jeszcze bardziej samo

Po wielu samotnych dniach w końcu powiedziałam, że zrobił mi przykrość, że chcę, by mnie przeprosił. Powiedział przepraszam. Ale dziś dowiedziałam się, że to było kompletnie bez sensu. Że on przecież nie miał mnie za co przepraszać. Więc po co to robił?

Od kilku dni rozmawiałam przez telefon z lękiem, że w końcu trzeba będzie zmierzyć się z odmową spotkania. Wczoraj, kiedy zadzwonił, miałam totalne urwanie głowy. Oddzwoniłam po chwili, w śniegu próbowałam dotrzeć do auta i nie przewrócić się w butach na wysokich obcasach. Potem odśnieżałam auto, a on cały czas na telefonie. I takie drobne słowa, które sprawiają, że czuję się cieplej – żebym sobie najpierw odpaliła samochód, żebym nie rozpinała kurtki, bo się przeziębię… Umówiliśmy się na telefon na dzisiejszy ranek. Odwiozłam dzieci do szkoły, a on zadzwonił tuż po ósmej, jechałam w śniegu, a on zaproponował, że kupi dwie kawy i pojedzie na cmentarz. Nie chciałam jechać na cmentarz. Powiedziałam, że wiem, że na piciu kawy się nie skończy, on potwierdził, powiedziałam, że nie pojadę, skwitował to krótkim „jak chcesz” i nie namawiał.

Wróciłam do domu. Po drodze on jeszcze powiedział mi, że dziś ma luźniejszy dzień w pracy, że dzieci wyjeżdżają, że będzie sam, że jego kobieta późno wraca, że mogę nawet wieczorem zadzwonić.

Siedząc nad zimną, domową kawą łapałam się na tym, że żałuję, że z nim nie pojechałam, że żałuję, że nie spędzę z nim dnia, popołudnia, wieczoru.

Rysowałam moje role i relacje. Wyszło, że on jest najważniejszy, dominuje całą resztę mojego życia. Nie tylko dlatego, że ta rola czy relacja ocieka wprost seksem, nie wiem, może przede wszystkim dlatego, ale jakoś tak się stało, że czuję jego niezbędność.

Spodziewałam się, że fakt odmówienia mu przyniesie mi jakąś satysfakcję, sprawi, że lepiej się poczuję. Nie poczułam się lepiej. Tęsknota narastała we mnie z każdą minutą.

Maraton dzieciowo-lekarski, potem dołączył mąż, widziałam, jak mały jest zmęczony i jak nie chce jechać na spotkanie, mąż nalegał. Na moją prośbę i łzy w oczach mały zgodził się wejść. Ale chciał wyjść, było mu źle, nie chciał zostać, po kwadransie poprosiłam, by się pożegnał i poszliśmy. Mąż po prostu się wściekł. Wydarł się na mnie, na małego, zapowiedział mu jakiś okrutny szlaban  i powiedział, że mały go ośmieszył i przyniósł mu wstyd.

Ja patrzę na małego zupełnie inaczej, nie przez pryzmat tego, że mnie zawstydza, ale przez pryzmat tego, jak sam sobie w danej sytuacji radzi.

Kiedy tak na nas krzyczał, powiedziałam, że jak mu tak źle z nami, to mogę się wyprowadzić.

– to się wyprowadź.

Więcej nie musiał mówić. Przyjechałam. Wrzuciłam do auta moją torbę z laptopem, książkę, trochę ubrań, mały wrzucił kilka swoich rzeczy. Wyszliśmy. W aucie mały zapytał, czy już wyprowadzamy się na zawsze. Czy teraz rozwiodę się z tatą. Czy będzie miał ojczyma, a nie ojca. Powiedział, że trochę mu smutno, bo lubi tatę.

Wytłumaczyłam, że to normalne, że mu smutno, bo tatę na pewno nawet kocha, nie tylko lubi. I że tata zawsze będzie jego tatą. Powiedziałam, że nie wiem, jak to będzie. Kiedy mały mówił, że tata już mnie pewnie nie kocha, powiedziałam, że może tak jest, ale ja go kocham.

Tak naprawdę sama już nie wiem. Starałam się inwestować w to uczucie. Odebrałam z naprawy zegarek, który dałam mu w prezencie ślubnym, pomyślałam sobie, że to będzie jak otwarcie nowego rozdziału. Że rezygnuję z tego, co mnie od niego odciąga, że chcę znów czuć, że on mnie kocha tak, jak kiedyś czułam, że kocha. Że to jakiś nowy początek.

Wróciłam z auta, położyłam ten zegarek na jego laptopie z karteczką, że zegarek można naprawić, a czasu nie można cofnąć.

Smutno mi. Zawiozłam małego do mamy. Sama zeszłam do auta pod pretekstem oddzwonienia do szefowej i zabrania torby z laptopem. Z szefową porozmawiałam króciutko. Potem walczyłam sama ze sobą, żeby nie wybrać jego numeru, nie powiedzieć, że właśnie uciekam, że chcę się wyprowadzić, że się boję… Tak bardzo chciałam go usłyszeć, jednocześnie bałam się, że nie będzie mógł odebrać, albo, że mój telefon postawi go w niezręcznej sytuacji.

Siedziałam i uświadomiłam sobie, że coś jest takiego w tym moim postrzeganiu, że jego widzę najpierw, że należy do mojej wizji przyszłości, że nie umiem dać mu odejść, że potrzebuję go i jego wsparcia, jego wraz z tym wszystkim, co mi daje, ale też z tym, czego nigdy nie będzie mógł mi dać. On sprawia, że czuję się zaopiekowana, ważna, pociągająca, atrakcyjna, mądra, wspierana, że czuję się dobrze. Pomijając całą warstwę poczucia winy.

