za fajnym przyjacielem, z którym dobrze mi się rozmawiało. Który niczego więcej nie oczekiwał. Odpręża mnie słuchanie o jego koncertach, o problemach z samochodem, nowych nagraniach, trudnych sytuacjach w pracy, o drobiazgach, o muzyce, o czymkolwiek. Mogę oszukiwać samą siebie, ale to wszystko działało na mnie jak stabilizator we wszystkich sytuacjach, w których było mi tak trudno i niestabilnie. Paradoksalnie, choć on stabilizował mnie na moment, na dłuższą metę przyczyniał się do jeszcze większej destabilizacji. I nie wiem, jak sobie teraz radzić, kiedy wszystko się sypie, a ja rezygnuję z jedynego elementu, który, choć na chwilę, pozwalał poczuć grunt pod nogami. Chciałabym, by tym elementem stabilizującym był ktoś, kto jest na co dzień obok mnie. On chyba w końcu stara się przejąc taką rolę. Nie wiem, jak to wszystko się dalej potoczy. Jutro jadę do pracy. Wcześniej zgarniam starszego na siłownię. Po pracy wyjeżdżam. Mąż stwierdził, że ten wyjazd jest nam bardzo potrzebny. Sęk w tym, że on chce chodzić po górach, ja marzę o pływaniu i SPA. Może w drodze na miejsce znajdziemy złoty środek. Nasz wspólny i stabilny. Na dłużej, niż na trzy sekundy.

 

Jeszcze niżej…

Kiedy sobie myślę, że jest już bardzo ciężko, tak ciężko, że nie może być bardziej, to właśnie to bardziej się przytrafia.

Taki był wczorajszy dzień. Nie myślałam, że wejdę do gabinetu szefowej i że siądę, pytając, czy mogę sobie poryczeć…

Po chwili rozmowy zebrałam się i wyszłam, wróciłam po sekundzie, mówiąc, że jednak wyjdę z pracy, nie dam rady. Wieczorem wymiękłam. Do szkoły wysłałam męża. Wykończyło mnie wszystko straszliwie. Siedziałam na huśtawce i płakałam. Młodszemu wmówiłam, że tak się wzruszyłam, patrząc na piękny kamień.

Dziś był ciężki poranek. Mnóstwo spraw do załatwienia. Zanim wsiadłam z młodszym do auta, zadzwonił pan K., nie odebrałam. Trochę zajęło nam pozbieranie się. Gdy już dojeżdżaliśmy na miejsce, telefon znów zadzwonił, nieznany numer, odebrałam. Kobiecy głos, przedstawiła się, ale nie usłyszałam, bo zagłuszyły ją czujniki parkowania, po chwili rozpoznałam głos. Kobieta pana K. Pytała o cenę i termin zlecenia. Chciała wysłać dokumenty mailem. Powiedziałam, że jak będzie gotowe, dam znać, zapytałam, jak odbierze dokumenty. Odpowiedziała, że przyjedzie po południu. Rozłączyła się. Po chwili znów zadzwonił telefon. Znów pan K., znów nie odebrałam. Zastanawiałam się, czy jego kobieta zmieniła telefon, nie miała mojego numeru i poprosiła go o namiary na mnie (kiedyś robiłam dla nich zlecenie, dla niego właściwie, ale wtedy razem przyjechali do nas).

Biegałam, załatwiając różne formalności. Kobieta pana K. wysłała wiadomość, że będzie późnym wieczorem. Zaczęłam się zastanawiać, czy przyjedzie sama, czy razem z nim, czy wejdą, będą chcieli pogadać, posiedzieć… Mąż wrócił z pracy, powiedziałam, że możemy mieć gości. Ogarnialiśmy mieszkanie (stosy moich papierów, codzienny, dzieciowy bałagan)… Upiekłam rogaliki. Ona przyjechała sama, weszła, powiedziała, że tylko odbierze dokumenty, przywitała się ze mną, z mężem, wyściskała nas, poszłam do kuchni, spakowałam dla niej talerz ciepłych rogalików. Zaprosiłam do nas, ona powiedziała, że ciągle zabiegani, że spotykamy się tylko, jak jest jakiś interes, pożegnaliśmy się. Usiadłam z mężem nad herbatą i rogalikami. Choć na moment. Tak mi tego brakowało. Jutro kolejny trudny dzień, dużo biegania, załatwiania, jakoś muszę dać radę. Jakoś. Zawsze jest jakoś. Ale dziś najważniejsze, że nie musiałam spotykać się z panem K., jest mi ciężko, trudno, łapałam się parę razy na myśli, że on pomógłby rozwiązać część moich problemów i natychmiast korygowałam samą siebie, że ja chcę te problemy rozwiązywać razem z mężem. Lepiej mi z tą świadomością. Choć jest bardzo ciężko.

Tup, tup…

Powoli budzi się we mnie buntowniczka. Choć może właściwie nie jest to buntowniczka, tylko taka bardzo asertywna wersja mnie, która buntuje się i nie chce być wykorzystywana przez innych. Przez męża, przez dzieci, przez pana K., przez szefową. Przez nikogo.

Słyszę wewnętrzny tupot tej buntowniczki, a potem widzę realne efekty jej przebudzenia. Byłam w stanie powiedzieć mężowi, co mnie wkurza, czego oczekuję, choć zazwyczaj jego oskarżenia i zarzuty sprawiały, że kuliłam się w sobie i jeszcze mniej miałam siły. I wierzę, że na innych frontach też uda mi się zawalczyć o siebie samą.

– nie dzwoń już do mnie więcej, nie chcę się z tobą więcej widzieć, nie podoba mi się sposób, w jaki mnie traktujesz, czuję się jak chusteczka i nie podoba mi się to, nie potrzebuję być twoją chusteczką na zawołanie, wkurza mnie, że dzwonisz, gdy czegoś chcesz, a chcesz tylko jednego, za to nigdy nie dzwonisz, żeby zapytać, czy w ogóle żyję, jak się miewam, nawet gdy wiesz, że u mnie strasznie ciężko, nie dzwoń więcej

Poukładałam sobie, już miałam zadzwonić, ale zmieniłam zdanie, na spokojnie wzmacniam w sobie to przekonanie o słuszności przebudzenia buntowniczki i kiedy telefon znów zadzwoni (nie wiem, kiedy, ale wiem, że zadzwoni), będę w stanie właśnie tak zareagować.

W poniedziałek muszę powiedzieć szefowej, że nie będę sama opracowywać całego projektu, bo skoro za projekt odpowiada kilka osób, to każda powinna zrealizować jakąś część. I jeszcze chcę sprawdzić, czy przyznano mi wynagrodzenie za pracę przy innym projekcie. Jeśli nie, asertywnie przekażę wszystkie moje obowiązki tym osobom, które z tytuły projektu otrzymują kasę.

Chcę siebie samej dla siebie samej. Chcę huśtawki, książki, latte w altance, czasu dla siebie, czasu z mężem, siły, która pozwoli stawiać granice i egzekwować je.

Nie wiem, ile buntowniczka zawdzięcza lekom, ile innym czynnikom, ale cieszę się, że się pojawiła.