Złudnie

Jesteśmy w aucie we czwórkę, czuję napięcie i nadzieję, że jeszcze wszystko się ułoży, że damy radę, że w końcu wszystkim nam zależy na tym samym.

A potem równia pochyła. Nie rozumiem. Przecież całą mną czułam, że to może się udać, że jest bliżej, lepiej, że ja tego chcę.

Spotkanie ciągnie się w nieskończoność, a każda jego chwila sprawia tak ogromny ból, że w końcu nie jestem w stanie powstrzymać łez.

Wszystkim jest źle, ale dzieci najbardziej dają to odczuć. Boli, kiedy mały mówi, że szczęśliwy był daleko od domu. Chciałabym, by czuł, że może normalnie funkcjonować w domu.

Pytanie, w jakim domu… Kiedy dzieci chórem mówią „rozwiedźcie się”…

To nie jest decyzja dzieci. A ja kolejny raz zostałam odarta z nadziei, że to jest coś, co można posklejać, co może się udać.

Dopiero wiele godzin po powrocie do domu czuję, co tak najbardziej było nie tak.

Dyskredytowanie mnie. Krytyka mnie wobec dzieci.

Wiem, że nie jestem idealna, wiem, że nie zawsze udaje mi się realizować to, co bym chciała. Wiem. Tylko nie wiem, dlaczego, jeśli raz na jakiś czas coś mi nie wyjdzie, to jest to pretekstem, bym usłyszała, w obecności dzieci, że ja zawsze źle robię, że zawsze to moja wina.

Wczoraj mały miał ciężki dzień, wybiegł ze szkoły, wysłał wiadomość. Siedziałam w samochodzie z – nie wiem, jak go określić, może tak, jak sam siebie określa – przyjacielem. Podjęłam decyzję, że jadę po małego, przyjaciela miałam odwieźć po drodze, ale źle skręciłam, a on powiedział, że jednak ze mną pojedzie. Tych kilka minut razem w aucie, kiedy czułam, jak w żołądku rośnie mi jakiś supeł, a on siedział obok, po prostu był – te kilka minut było łatwiejsze do zniesienia, ze względu na jego obecność.

Układałam w głowie, co powiem małemu. Wsiadł do auta, przywitał się, odwieźliśmy przyjaciela, potem wróciliśmy do domu. Właśnie w takich chwilach najbardziej potrzebuję, żeby ktoś po prostu był, wspierał własną obecnością, nie potrzebuję rad, krytyki, ale wsparcia. I właśnie to dostałam.

Potem ja pomogłam przyjacielowi. Niewiele potrafię – w moim odczuciu – ale chociaż tyle mogłam zrobić. Ucieszył się. Było mi miło. Dla mnie to nie był żaden wysiłek czy problem, ale radość, że mogę mu pomóc, może nawet poczucie szczęścia. Sama nie wiem.

Kiedy siedzieliśmy razem w aucie, uświadomiłam sobie,  że chciałabym zabrać dzieci i dokądś wyjechać, ale nie chcę wyjeżdżać bez niego.

Nie chcę też w żaden sposób obarczać go moimi problemami. Ciągle patrzę na niego jak na istotę z innego świata, z innej strefy czasowej. Z jednej strony mam potrzebę chronienia go, opiekowania się nim, z drugiej – czuję jego troskę i opiekę.

Nie wiem, jak ma się do tego sytuacja, kiedy bałam się, że mnie skrzywdzi. Może w głowie ułożyłam już kilkanaście wersji usprawiedliwienia dla niego. A potem wyrzuciłam z pamięci całą sytuację, teraz ją odszukując, by uświadomić sobie, że nie jest idealnie. Nasze plany ciągle musimy korygować i dopasowywać – do moich dzieci i obowiązków, do jego lęków i obaw.

Chyba najtrudniej mi z tym, że we mnie tkwi tak mocna potrzeba podróżowania, że lubię nowe miejsca, nowe sytuacje, a on bardzo się ich boi. Nie zmuszam. Proponuję. Oswajam. Czekam. Wierzę, że ta najpiękniejsza podróż jest ciągle przed nami. Niekoniecznie na drugi koniec świata. Tu, gdzie jestem teraz, nie chcę zostać. Nie dziś. Nie po wczorajszym dniu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s