Prztyczki

Siedzę na pustym dworcu w S.

Za sobą mam najbardziej upokarzające momenty w życiu (a przede mną może jeszcze większe upokorzenia).

Czekałam na telefon od męża, miało być tak romantycznie, ekscytująco… Skończyło się moim wyjazdem do szpitala, gdzie po tym, jak cudowna pani doktor przytuliła mnie, życząc powodzenia, trafiłam na ludzi zupełnie pozbawionych empatii, kolejny raz przekonując się, że nie można oceniać po pozorach, że doktorat z jakiejkolwiek dziedziny medycyny nie daje w żaden sposób gwarancji empatycznego traktowania pacjenta. Szacunku do pacjenta. Tego mi zabrakło. I tak, o drugiej nad ranem, wyszłam ze szpitala z poczuciem upokorzenia i nierozwiązanym problemem. Snułam się z walizką i dwiema torbami, próbując dojść do jakiegoś miejsca, gdzie będę mogła usiąść i znaleźć drogę do jakiegoś hotelu lub na dworzec. Niosłam walizkę w ręce, bo stukające kółeczka mogłyby obudzić mieszkańców, ale momentami ciężko było ją dźwigać i chwilami prowadziłam ją terkocząc prawie tak głośno, jak mewy nad moją głową (a może rybitwy, sama nie wiem).

Zaczęło padać. Usiadłam na mokrej ławce. W tym mieście nie ma hoteli, najbliższy jest 5,5 km od centrum, tyle nie byłam w stanie przejść z walizką i problemem. Wpisałam adres dworca. Kilometr. Dam radę. Wstałam i ruszyłam przed siebie, całe szczęście, że ze szpitala poszłam we właściwą stronę  (mało się nie zabijając na nierównym chodniku, bo oświetlenia wokół budynków szpitalnych brak). W pewnym momencie musiałam skręcić. Na przeciwko mnie szedł wysoki chłopak w szarej bluzie, padało coraz mocniej. Gdy mnie mijał, powiedział dobry wieczór, odpowiedziałam, a on zapytał, czy mam chusteczkę. Miałam, ryczałam przecież od dłuższego czasu (moje łzy zapewne nie robiły żadnego wrażenia na przedstawicielach służby zdrowia, którzy sprawiali wrażenie bardzo niezadowolonych z tego, że oczekuję ich pomocy i że ośmieliłam się wykazać jakąkolwiek wiedzą w tym temacie). Chłopak powiedział, że musi się wysikać i po to mu chusteczka. Zobaczył moje łzy, walizki i zapytał, czy pokłóciłam się z mężem. Zaprzeczyłam i rozpłakałam się jeszcze mocniej. Trudno mi było wytłumaczyć mu, że wyszłam właśnie ze szpitala, w którym nikogo nie obchodziło, że wychodzę w egipskie ciemności i na deszcz (a mieli świadomość, że mieszkam 700 km dalej i że jestem bez samochodu, że do szpitala przyjechałam taksówką, najdroższą taksówką w moim życiu, że mam wracać do domu autobusem), że idę na dworzec i że będę chciała jak najszybciej wrócić do domu, do męża. Chłopak uprzedził mnie, że dworzec może być zamknięty. Mimo to stwierdziłam, że pójdę w jego stronę, licząc na jakąś wiatę lub cokolwiek zadaszonego, pod czym będę mogła schronić się przed rzęsistym deszczem. Pożegnaliśmy się. Doturlałam się do dworca. Złapałam za klamkę, był zamknięty. Na szczęście niedaleko był zadaszony przystanek. Usiadłam na ławce, spojrzałam na telefon i zauważyłam, że na dworcu ktoś się kręci, przygląda się. Po dwóch minutach podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czemu tak wcześnie przychodzę na dworzec, opowiedziałam o szpitalu, w którym mnie nie przyjęli, a on odparł, że w tym szpitalu nie lubią nikogo przyjmować. Wpuścił mnie na dworzec, otworzył wejście do toalety, byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, że pomyślał o tej toalecie. Siedzę wiec teraz na dworcu, najbliższy pociąg mam za dwie godziny, jak przyjedzie na czas, to będę wracać potem autobusem razem z mężem.

