Krzywdę

Piękne, jesienne popołudnie, promienie słońca odbijają się w różnokolorowych liściach, bezwietrznie, ciepło. Wychodzimy z zajęć, on najpierw mówi coś o planach na popołudnie, proponuję, że go odwiozę do domu, jedziemy, on w ostatniej chwili pyta, czy mogę zaparkować dalej, przy pewnym sklepie. Mogę. Parkuję. Wysiadamy. On o coś pyta, już nie pamiętam, o co, odpowiadam coś, co miało związek z panem K. On pyta, czy zrobić mi krzywdę, ja mówię, że tak. On zaciska dłoń na mojej krtani. W pierwszej chwili pomyślałam, że zrobi to w miarę delikatnie, jak zwykle. Ale boli, straszliwie, nie wiem, co przeraża mnie bardziej, ból, niemożność złapania oddechu czy świadomość, że jedno i drugie dzieje się dlatego, że on to robi. Mijają sekundy, cieszę się, że mam na sobie bardzo ciemne okulary, duże, zasłaniają łzy spływające po policzkach. Mimo bólu zapieram się, by nie okazać, że boli, nie prosić, by przestał. Nie robię nic. On w końcu przestaje, ja udaję, że nic się nie stało, on poprawia mój kapelusz, a ja w odbiciu w szybie samochodu widzę, że kapelusz nie leży tak, jak powinien i ponownie go poprawiam. Zamykam samochód. Idziemy. A we mnie jakiś głosik krzyczy do niego „Spierdalaj z mojego życia, na zawsze, zostaw mnie i nigdy się do mnie nie zbliżaj”. Nie umiem wypuścić tego głosu na zewnątrz. Idziemy na spacer, on trzyma moją dłoń, liście opadają wirując cudownie nad ziemią. On podnosi żółciutki jak dojrzała cytryna liść klonu i mówi, że lubi zbierać liście. Ja też lubię. Opowiada, jak ostatnio znalazł w pudełku liście zebrane w zeszłym roku. Podaje mi ten żółciutki liść i mówi, że to dla mnie. Idziemy. Wokół nas dzieci na rowerach, na rolkach, ludzie z psami, samotni. Siadamy na ławce. On mówi, że jestem smutna i że chciałby coś zrobić, żeby to zmienić, ale nie umie. Słońce już osuszyło moje łzy, ale nie zdejmuję okularów. On całuje mnie, a kapelusz zsuwa się na ławkę, podchodzi do nas jakiś starszy pan, nietrzeźwy, kulturalnie się wita, życzy wszystkiego dobrego, mówi coś, że sam pamięta, jak on tak siedział z kimś na ławce, coś jeszcze mówi, żegna się, też go żegnam i życzę dobrego dnia, on odchodzi.

Wymyślam jakieś uzasadnienie dla mojego smutku, chyba wiarygodne. Wtulam się w jego rękaw, zdejmuję pajączka, który chodzi po jego bluzie – on bardzo nie lubi pająków. Siedzimy tak przez godzinę. Rozmawiamy. Wracając do auta uszkadzam but, wysokie szpilki, nie mogę w nich iść, idę boso, nie obchodzi mnie, co on na to. Żegnamy się. Przed wejściem do auta mówię mu, że mnie skrzywdził. Mówię kiedy. On mówi, że sama chciałam. Nic nie mówię, całuję go. Wsiadam. Odjeżdżam.

Wieczorem on pisze do mnie, przeprasza, mówi, że nie chciał mnie krzywdzić, że nie chce krzywdzić tych, których kocha.

Ale już nigdy nie będzie tak samo.

Boję się. I nie wiem, co z tym zrobię, bo on wciąż jest dla mnie bardzo ważny.

Żółciutki liść włożyłam do notatek. Ale doskonale wiem, że nie będzie mi przypominał o spacerze w jesiennym słońcu, lecz o jego dłoni na mojej szyi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s