Żuraw i Papla

Wróciłam do domu, pełna dobrych chęci, zapału, pewnie jak każdy, kto ma nadzieję rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Ale życie znów dało mi po nosie.

Pomimo cudnych, wieczornych rozmów i poczucia, że mąż za mną tęskni tak, jak ja za nim, po powrocie poczułam się jak mebel postawiony w kącie. Co prawda wczoraj poszliśmy na rocznicową kolację (wróciłam strasznie późno do domu, Starszy przyjechał ze mną, mąż czekał na nas, zaproponował wspólne wyjście), nawet byłam zaskoczona tym, że wieczór mijał bardzo spokojnie, ale kiedy wróciliśmy do domu, Starszy poszedł spać, mąż też od razu usnął. Nie pamiętam, o czym myślałam przed zaśnięciem, ale pamiętam uczucie rozczarowania.

Dzisiejszy dzień mijał w podobnym klimacie, z mężem podnoszącym na mnie głos z byle powodu, obrażonym (bo próbowałam go przekonać, że do auta nie zmieszczę kabiny prysznicowej, mimo złożonych siedzeń), zarzucił mi, że wywalam pieniądze w błoto (prosiłam, by zapłacił za transport odpowiednim pojazdem), a wieczorem, gdy już wróciłam z zakupów do domu, znów utknął nad komputerem.

Może to jest tak, że się znów mijamy, że kiedy ja robię wszystko, by mu pokazać że jest dla mnie ważny, to on mnie totalnie ignoruje. Próbowałam mu powiedzieć, jak się czuję (niezauważana, niekochana), ale on odparł, że to na pewno dlatego musiałam jechać na tydzień nad morze. Więc o to chodziło… Gdzieś jeszcze boli go to, że pojechałam sama, choć udawał, że akceptuje mój wyjazd.

Jego obojętność jest po prostu przykra. Nie mam ochoty gotować dla niego, choć planowałam naleśniki z owocami, serkiem i bitą śmietaną, jego ulubione, też tracę ochotę na jakiekolwiek starania. Jak byłam daleko, jakoś nam się dobrze wieczorami rozmawiało. Wróciłam i czuję się jak z obcą osobą, niby jest poprawnie, ale tak neutralnie, jakby mnie nie było. Mam wrażenie, że zrobiłam z siebie kompletną idiotkę, starając się pokazać, jak mi zależy. Paradoksalnie, wcale nie przekłada się to na poczucie, że z innej miski lepiej bym się najadła. Obie miski puste, mam w życiu nowy cel – uszczęśliwianie siebie, bo uszczęśliwianie innych, choć całkiem nieźle mi wychodzi, na dłuższą metę jest męczące i unieszczęśliwia mnie samą…

Spotkałam się z koleżankami, przegadałyśmy wiele godzin, cudowny czas, złapałam się na tym, że potrafię bardzo barwnie opowiadać, kolejny raz wciągu 24 godzin usłyszałam, opowiadając o moim życiu, że powinnam napisać książkę. Może to jest element celu, jakim jest uszczęśliwianie mnie samej. Mąż uważa, że za dużo mówię, że ciągle paplam. Że niepotrzebnie rozmawiam z innymi o moich sprawach, o dzieciach. Może dlatego, że on nie rozmawia, odreagowuje potem wrzeszcząc na mnie (i na innych).

Kupiłam dla Młodszego kolorowe skarpetki, jedna w jeżyki, a druga w jabłuszka, obie w podobnej tonacji. Młodszy skakał z radości, bo uwielbia kolorowe skarpetki, dziś znów chodził w dwóch różnych. Dla męża kupiłam skarpetki w jamniki, a on powiedział, że absolutnie nie zamierza ich nosić, bo woli skarpetki jednolite, dwie takie same. Odparłam, że kompletnie pod tym względem nie pasujemy do siebie. Nawet w gustach skarpetkowych się mijamy. Pan Żuraw i Pani Papla.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s