Taszcząc bagaże i jeszcze cięższe upokorzenie miałam sporo czasu na przemyślenia. Jedno wiem na pewno, wszystkie te sytuacje, zwłaszcza ta najbardziej upokarzająca, są jak prztyczki Pana B., który z góry daje mi znać, że pora uporządkować moje życie, że pora uporządkować naszą relację, a na drodze do jej uporządkowania stoi pan K., stoję ja sama. Więc przyjmuję te prztyczki i w uszach rozbrzmiewają czytania z poprzedniej niedzieli: moc bowiem w słabości się doskonali.

Wiem, że w mojej słabości chcę opierać się na ramieniu męża. Wiem, że jeśli na kogokolwiek będę mogła liczyć, to tylko na niego. A on, jeśli nie będzie mógł mi pomóc, będzie po prostu przy mnie trwał. A to wystarczy, bym znalazła w sobie siłę. Bym dała radę.

Kiedy zastanawiałam się, co mam zrobić, przez myśl przeszło, by zadzwonić do pana K., był tylko 50 km dalej, może nie mógłby przyjechać, choć gdybym mu powiedziała, co się dzieje, zrozumiałby i może jednak przyjechałby. Wracając w deszczu do hotelu (najpierw szukałam całodobowej opieki medycznej w okolicy hotelu, bo zgodnie z internetowymi informacjami miała się tam znajdować, ale portier wyprowadził mnie z błędu i poinformował o najbliższym szpitalu oddalonym o 30 km), mimo tego, że było już po 22.00, wybrałam numer pana K., a on nie odebrał. Nie oddzwonił. Zadzwonił mąż, wypłakałam mu się z moją bezsilnością w słuchawkę i wróciłam do hotelu, świadoma, że muszę coś zrobić, a nie do końca wiem co i jak.

Spakowałam się, zamówiłam taksówkę, zaczęłam czytać książkę i powzięłam bardzo mocne postanowienie wyrzucenia pana K. z mojego życia na zawsze. I nie ma znaczenia ten cudowny seks, jego perlisty śmiech i umiejętność słuchania. On nie jest moim filarem, nie mogę na niego liczyć i nawet nie mam takiego prawa.

Chciałam wtulić się w męża, poczuć jego dłonie na włosach, wiedzieć, że jest przy mnie i mam prawo oczekiwać jego wsparcia w każdej chwili. Nie zadzwoniłam już do męża, pewnie myśli, że zasnęłam licząc, że problem sam się rozwiąże. Nie chcę go stresować. Muszę odwołać umówioną na dziś kosmetyczkę, zwrócić bilet na autokar, którym nie pojadę. Ale za to wieczorem będę mogła, bardzo na to liczę, zasnąć przy mężu i obudzić się przy nim w naszą kolejną rocznicę ślubu (o ile nie spędzę tej nocy w szpitalu, zbierając kolejne upokarzające sytuacje do kolekcji).

Takich prztyczków mi było trzeba, żeby móc zestawić panią doktor (z obdrapanymi paznokciami i sercem większym, niż dworzec w S., której uścisk na drogę sprawił, że byłam w stanie znieść wszystko, co stało się później) z pielęgniarką (wyglądającą jak z katalogu fartuchów, elegancko uczesaną i ubraną, za to obojętną, a wręcz okrutną w formułowanych wobec mnie uwagach), doktora nauk medycznych (zupełnie obojętnego na mój problem, ironizującego i nie widzącego w tym nic złego, odsyłającego mnie na deszcz w środku nocy) z pracownikiem dworca (który wyszedł na deszcz, by mnie zaprosić do środka i pomyślał też o otworzeniu dla mnie toalety), męża (który ciągle mnie wkurza, ale wiem, że mogę do niego zadzwonić o każdej porze i że choćbyśmy się nawzajem w różnych kwestiach rozczarowywali, będzie przy mnie trwał) z panem K. (który tej nocy stał się dla mnie zupełnie nikim).

Już wiem, po co mi była ta podróż. Żeby Pan B. mógł mnie uraczyć tymi wszystkimi wspomnieniami, pozwolić mi się pławić w tęsknocie, wyobrażeniach, a potem pozwolił mi samej zobaczyć, jak wyglądałoby moje życie, gdybym mogła liczyć tylko na pana K., na którego liczyć się nie da.