Gdybym mogła wybierać, niezależnie od jakichkolwiek czynników, to pewnie rzuciłabym wszystko i zawalczyła o to, by być z nim razem. Ale taka opcja nie wchodzi w grę, bo on jej nie chce. I chyba właśnie do tego musiałam dojść sama, do tego, że mnie nie wystarczają kwadranse w samochodzie, że nie wystarczają mi wspólne kawy, rozmowy i planowanie wyjazdów, które nigdy nie dojdą do skutku. Że ja na co dzień chciałabym mieć przy sobie kogoś troskliwego, kochającego, kogoś, dla kogo jestem atrakcyjna, ważna. A nie mogę, bo on nie może mi dać tego w takim wymiarze, w jakim tego potrzebuję. I dlatego właśnie powinnam definitywnie się z nim rozstać. Nawet może właśnie zapytać, czy będzie w stanie całkowicie wszystko rzucić, zaryzykować, a znam odpowiedź, jestem pewna, że mnie nie wybierze – więc właśnie takie postawienie pytania powinno skutecznie zadziałać, sprawić, że to on zrezygnuje, albo, że ja znajdę ostateczny argument, by zostawić tę całą relację.

Chciałabym móc czuć, że zasypiam koło faceta, którego kocham i który mnie kocha, który mnie szanuje i chce mnie uszczęśliwiać, którego ja uszczęśliwiam.

Zasypiam sama. Budzę się sama. Tęsknię. I tęsknota za kimś, kto jest krok ode mnie boli bardziej, niż za kimś, kto jest wiele kilometrów dalej.

Sama już nie wiem, którego kocham, sama nie wiem, co czuję, wiem, że coś się rozpada w moim życiu w dniu, w którym jeszcze kilka godzin temu wierzyłam w mój mały sukces i zakładałam, że zrobiłam pierwszy krok ku lepszej mnie samej.

Nie cieszy mnie ten sukces. Odmowa spotkania. To, że zamiast do niego, zadzwoniłam do przyjaciółki. Nie dało mi to poczucia satysfakcji, a sprawiło, że mam jeszcze więcej wątpliwości.

Może nikogo nie umiem kochać. A może nie umiem nazwać tych uczuć, które właśnie odczuwam. Wiem tylko, że mi źle.

Samo

Samotnie.

Samodzielnie.

Samowystarczająco.

Sama.

Smutna.

Rozmawiamy przez telefon, on pyta, jak mam zajęty czas, mówię o pracy, wizytach u lekarza, wyjeździe. Dużo tego. On stwierdza, że w takim razie będziemy rozmawiać przez telefon. A ja uświadamiam sobie, że nie mam z nim już o czym rozmawiać. Że nie chcę z nim już rozmawiać. Umawiamy się na telefon koło 13:00. Krążę po budynku, zostawiając telefon w jednym z pomieszczeń. Wracam po kwadransie. Dzwonił. Nie oddzwaniam. Wsiąkam w wir obowiązków. W rozmowie pojawił się temat mojego nowego projektu, wiem, że gdyby tylko chciał, mógłby mi w nim pomóc. Ale rzuca tylko luźną sugestię, a ja przez cały czas walczę ze sobą i każdym odruchem, by do niego zadzwonić i poprosić o pomoc. Nie chcę. Przedzieram się sama, ciężko, ale jakoś powoli wychodzę na prostą, dam radę. Bez niego dam radę.

Kiedy mówiłam o wyjeździe i wspomniałam, że trochę się boję, co z dziećmi, jak przez te kilka dni poradzą sobie beze mnie, on, z jakąś złością czy innym napięciem w głosie powiedział: „kurwa, przecież dzieciaki mają też ojca”… – nie skomentowałam tego. Ja od dawna czuję się jak samotna matka. Ciągle obok. Taki piękny tydzień złudzeń, kiedy wszystkie myśli, tęsknoty, wszystko przekierowałam na męża, każdy poranek z nastawieniem, że mam w nim wsparcie, że chcę do niego zadzwonić w drodze do pracy, rozmawiać z nim, czuć, jak mnie wspiera, zasypiać w jego ramionach.

Wszystko się rozsypało. Znów wracam do tego punktu, w którym widziałam, że on mnie kompletnie nie słucha, nie liczy się z moim zdaniem, okłamuje mnie, mówi jedno, robi drugie, działa za moimi plecami, a wszystkie złe konsekwencje jego złych decyzji spadają na mnie, odbijają się mocno i dotkliwie, moje łzy, ból, fizyczny i wewnętrzny, a najgorsze jest takie poczucie opuszczenia, niezrozumienia, nawet przez myśl mi przeszło, że poczucie zdrady, jakby przestał stać po tej samej stronie, co ja, jakby stanął przeciwko mnie.

Ja już nie mam siły. Mówię sobie, że żadnego z nich nie potrzebuję. Ale to nie jest prawda, że nie potrzebuję nikogo. Potrzebny mi ktoś, kto stanie przy mnie, wysłucha moich argumentów, przyzna rację, jeśli ją mam, albo przedstawi swoje argumenty, żeby przekonać do jego opcji. Ktoś, kto mnie po prostu obroni, ochroni, bo ja sama nie zawsze potrafię. Potrzebuję kogoś, kto zdejmie ze mnie część odpowiedzialności, wesprze w jej dźwiganiu. Ale kogoś takiego nie ma. I moje powtarzanie, że ja nikogo nie potrzebuję, to jest tylko sposób na pogodzenie się z faktami, z tym, że jestem sama.

