Poza ramy

Nie da się zamknąć tego, co się dzieje, w żadnym schemacie, za dużo nienormalności w nas. W mnie, w nim. Co rusz się ranimy, przepraszamy, ale te zranienia w dużej mierze wynikają z nieporozumień, niewłaściwego odczytania intencji czy słów drugiej strony. Wyjaśniamy wszystko, a potem nawzajem zasypujemy się lękami, że to drugie zrezygnuje, znudzi się, odejdzie, zostawi, kiedy jedno ma doła, drugie paskudnie się czuje, wspieramy się, ale tak naprawdę poza obecnością, zapewnianiem o uczuciach i o wsparciu, żadne z nas nie może nic więcej zrobić dla drugiego, wszystko dzieje się w środku, trzeba uporządkować własne wnętrze, by nastał spokój.

Czasem zastanawiam się, czy jak usłyszę znów pytanie, skąd się znamy, nie powiedzieć, że poznaliśmy się w poczekalni do psychiatry. To nie jest prawda, ale siedzieliśmy w tej poczekalni razem. Kilka razy. Może taka informacja w jakiś sposób uzasadniłaby naszą relację, sama nie wiem.

Urwaliśmy się z zajęć. Bo miała być przerwa. Ale skończyła się wcześniej, niż myśleliśmy. Znaleźliśmy pustą salę gimnastyczną, kochaliśmy się tam w pośpiechu, zastanawiając się, czy na pewno nie ma tam kamer i czy nikt nas nie znajdzie. On wrócił na zajęcia pierwszy. Ja po dłuższej chwili, jeszcze zahaczyłam o łazienkę. Zastanawiałam się, czy tylko ja czuję, że mam na sobie, w sobie jego zapach, jego część.

Ktoś zapytał, czy jesteśmy rodziną. Trudne pytanie, bo uświadamia, że nasze zachowanie mogło na to wskazywać. Było zimno, on wyjął z plecaka swoją koszulę. Ja wyjęłam z torby colę dla niego. Poprawiłam mu błąd w notatkach, a on narysował długopisem serduszko w moim zeszycie.

Czuję się jak nastolatka.

Nie jestem nastolatką.

Uciekam od teraźniejszości, od zobowiązań, od odpowiedzialności – choć na chwilę, choć na moment zapadam się w jego spojrzenie, wszystko znika, nic się nie liczy. Choć na chwilę.

Kiedy się poznawaliśmy, miałam wrażenie, że on po prostu jest ciekaw nowej, niezobowiązującej znajomości. Ciągle podkreślał, że to tylko taka relacja na chwilę, bez angażowania się. A potem każde z nas za mocno się zaangażowało. I kiedy słyszę, jak on mówi, że przecież kiedyś kogoś pozna, że będzie chciał z tym kimś być, założyć rodzinę, być oficjalnie, formalnie – coś we mnie kruszy się i rozpada.

Jest taka część mnie, która od początku powtarzała, że to bez sensu i żebym się w to nie pakowała. Ale nie chciałam tej części słuchać.

Lubię te szalone rzeczy, które razem robimy. Staram się nie wyskakiwać przed szereg, poczekać, aż on zrobi pierwszy krok, pokaże, czego chce, coś zaproponuje. Nie wiem, czy to mi się udaje.

Zapytałam go niedawno, czy mnie kocha. Jego wzrok uciekł na ułamek sekundy. Mnie wystarczyło. Nieważne, że po tym ułamku spojrzał na mnie i powiedział kocham cię. Znów coś we mnie pokruszyło się jeszcze bardziej. Teraz mam wrażenie, że oboje udajemy. On – że mnie kocha. Ja – że w to wierzę.

Trzeba było nie zadawać pytań. Może znów nadinterpretuję, może spadał liść na maskę samochodu i dlatego on odwrócił wzrok, może zauważył wiewiórkę, nie wiem.

Może znów używamy tego samego signifiant, ale mamy w głowach inny signifié.

Ale suma drobnych zdarzeń zaznacza się coraz wyraźniejszą rysą na tym jego wyznaniu i coraz mocniej poddaje je w wątpliwość.

A ja chyba chcę udawać, że w to wierzę. Poczekać, jak on z tego wybrnie, nie ułatwiać mu niczego, nie mówić, że to ja rezygnuję z tej relacji, choć możliwe, że jakaś malutka cząstka mnie próbuje to zrobić.

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s