Wietrznie

Długo nie mogłam zasnąć. Czytałam, czekając, by wziąć leki, kiedy minie odpowiednio dużo czasu po wypiciu drinka. Ku własnemu zaskoczeniu, rano wstałam bardzo wcześnie, umyłam włosy, czytałam, wysłałam wiadomość do trenera, by przypomnieć, że dziś nie będziemy na treningu, zadzwoniłam do męża i poszłam na śniadanie. To była dobra decyzja, na sali było tylko kilka osób, spokojnie zrobiłam kawę, nałożyłam jedzenie na talerz i usiadłam przy najmniejszym stoliku. Za oknem zapowiadał się słoneczny dzień, choć cały czas czułam przejmujące zimno.

Przebrałam się, spakowałam torbę i wyszłam na spacer. Wiało bardzo mocno. Szłam po kamienistej plaży, uświadamiając sobie, że jeśli się pośliznę i coś mi się stanie, albo po prostu fala zmyje mnie z kamieni, to nikt tego nawet nie zauważy. Za każdym razem zastanawiałam się, gdzie postawić stopę, by bezpiecznie przejść.  Pusto, słonecznie, wietrznie i strasznie zimno. Znalazłam miejsce, w którym rozłożyłam koc, usiadłam na nim, wyjęłam książkę i zanurzyłam się w świecie spóźnionej kochanki. Morze szumiało bardzo głośno. Skończyłam książkę i spojrzałam na niebo. Wszystkie chmurki i obłoczki układały się w jeden kształt. Złośliwość natury, wiatru albo mojej własnej wyobraźni… Po niebie przesuwały się różnych rozmiarów penisy…. Wiatr rozwiewał je i przywiewał kolejne. Skończyłam książkę. Sięgnęłam po następną. Nie wiem, jakim kluczem kierowałam się wybierając lektury na wyjazd, po „Spóźnioną kochankę” sięgnęłam przypadkiem, a jej lektura sprawiła, że mimo różnicy wieku (i jeszcze mimo paru innych różnic), odnalazłam sporo siebie w głównej bohaterce. Pomyślałam, że to znów nie jest przypadek, że ta książka i ta bohaterka chcą mi coś przekazać. Największą lekcją było zaakceptowanie samej siebie, akceptacja nieuchronnej starości i przemijania, pogodzenie się z samą sobą i korzystanie z każdej chwili życia.

Następną książką był tomik opowiadań, dziwnie mi było znów odnaleźć kawałek siebie i w obcojęzycznym tekście wpaść na polskie słowo „mamusia”, skonfrontować się z problemem, o którym wczoraj rozmawiałam z przyjaciółką.

Uciekałam od zastanawiania się, jaką jestem żoną, matką, kochanką… A moje problemy dogoniły mnie, morze szumiało, leżałam patrząc na przesuwające się po niebie penisy i od czasu do czasu miałam poczucie jakiejś budującej refleksji, nie tylko pod wpływem lektur, które, tak sądzę, wcale nie były przypadkowe, choć sięgając po każdą z nich nie miałam pojęcia o ich treści.

Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy chwilę, ale szumiące morze bardzo utrudniało rozmowę. Zmarzłam, leżąc w dżinsach i długiej bluzie, patrząc, jak ludzie w skąpych strojach kąpielowych wchodzą do morza, wiatr zerwał mój kapelusz, złapałam go, zebrałam kocyk, książkę i ruszyłam do hotelu. Przy wyjściu z plaży omal nie zostałam staranowana przez matki z dziećmi i ojców wnoszących po schodach wózki i notorycznie uderzających owymi wózkami w moje stopy. Kolejka do wyjścia z plaży. Kto by pomyślał. W torbie miałam dwa banany i wodę, zastanawiałam się, czy zatrzymać się gdzieś na obiad. Zauważyłam wolne stoliki w restauracji, w której byłam z panem K., weszłam i usiadłam przy innym stoliku, choć ten, przy którym kiedyś siedzieliśmy, był wolny. Kelnerka przyniosła mi menu. Obiegłam wzrokiem wszystkie strony. I jeszcze raz. Coś dziwnego się działo. Szukałam kurczaka po chińsku, którego jadł pan K. i nie mogłam go znaleźć. Przejrzałam menu jeszcze raz. I znów nic. Pan K. pogardliwie wypowiedział się o pomidorowej, jakoś nie mogłam jej tam zamówić, wiedząc, że będzie odbiegać od mojego ideału zupy z prawdziwych pomidorów, z listkami świeżej bazylii i prażonymi migdałami. Kelnerka podeszła do mojego stolika. Stanęło na ogórkowej i plackach ziemniaczanych. Obiad podano błyskawicznie. Jak poprzednio. Jadłam i patrzyłam, jak restauracja się zapełnia. Kilka stolików dalej siedziała kobieta, może w moim wieku, zgrabna blondynka, obok niej około 10-letnia dziewczynka i 15-letni chłopiec, który ciągle zerkał w moją stronę. Zastanawiałam się, czy może mieszkają w tym samym hotelu, co ja, albo może skądś się znamy, może chłopiec chodzi do szkoły z moim synem… Przy stoliku obok siedzieli dziadkowie z pięciolatką, pani bardzo rzeczowo zamówiła przecedzany rosół dla dziewczynki, żeby nie było żadnych warzyw. Po chwili usłyszałam, jak dziewczynka marudzi, że ona nie je z mięsem, że nie chce i nie będzie tego jadła. Jakbym słyszała starszego. Pomyślałam, że tak łatwo jest uznać, że to rozkapryszone dziecko, a nie wziąć pod uwagę wszelkich nadwrażliwości smakowych czy węchowych, że nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda.

Moja nadwrażliwość węchowa dała mocno o sobie znać przez ostatnie dni, dziś najintensywniej w zderzeniu z ludźmi wysmarowanymi kremami z filtrem. Nie znoszę ich zapachu, a krem atakował mnie na plaży, na spacerze, w restauracji, wszędzie pełno ludzi i tego specyficznego zapachu. Przypomniało mi się, jak kiedyś kupiłam krem do twarzy z serii, która bardzo mi odpowiadała (testowałam krem na noc i inne produkty), niestety, nie zwróciłam uwagi na to, że krem na dzień był kremem z filtrem, a jego zapach sprawił, że użyłam go tylko jeden raz. Wracałam powoli do hotelu, nadciągała burza. Miałam ochotę na czekoladę, ale w żadnym sklepie nie mieli mojej ulubionej. Kupiłam coś innego, wróciłam do pokoju, zrobiłam kawę, zasłoniłam zasłony i wpakowałam się do łóżka, słuchając grzmotów, wiatru i coraz mocniej uderzającego w okna deszczu.

Dostałam smsa od koleżanki. Wzruszyłam się. Jeden z moich studentów, cudowny, mądry i wrażliwy człowiek, zostawił coś dla mnie na pożegnanie. Będzie mi go bardzo brakowało. Jego podejścia do literatury i do gramatyki, bogatego zasobu słownictwa, delikatnego głosu, którym potrafił wygłaszać zdecydowane opinie, jego różnorodnych i niesamowitych skarpetek… Może przez te skarpetki dostrzegałam w nim bratnią duszę, ze względu na moje zamiłowanie do pończoch, wzorków i koronek, których poza mną (i panem K.) i tak nikt nie oglądał i nie doceniał. Jestem w tym wieku, że na moich studentów patrzę z jakąś matczyną czułością, a na niego zwłaszcza, może z jakimś poczuciem, że chciałabym, by moi chłopcy choć w części byli tacy, jak on. Taktowni, wrażliwi, spokojnie reagujący na trudne sytuacje, wytrwali w realizowaniu swoich marzeń i pogłębianiu zainteresowań.

Potrzebowałam dziś takiego pozytywnego akcentu. Od rana miałam wrażenie, że już wszystko za mną, że już na nic nie czekam, że teraz tylko mogę trwać w tym, co mnie otacza, nie oczekując niczego i przyjmując to, co życie mi przynosi. Jakbym zupełnie zapomniała, że życie może też przynosić dobre rzeczy.

Burza minęła. Skończyłam pić kawę. Zastanawiam się, dokąd przeniesie mnie kolejna książka, z jakim tematem każe mi się zmierzyć. Idę zrobić owocową herbatę, taką, jaką uwielbia Młodszy.  A potem, zgodnie z sugestią przyjaciółki, zanim sięgnę po książkę, zrobię bilans, taki na kartce, plusy i minusy, może będzie łatwiej decydować albo pogodzić się z niemożnością podjęcia decyzji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s