Patrzyłam wczoraj na niego. Spóźnił się na spotkanie. Patrzyłam, kiedy siedział już w fotelu, jego twarz, włosy układające się nad oczami, każdy fragment twarzy, spojrzenie, zarys ust, to wszystko, co kocham, za czym tęsknię. Nie wiem, czy umiem bez tego żyć. Będę musiała się nauczyć. Nie chcę tak funkcjonować. Powiedziałam mu, że chcę się wyprowadzić, ale nie mam dokąd. Nie chcę wracać (bo to jak powrót) do mamy. Chcę mieć swoje miejsce na ziemi. Mój dom. Dla mnie i dzieci. Chcę mieć kota, kwiatki na parapetach, kwiaty w wazonie, Budzić się z poczuciem, że jestem u siebie. Nie wiem, jak mam to zrobić. Zacząć szukać. Przerastają mnie kwestie finansowe, nie mogę żyć z oszczędności, a wszystko się zmieniło. Trwam w tym, co jest. I nie wiem, czy to tylko kwestia finansów mnie powstrzymuje.

Kiedy było mi tak strasznie źle i samotnie, podeszło do mnie dziecko. Przytuliło. Tego potrzebowałam, ale nie może spadać tyle na takiego malucha. On też ma prawo do normalnego, spokojnego dzieciństwa. Nie może dźwigać wszystkiego. To nie on ma mnie wspierać, a ja jego. Mnie powinien wspierać ktoś inny. Ale tego nie robi i jest mi z tym źle.

Potrzebuję, tak czuję, żeby mnie przeprosił. Tęsknię za nim, ale nie umiem, może nie chcę, tak bez niczego wybaczać, odpuszczać, udawać, że nic się nie stało. Stało się i strasznie mnie zraniło. Zrobiłam rano śniadanie. Poprosiłam dziecko, by go zawołało. Przyszedł, gdy ja już skończyłam jeść. Powiedział, że kanapki były dobre. Nie umiem z nim rozmawiać. Nie chcę, by mnie przytulał, póki mnie nie przeprosi, póki nie zrozumie. I mam wrażenie, że on nie chce zrozumieć. Nie czuje potrzeby przepraszania. Że ja mu do niczego nie jestem potrzebna, moje, nasze dzieci – też nie.

Smutno mi i źle. Muszę wziąć się za projekt. Ciężko tak. Ale muszę dać radę. Sama. Samotna. Samodzielna, Samosia-Zosia,

Ze wsparciem

Taki ciężki emocjonalnie dzień, razem, cały czas razem, bałam się tej wspólnej obecności, tego, że coś pójdzie nie tak… łapałam się na tym, że czekam na ten telefon, który mógłby też być elementem wsparcia, ale telefonu nie było.

Boli mnie głowa. Chyba od ciężaru dzisiejszego dnia. W sumie usłyszeliśmy trochę dobrych wieści, ale póki ich na papierze nie zobaczę, nie będę spokojna. Mam za co dziś dziękować. I za ludzi, których Bóg postawił na naszej drodze. Wszystko mogło wyglądać inaczej.

Trzymaliśmy się za ręce, poszliśmy do kawiarni, on jadł sernik, jego ulubiony i kawa po irlandzku, kiedyś zaprosił mnie na taką, gdy po raz pierwszy odwiedziłam go w mieście, gdzie studiował. Ja piłam sok wyciśnięty z pomarańczy. Spacerem dotarliśmy na miejsce. Telefon uparcie nie dzwonił, a ja coraz mocniej czułam się wspierana przez dłoń w mojej dłoni, przez głos, który uwielbiam, patrzyłam na jego zgniecione czapką włosy, rysy twarzy, ciągle kocham tę twarz, najprzystojniejszą na świecie, lubię ciepło jego dłoni, chcę, by to on mnie wspierał. Nie książę na białym koniu, ale on, ten, który myje podłogi, zmywa patelnie i włącza zmywarkę. Wynosi śmieci i czyści łazienkę. Przynosi wodę, robi herbatę, ulubioną kawę, całuje, gdy jeszcze śpię i pyta, gdzie pocałował, kiedy później zadzwonię. Czuję, że ciągle go kocham, że ciągle się w nim zakochuję, mimo różnic, sporów, uwielbiam zasypiać wtulona w niego, lubię, jego dotyk, oddech na mnie, jego we mnie, tęsknię za nim, gdy go nie ma obok, za bliskością, rozmowami, widzę, jak wiele się zmienia. Chcę wierzyć, że to coś więcej, niż hormonalne nastawienie do świata. Że naprawdę on jest ważny i moje uczucia wciąż wybierają jego. Brak telefonu ułatwiał przekierowanie myśli i potrzeb. Chcę wytrwać, uwierzyć, że te telefony nie są mi potrzebne, kawa w samochodzie też nie.

I chcę ukraść znów trochę czasu na spacer z mężem, patrzeć, jak je ulubiony sernik, poprawiać mu włosy, być z nim.

Encore

Wciąż, jeszcze, znów…

Próbuję, staram się coś zmienić, ale i tak mam poczucie dreptania w miejscu. Nie umiem skupić się na pracy, nikomu już nie mogę ufać i żałuję, że przez moment ufałam i odważyłam się szczerze mówić.Teraz boję się, że za to też mi się dostanie. Mam poczucie, że sama pozbawiłam się tak kruchego poczucia bezpieczeństwa. Z każdej strony tak wszystko się rozsypuje. Chciałabym umieć wszystko poukładać.

Zimno mi ciągle. Nie tylko w taki uzasadniony sposób, ale marznę nawet wtedy, gdy teoretycznie nie ma ku temu powodów.

Takie wewnętrzne zimno, ogarniające i przenikające na zewnątrz.