A młodszy dziś zadzwonił i trajkotał ze mną przez ponad godzinę. I wśród różnych pozytywnych informacji, które mi przekazał, jedna była jak kolejny prztyczek: założył dziś dwie różne skarpetki, jedną czerwoną, a drugą zieloną, bo już od rana czuł, że to będzie wyjątkowy dzień i że warto tę radość z wyjątkowego dnia podkreślić radosnymi skarpetkami. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten prztyczek dotyczy mojej sformułowanej na piśmie myśli, żeby moje dzieci przypominały mojego studenta. Tego od skarpetek. Piszę – mam. Młodszy też lubi wyrażać emocje skarpetkami (a może przekazałam mu w genach moją miłość do wzorzystych pończoch, która u niego przekłada się na zamiłowanie do fantazyjnych skarpet).

Za oknem leje już bardzo mocno. Rzęsisty deszcz, który zastał mnie przy dworcu, zmienił się w ogromną ulewę. Czuję, że coraz bardziej marznę. Pan z dworca zrobił obchód, pokazał, gdzie znajdę gniazdko do podłączenia laptopa. Do pociągu jeszcze prawie 90 minut. Boję się tej długiej podróży, jeśli coś będzie się dziać, mam się zgłosić na najbliższy oddział chirurgii ogólnej. Ta…. Najpierw muszę wysiąść z pociągu, a potem taki oddział zlokalizować. Choć może nawet w odwrotnej kolejności.

Nie zdążyłam kupić dla męża prezentu na rocznicę. Myślałam nad biletami na jakiś koncert, wiem, że dwa przyszłoroczne koncerty sprawiłyby mu ogromną radość, ale wolałabym to z nim uzgodnić. Nie mam dla niego żadnego drobiazgu, zakładałam, że coś kupię jeszcze przed wyjazdem, a teraz siedzę na pustym, zamkniętym dworcu, upokorzona, zawstydzona, a jednak szczęśliwa, że nie muszę siedzieć na deszczu, że Pan B. zawsze wysyła mi kogoś, kto pomoże. Wierzę, że wszyscy, których spotkałam w S. mieli dla mnie jakieś przesłanie. Kierowca taksówki uświadomił, że lepiej było nie przyjeżdżać samochodem, na miejscu trudno się jeździ, zwłaszcza nocą, koszt taksówki nie przekroczył kosztu paliwa z domu nad morze, na szczęście. Sikający chłopak jeszcze mocniej pozwolił zrozumieć, że absurdem był samotny wyjazd, uciekanie, skoro tak mocno potrzebowałam być z mężem, niecierpliwie odliczając czas do jego telefonów. Ciepła pani doktor pokazała, że można po prostu być człowiekiem, uściskać kogoś, kto tego bardzo potrzebuje, jeśli nie można mu w żaden inny sposób pomóc. Pielęgniarka pokazała, że wygląd nie czyni z nikogo profesjonalisty, a lekarz, że stopnie naukowe również. I jeszcze pracownik dworca, który kojarzy mi się z rozciągniętym swetrem (mój mąż lubi rozciągnięte swetry), z trollem o złotym sercu (bo ma takie uszy, a młodszy, jak się urodził, wyglądał właśnie jak troll). Moja ostatnia chusteczka jest zupełnie mokra. W laptopie kończy się bateria. Muszę znów do toalety, potem podłączę laptopa. coraz zimniej mi. Mąż już na pewno wstał, ale nie mam śmiałości do niego zadzwonić i opowiadać mu o wszystkim, co mnie spotkało i czego się jeszcze obawiam. Zacznę od toalety.

A, bilansu na kartce nie musiałam robić, znalazłam taki, który jakiś czas temu zrobiłam i nadal jest aktualny. Nic się nie zmieniło. Najlepszym wyjściem jest wyjście pana K. z mojego życia. Na amen.

Amen.

Edit: mój problem się rozwiązał, jakby tylko czekał, aż podejmę właściwe kroki, aż wyciągnę właściwe wnioski… Teraz waham się, czy wsiąść do pociągu, czy wrócić do hotelu… Nie wracam. Do niczego już nie powinnam wracać, jadąc do męża jadę do nowego rozdziału naszego życia. Nie wiem, jakie jeszcze spotkają mnie upokorzenia, ale te, których dziś bałam się bardzo (mając ich przedsmak) już mi nie grożą. Będzie inaczej i wierzę, że będzie lepiej, moc bowiem w słabości się doskonali, teraz rozumiem, o jakiej słabości była mowa….

4 myśli na temat “Prztyczki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s