Czuję się ciągle głodna i próbuję określić, czego tak naprawdę potrzebuję, za czym tęsknię i czego mi brakuje.

Wcale nie jest łatwo. Nie wiem, ale znów próbuję. I wciąż.

Na białym koniu

I tak sobie powtarzałam, że nie potrzebuję jego pomocy, nie potrzebuję niczyjej pomocy, nikogo nie potrzebuję. A dziś, w sytuacji mocno kryzysowej, pomyślałam natychmiast o nim, zadzwoniłam, pomógł jak błyskawica. Taki rycerz na białym koniu, co wybawia z opresji. Tylko że ja nie chciałam już być wybawianą przez niego. A może chciałam, ale nie umiałam się do tego przed sobą przyznać.

Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy on naprawdę jest tylko zręcznym manipulatorem, czy ja naprawdę coś dla niego znaczę, więcej, niż nic. Zastanawiam się też, dlaczego tam mocno utwierdzałam się w przekonaniu, że on mną manipuluje, że to, co robi, robi z wyrachowaniem, obliczone na efekt, jaki chce osiągnąć, a nie dlatego, żeby bezinteresownie sprawić mi radość, pocieszyć, rozbawić… Sama nie wiem.

Ta jego troska i pamiętanie, słuchanie – to wszystko jest bardzo miłe i sprawia, że czuję się ważna, zauważona, zaopiekowana, widoczna.

Nie umiem sobie tego poukładać. Nie zadzwoniłam do nikogo innego. Nie wiem, czy dlatego, że nikt inny nie przyszedł mi do głowy, czy dlatego, że nie ma innej osoby, na którą mogłabym w takiej sytuacji liczyć, która mogłaby mi pomóc.

Odebrałam od niego rzeczy. Kiedy podjechałam, siedział w aucie. Obok niego jego córka. Uśmiechnęłam się do niego, spojrzałam na nią, ona nie uśmiechnęła się. Nie wiem do końca, co było w jej wzroku, złość, tak mi się skojarzyło to spojrzenie. Wysiadłam z auta, świadoma tego, że on i ona będą mnie mierzyć wzrokiem z góry na dół. Tak nietypowo ubrana byłam, spodnie, kolorystycznie dobrane dodatki, całość bardzo mi się podobała, w pracy zrobiła spore wrażenie, nawet kilka osób mnie nie poznało. On podał mi rzeczy, ja podziękowałam, on powiedział „widzimy się jutro”, wsiadłam do auta i odjechałam, nie patrząc, czy oni też już odjeżdżają. Takie przykre w odbiorze było to spojrzenie jego córki, jakby oceniające. Zabrakło w nim życzliwości, choćby odrobinę, żebym nie czuła się tak mierzona wzrokiem, oceniana.

Znów mi zimno. Źle. nie chcę spotkać się z nim jutro. Potrzebuję rozmowy, z nim właśnie, potrzebuję rady. Wydawało mi się, że potrzebuję. Ale jeśli się spotkamy, na rozmowę będzie mało czasu, więc może rano zadzwonię i powiem, że musiałam wcześniej jechać do pracy, żeby uniknąć spotkania, a rozmawiać możemy przez telefon. Nie chcę, by mnie dotykał, nie chcę, by brał moją dłoń i kładł ją na swoim członku, nie chcę takiej relacji, potrzebuję go jako dobrego kumpla do wysłuchania, poradzenia, fajnie było poczuć, że przyjeżdża, gdy bardzo go potrzebuję i na nikogo innego nie mogę liczyć, ale z drugiej strony, wolałabym móc upatrywać swojego rycerza w kimś innym. A to jest coraz trudniejsze. Z każdym dniem jest mi zimniej. On zawija się w swoją kołdrę, poowijany w swetry, ciepłe spodnie, mam go dość, mam dość tego, jak mnie traktuje, zostawia z mnóstwem spraw samą, drobne rzeczy sprawiają, że płaczę, przez niego płaczę. I już nawet nie mam siły mu wykrzyczeć, co mnie złości, bo to chyba mnie już nawet nie złości, a po prostu rani. Po raz pierwszy wrażenie takie, jakbym życie dzieliła z kimś obcym. Oddalamy się od siebie coraz bardziej, chociaż wydaje mi się, że próbuję z tym walczyć, to jednak mam wrażenie, że coś bezpowrotnie znika, ostatkiem sił czuję, że to coś jest dla mnie ważne i próbuję to ratować, ale chyba nie potrafię zrobić tego skutecznie. To nie uda się, jeśli będę tylko ja próbować, a czuję, że w tych staraniach jestem sama. Nie mogę żyć u boku rycerza, on ma swoje księżniczki, swój świat, ja mam swój chaos, który próbuję ogarniać i z którym czuję się coraz bardziej sama. Przez myśl przebiega wizja, że może jednak moglibyśmy być razem, ale to bzdurna wizja, on chce być ze swoją kobietą, póki ona go nie zostawi (a cały czas mam takie wewnętrzne przeczucie czy może pragnienie, że ona to zrobi), on nie odejdzie od niej – chyba, że pozna jeszcze kogoś innego. On ma swoje dzieci, ja mój popieprzony świat, w którym nie ma dla niego miejsca, a właściwie to taki świat, w którym  – tak czuję  – on nie będzie chciał tego miejsca zająć. Czuję, że potrzebuję kogoś stanowczego, silnego, kto mnie obroni, kto pomoże walczyć, a w razie potrzeby zasłoni mnie, wesprze, jednocześnie nie umiem takiej pozycji oddać mężowi. Może dlatego, że czuję, że w niektórych kwestiach się myli, że boję się, że mu się nie uda, że to się wszystko źle skończy… Sama nie wiem, czego się tak naprawdę obawiam. I nie wiem, choć wydaje mi się, że wiem, jak naprawdę postąpiłabym, gdyby rycerz przyjechał i powiedział, że od teraz chce być ze mną bardziej. Sęk w tym, że on nie musi tak mówić, bo jest ze mną w dokładnie takim wymiarze i takiej formie, jakie najbardziej mu odpowiadają. Nie potrzebuje więcej, więc też o więcej nie prosi.

Rano będzie mi ciężko wstać. To będzie ciężki dzień. Nie wiem, co założę do pracy, musi być elegancko i jednocześnie raczej skromnie, bez kłucia w oczy, szara sukienka, perły, sweterek, tylko nie wiem jeszcze, w jakim kolorze ten sweter. Musze wstać za 6 godzin, jeśli chcę zdążyć z makijażem i prasowaniem, bo wciąż nie wiem, która szara sukienka…

Tyle we mnie lęku. Znów. Ale chyba najbardziej boję się przyznać przed sobą samą, że kiedy zestawiam męża i rycerza, to rycerz wypada o wiele lepiej i go po prostu wolę. Może tylko dziś, może tylko w tej chwili, czuję się bardziej obdarowana i zaopiekowana przez niego, niż przez męża, więcej z nim rozmawiam, on uważniej mnie słucha. I chyba tego bardzo teraz potrzebuję. Ale to zestawienie boli. I świadomość, że chciałabym żyć inaczej, a nie mogę, też jest bolesna.

Nie mogę ci pomóc

Powinnam sobie gdzieś te słowa wydrukować i powiesić. Ciężki dzień, posypało się na wielu frontach. I potrzebowałam usłyszeć cokolwiek dobrego. Wytłumaczyłam, dlaczego potrzebne mi dobre słowo, powiedziałam, co się sypie i usłyszałam: „nie mogę ci pomóc”.

Ale ja nie oczekiwałam od niego żadnej pomocy. Doskonale wiem, że nie może mi pomóc. A może jednak podświadomie takiej pomocy spodziewałam się. Cała lista sytuacji, w których chciałam, żeby mi pomógł i trochę mniejsza lista tych, w których faktycznie pomógł.

Przecież ja jestem dla niego nikim i niczego nie mogę od niego oczekiwać.

Czasem próbuję spojrzeć na wszystko z jego perspektywy – jak dobrze się ustawił.

Była żona zajmuje się dziećmi na co dzień, w razie potrzeby zajmuje się też jego matką.

Obecna kobieta jest w jego życiu obecna, nie mam pojęcia, jak sobie organizuje czas dla niej, ale jakoś pewnie to robi, skoro ciągle są razem.

I jeszcze ja. Pani na telefon. Szybkie numerki, długie i krótkie rozmowy, snucie nierealnych planów, a gdy przyjdzie co do czego – wycofuje się, bo przecież ma swoją kobietę, bo jest jeszcze była żona, matka, córki…. Nie ma w tym układzie dla mnie miejsca.

To znaczy w sumie miejsce jest, ale jest go tylko tyle, ile on chce w danym momencie zrobić.

Dziś po południu znów kryzys, migrena, kołatania, słabość ogólna, na to nałożyła się afera w pracy, za radą męża dałam się w nią wplątać, ogromnie żałuję, że nie posłuchałam własnej intuicji… Teraz już za późno. Boję się, że dwie osoby mogą stracić do mnie zaufanie, a obie są w sumie dla mnie ważne, z obiema długo pracuję i trochę boli mnie, że nie potrafią się porozumieć. Te same wydarzenia z perspektywy każdej z nich wyglądają zupełnie inaczej.

Jutro kolejny ciężki dzień przede mną, najpierw nie mogłam ustać na nogach, a teraz nie mogę zasnąć. Dużo we mnie lęku. Znów mam potrzebę uporządkowania moich relacji z Bogiem, kiedy one się prostują, mam poczucie, że wszystko inne zacznie trafiać na właściwe tory, bez nich trudno mi łapać poczucie, że jest dobrze i bezpiecznie, że się uda.

Muszę pamiętać o zakupach na sobotnią imprezę. Odwołałam spotkanie z terapeutą, bo nie dam rady być jednocześnie w trzech miejscach,  w drugie miejsce wysłałam mamę. Jakoś to będzie. Jakoś. A ja strasznie się boję.

Nie wiem, jak mam udowodnić, że nie jestem wielbłądem, że to ja jestem ofiarą w tym układzie. Że mam wszelkie objawy ofiary przemocy, że walczę z depresją, stanami lękowymi, a mój organizm buntuje się przeciw ciągłemu stresowi – mogłabym w tabelce z objawami stresu pourazowego odhaczać kolejne punkty, które mnie dopadły.

Nie mam siły czasem żeby po prostu żyć. I mimo wszystko ciągle znajduję powody, motywację, może nawet poczucie obowiązku nie pozwala zdecydować inaczej.

W całym tym chaosie on stał się jedyną osobą, z którą o tym wszystkim tak otwarcie rozmawiam. I coraz bardziej czuję, że to źle, że nie powinnam mu niczego mówić, że przecież on i tak nie może mi pomóc, a kontrast między moją sytuacją, a jego komfortowym układem sprawia, że czuję się jeszcze gorzej. Nie wiem, czy to zazdrość, że to akurat mu się udało, czy złość, że mnie nie, bezsilność, że nie umiem zmienić tej sytuacji… Mnóstwo emocji, bardzo intensywnych.

Trudno mi się skupić na pracy, na ogarnianiu domu, dzieci, na czymkolwiek.

Nawet zasnąć nie umiem, by przestać myśleć.

Jakiś czas temu śnił mi się, śniła też jego córka, mieliśmy razem gdzieś jechać, ja, moje dziecko, on jego córka, nie pamiętam dokładnie.

Zazwyczaj on śni mi się w innym kontekście, mamy się kochać (pierwszy raz z rozpędu pomyślało mi się „kochać”, a nie „pieprzyć”, choć to drugie słowo jest pewnie bardziej adekwatne), ale ciągle coś lub ktoś nam przeszkadza, nie to miejsce, albo ktoś przychodzi, albo musimy gdzieś iść…

Nawet nie wiem, czy lubię sny z nim. I nie pamiętam, czy kiedyś się udało.

To i tak nie ma znaczenia.

Jutro on ma napięty dzień. Ja też. Chciałabym umieć usunąć go z mojego życia skutecznie. Usunąć razem z poczuciem winy, tęsknotą, pragnieniami i iluzjami.

A może niewystarczająco chcę. Chciałabym naprawdę chcieć.

Po co martwić się jutrem, jeśli jutra może nie być

Słońce piękne. Telefon. Odbieram. On mówi, że ma na sobie moją ulubioną koszulę. On w biegu. Ja w biegu. Mijamy się telefonami. W końcu wykradam moment, on mówi, że kupi kawę, kiedy podjeżdżam na parking, ma w ręce dwa kubeczki, wsiada i jedziemy. Przed siebie. Parkujemy obok miejsca, gdzie nigdy nie byłam. Piękny park, ławeczki, chcę wyjść z kawą do parku, ale on wsuwa dłoń w moją bieliznę i mówi: – muszę wsadzić ci tam palec, cały weekend na to czekałem.

Nie umiem stawiać oporu. Nie chcę. On mnie dokładnie zna, wie, których słów użyć, żeby zadziałało. Po chwili wychodzimy na kawę. Pijemy ją na ławce. Zauważam, że ma piękne skarpetki w paski. A on pokazuje niebieską piętę i mówi, że to takie, by pasowały do majtek.

– Pokaż majtki – mówię, a on rozsuwa spodnie, rzeczywiście, skarpetki pasują do majtek. Śmiejemy się. On wraca do tematu wyprawy na basen i uświadamia mi, że właściwie, to tam nie da się popływać, jest jacuzzi, sauna, pyta, czy byłam kiedyś w saunie. Nie byłam. On dodaje, że dostanę wielki ręcznik, ale niczego więcej mieć nie mogę. I że to fajnie, jak bąbelki w jacuzzi masują ciało, a nie kąpielówki.

Ta informacja zmienia postać rzeczy. Nie wiem, czy jestem gotowa siedzieć z nim nago w wannie. Myślę sobie, że to się nie może udać. On znów snuje plany. Wracamy do auta, przejeżdżamy na parking obok. Stały schemat i pytanie, gdzie ma skończyć. Pytam, gdzie chce, on mówi, że we mnie to sobie zostawi na inną okazję (znów jestem całkowicie pewna, że ten tekst to część wyrachowanej manipulacji i mówienia tego, co on sądzi, że chciałabym usłyszeć). Mówię, że musi być inna okazja, bo dziś 100% trafienia, ale trzeciego dziecka chyba nie chce mieć ze mną (wcześniej mówił, że gdyby wiedział, że posiadanie dzieci jest takie fajne, to miałby ich więcej, ale teraz już za późno – dobiły mnie te jego słowa, jak za każdym razem dobijają, gdy zderzam się z porażką własnego macierzyństwa).

Skończył na moich piersiach. Sama nie wiem, czy właśnie tego chciałam. Odwiozłam go na parking. Dziś rano nie zadzwonił. Gdy wyjeżdżałam, zadzwoniłam, a on powiedział, że wczoraj na tamtym parkingu miał stłuczkę, miałam wolny kwadrans, pojechaliśmy na cmentarz. Znów tak schematycznie i powtarzalnie. Z zakończeniem w moich ustach.

Zawsze najbardziej niesamowicie jest po długiej przerwie. A potem wszystko się sypie. I posypało się. Mam wrażenie, że tracę wszystko, co mam, że to wszystko jest mi odbierane, że jestem z tego odzierana kawałek po kawałku. I uświadomiłam sobie, że najbardziej boję się utraty pracy, jakbym na wszystkie inne straty miała jakieś lekarstwo, a nie mam. Może nie rozważałam ich w kategoriach realnego zagrożenia, a utrata pracy stała się zagrożeniem realnym.

Odjechaliśmy z cmentarza, zdzwoniliśmy się jeszcze kilka razy, chciałam go umówić do okulisty, kiedy sama będę szła, ale termin późnowieczorny, nie chciał.

A ja chcę znów zniknąć. Z jego życia. Znalazłam ofertę szkolenia w miejscu i czasie, gdzie wyjeżdżam na konferencję. W ostatniej chwili skasowałam maila z tą informacją.

Nie chcę zabiegać, osaczać, chcę, jakaś część mnie chce, żeby to on coś znalazł, postarał się, zaproponował, dopiął na ostatni guzik i zrealizował. Ale jemu odpowiadają takie właśnie pięciominutowe, wykradane spotkania.

Ja, ekspert od wpędzania się w poczucie winy, i to umiem wyjaśnić tak, by samą siebie zdołować – przecież gdybym nie dawała mu tego, co chce, tak na tacy, to może postarałby się bardziej.

Wieczorem, w nocy właściwie, wychodziłam wyrzucić śmieci i tłumiąc łzy myślałam o tym, że chcę go wyrzucić z mojego życia. Ten tydzień, bez odbierania telefonów od niego, był dla mnie ciężki, ale przynajmniej jeden aspekt był dobry, brak kontaktu z nim, poczucie uczciwości wobec męża.

I niewytłumaczalna tęsknota. Sama decydowałam, że nie chcę z nim rozmawiać, a jednocześnie czekałam na każdy jego telefon tylko po to, by biczować się nieodebraniem połączenia.

Ja miałam stłuczkę na parkingu dwa dni wcześniej. To we mnie ktoś wjechał, stłuczony lewy tył. On ma potrzaskaną prawą stronę z tyłu. Mocniej, niż ja. Gorzej to wygląda i to on jest sprawcą. Jakby znów przeze mnie działy się w jego życiu wszelkie szkody – strzaskane okulary, potłuczony telefon, a teraz samochód.

Ktoś z góry wyrównuje straty za wykradany czas?

Teraz też za nim  tęsknię, durne hormony, puste łózko, perspektywa kolejnych dni w biegu, w straszliwym stresie, kilka sekund przyjemności z nim – czy te sekundy naprawdę są warte całego tego cierpienia? Czy są w stanie rekompensować poczucie winy i to, co rani i uwiera?

Nie rozumiem, dlaczego muszę wchodzić w gierki, by osiągać swoje cele, dlaczego nie mogą zadziałać słowa powiedziane wprost, czemu nie chcę czy nie mogę ich głośno wymówić?

Pytałam go o jego kobietę, bardzo ogólnie odpowiedział o jej pracy (rzecz dotyczyła naszych kontaktów służbowych), zastanawiałam się, czy ona się na mnie pogniewała, ale może teraz w jej firmie taki mają styl – nieodpisywania na maile, niedziękowania za odesłanie odpowiedzi na ich prośbę… Co ja tam wiem o pracy w firmie…

W aucie unosił się zapach jego spermy. Nie wiem, czy mechanik robiący przegląd zwrócił na to uwagę. To już też nie ma znaczenia.

Jak źle jest walczyć samemu z sobą, kiedy trudno dostrzec właściwy cel tej walki.

Samotnie

Mam ochotę uciec. Być sama. Brakuje mi miejsca tylko dla mnie, daleko od wszystkiego, co mnie męczy, z każdej strony bolało, pusto, jak brak zrozumienia, wsparcia, ciężko, na granicy chęci zanurzenia się w niebycie.

Długo wahałam się, czy zadzwonić. Kiedy w końcu to zrobiłam i powiedziałam, że dzwonię, by usłyszeć coś dobrego, usłyszałam hałas spłuczki, mówił, że musi wystawić faktury, przespać się godzinę i ruszy w trasę. Te faktury były tak pilne, że zakończył rozmowę ze mną. Zdążyłam się dowiedzieć,  że mogę zadzwonić za dwie godziny. Wahałam się. W końcu nie zadzwoniłam. Potrzebowałam usłyszeć coś dobrego. Jedno, dwa słowa, właśnie wtedy, gdy zadzwoniłam. Nie spłuczkę, nie historię faktur, ilość promili w jego krwi, po prostu coś dobrego.

Tradycyjnie, zderzyłam się z tym, że na niego nie mogę liczyć, że niczego od niego nie mogę oczekiwać. Poczucie osamotnienia strasznie męczy. Staram się posklejać. Pogodzić z tym, na co nie mam wpływu. Ciężko mi.

Walczę sama ze sobą. Nie umiem zrozumieć, dlaczego tyle miejsca przydzielam mu w moich myślach, w planach czy marzeniach, skoro mam świadomość tego, że w jego życiu nie ma na mnie miejsca, że ta relacja jest chora.

Podarł, rozerwał moje pończochy. Miałam mieszane uczucia. Lubię moje pończochy, sprawiło mi to przykrość, nie podniecało w żaden sposób to, że je rozerwał, nawet to, że kończył na mojej nodze wsunięty w rozdarcie w pończosze.

Kompletnie bez sensu.

Niewytłumaczalne

Sama siebie nie rozumiem. Tak niewytłumaczalnie katuję się zdjęciami, filmami.

W czwartek biegłam do pracy, auto, telefon od klienta, zawróciłam, przez myśl przemknęło, że on miał wrócić w środę i zadzwonić, a nie zadzwonił, wybrałam numer. Odebrał i powiedział, że ściągnął mnie myślami, bo chciał do mnie zadzwonić i poprosić, bym go zawiozła do pracy.

Tak mało minut, a ja zgodziłam się. Podjechałam, on wsiadł, a widziałam, że chciałby posiedzieć ze mną w aucie, nie było szans, poprosił w czasie jazdy, bym zatrzymała się choć na sekundę, bo chciałby skończyć na mnie. Zahamowałam i po sekundzie ruszyłam, mówiąc, że oto ma kawałek mnie – moją rękę, jechałam przez centrum miasta, on z trudem starał się zakończyć na mnie, bez mojego udziału – bo dużo zakrętów.

Zjechałam tuż przy jego pracy, gdy hamowałam, zapinał spodnie, on poszedł do pracy, ja pojechałam. Spóźniłam się. Szefowa nie była zadowolona. Ale jakoś przestałam się przejmować jej zadowoleniem.

W piątek, piątek – już nie pamiętam piątku, ale chyba nie zadzwonił, skoro się nie spotkaliśmy, jakoś tak musiało być.

Poniedziałek zaczął się od tego, że omal nie wpadłam pod auto, wbiegłam, nie mając pojęcia, skąd nagle na jezdni wzięło się tyle aut… Głupia – pomyślałam o sobie i postanowiłam, że od jutra  będę przechodzić na pasach… Może.

Potem telefony, maile, praca, łazienka… Telefon od niego. Nie odebrałam. Nie zdążyłam. Dokończyłam ubieranie, wyszłam, wsiadłam do auta i oddzwoniłam, nie odebrał, oddzwonił po chwili i szeptem zapytał, co robię, powiedziałam, że krążę po mieście, a on na to, że nie jestem w pracy, potwierdziłam. Powiedział, że jest w X, w mieście, gdzie pracuję. Bardzo starałam się nie powiedzieć, że przecież mógł mnie uprzedzić, to inaczej bym się zorganizowała, że mógł powiedzieć, to bym go zawiozła, pojechalibyśmy razem… Nie powiedziałam, coś neutralnego przemknęło mi przez usta. On powiedział, że jak wróci, to zadzwoni, ja powiedziałam, żeby zadzwonił.

Pa.

Pa.

Nie zadzwonił, a ja, głupia, znów katuję się zdjęciami, filmami, dźwiękiem jego głosu.

Nie potrzebuję. I w niewytłumaczalny sposób, jak ćma, lecę w ten ogień, co spala i niszczy. Nie rozumiem.

Plany na jutro

Leżę w łóżku, układam w głowie plany na jutro

– chcę ugotować zupę

– chcę być wierną mężowi

– chcę zagrać z małym w kórliki

Ta zupa na pierwszym miejscu, zupa zawsze kojarzy mi się z domowym obiadem, bez zupy to nie prawdziwy obiad, ale namiastka, nawet, jeśli to bardzo obfite danie.

Wiem, jakie są moje priorytety, ale i tak rozmieniam się na drobne.

Dziś już nie było tak fajnie. Najfajniejszy jest zawsze ten pierwszy raz po długiej przerwie. Długo nie umiałam zasnąć. Adrenalina, endorfiny, poczucie winy. Sama nie wiem.

Dziś, gdy jechaliśmy moim autem, odebrał telefon: „cześć kochanie….” „… ale córcia, mówiłem przecież….” – przez moment bałam się, że to kochanie odnosi się do jego kobiety. Przyciszyłam radio. Córka zadzwoniła po chwili jeszcze raz. Strasznie dołujące dla mnie. Kiedy on opowiada o swojej relacji z córką, kiedy taki jest dumny i kiedy słychać w jego głosie całą miłość, jaką obdarza córkę i radość z bycia kochanym i szanowanym przez nią – we mnie coś znów się rozsypuje. Nic mi się nie udaje. Nic mi nie wyszło. Do niczego się nie nadaję. Wszystko mnie przerasta. Przeraża. Przytłacza.

On znów śpieszy się na spotkanie, kiedy wysiada, pytam, czy zabrał telefon i przypominam sobie, jak kiedyś zostawiłam bieliznę w jego aucie. Nic dziwnego, że woli jeździć moim.

Kiedy wracałam z pracy zatrzymałam się na stacji benzynowej. Toaleta. Zdjęłam bieliznę. Potem poszłam zamówić gorącą czekoladę. Samoobsługowy automat. Nie lubię. Gdy odwróciłam się z kubkiem czekolady zauważyłam człowieka, który centralnie na przeciwko mnie, przy przeciwległej ścianie, stał z telefonem przed twarzą, jakby robił zdjęcie, Może robił zdjęcie. Może robił mi zdjęcie. Mam już chyba obsesję, że ktoś mnie śledzi, jeździ za mną, fotografuje… Spojrzałam na kubek i jakby nigdy nic wyszłam ze stacji, ale myśl o tym, że jednak ktoś śledzi przez chwilę kołatała się w głowie.

Leżąc i myśląc o planach na jutro uświadomiłam sobie, że nie chcę pisać o czymś, co mnie średnio interesuje, że może i chcę, ale nie mam czasu, a ten czas, który mam, zamiast na tym pisaniu wolę spędzić na grze w kórliki, obejrzeć serial z mężem, ugotować zupę, upiec ciasto,

Ostatnio rozmawiałyśmy o tym, że boję się przyjemności, że oddalam je od siebie. I że może moje oddalanie pisania na ostatnią chwilę to lęk przed sukcesem, lęk przed przyjemnością, jaką daje mi pisanie. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest. Dobrze wychodzą mi badania, poszukiwania, analiza, a potem, kiedy mam usiąść i pisać, czuję blokadę. A jak już piszę, to wszystko jakoś samo się układa.

Przeczytałam dziś, że zima będzie długa i mroźna. Pomyślałam, że autostradę dobrze odśnieżają, a do autostrady nie mam bardzo daleko, jakoś dojadę, dzieci też jakoś będą jeździć do szkoły. Przyzwyczaiłam się do zim bez śniegu i polubiłam je, ze względu na dalekie podróże do pracy, bez śniegu jeździ się łatwiej.

Kiedy padał dziś deszcz, przez moment miałam wrażenie, że na szybę opadają płatki śniegu.

Jestem bardzo zła na ludzi, którzy robią złe rzeczy i upubliczniają to na filmach w necie. Młody długo płakał przed zaśnięciem, bo wyświetlił mu się na YT nagłówek filmu o nastolatkach, które spaliły jeża. Płakał nad biednym jeżem, płakał i zastanawiał się, jak można coś tak wstrętnego zrobić takiemu niewinnemu stworzeniu, płakał i zastanawiał się, jak ten jeż się czuł.

Czuję się strasznie bezsilna w takich sytuacjach. Nie wiem, jak mam mu pomóc, pocieszyć, uspokoić. I jednocześnie takie chwile coraz mocniej uzmysławiają mi, że nie dam rady całe życie go chronić, że mój parasol jest za mały, nie zakryje go skutecznie.

I myślę o chłopcu zaszczutym, który odebrał sobie życie i boję się, że ktoś może tak zaszczuć moje dziecko, delikatne, wrażliwe, cudownie zastanawiające się nad życiem i jego sensem.