Piña colada i szpilki

Popołudnie rozpoczęło się deszczem. Wyszłam na spacer w bluzie i w kapeluszu, wiatr rozwiewał mi włosy. Dotarłam nad morze gdy padało. Stałam, patrzyłam na opustoszałą plażę, morze wyglądało tak, jak powinno, kolorystycznie, zapachowo, dźwiękowo – wszystko było takie, jak powinno, a może po prostu takie, jak oczekiwałam. Wracałam do hotelu długą trasą, rozłożyłam się z książką w łóżku, porozmawiałam z przyjaciółką na czacie, poszłam na kolację i tym razem usiadłam przy większym stoliku, tuż przy wejściu, mając nadzieję, że nikt się nie dosiądzie. Po kolacji nie miałam już ochoty na spacer, chciałam poczytać w ogrodzie, ale deszcz uniemożliwiał mi to. Zabrałam książkę i wyszłam do baru, zapomniałam, że jest mecz. Zamówiłam drinka, zła na siebie, że nie mogę go wypić w ogrodzie z powodu deszczu, że nie mam śmiałości zabrać go ze sobą do pokoju, że wolałabym kończyć książkę, niż oglądać mecz, bo wybieranie między Francją a Belgią przypomina wybieranie między mężem, a panem K. Siedziałam przy stoliku najbardziej oddalonym od telewizora. Panowie siedzący przede mną odwracali się co jakiś czas w moją stronę, a ja z trudem powstrzymywałam się, by wypić jednym haustem drinka udającego Piña coladę. Wysłałam mężowi zdjęcie drinka z ekranem telewizora w tle, zapytał o wynik, zdziwiłam się, że sam nie ogląda meczu, bo on też czuł wewnętrzne rozdarcie, ze względu na pro-francuskie i pro-belgijskie zainteresowania. Gdy zaczęła się przerwa z radością otworzyłam książkę. Podniosłam znad niej głowę we właściwym momencie i zobaczyłam gola Francuzów. Na wyświetlaczu telefonu pojawiła się wiadomość od męża, który wreszcie mógł do mnie zadzwonić, wyszłam z baru z ulgą. Wysokie szpilki i mokry chodnik to dość ryzykowne połączenie, zwłaszcza po alkoholu. Dałam radę. Miałam ochotę zostać w szpilkach, zdjąć wszystko inne i zadzwonić do męża. Wideo-rozmowa była tylko połowicznie wideo. On widział mnie, ja go nie widziałam. Przeszkadzało mi to. Potrzebowałam go zobaczyć, nie tylko słyszeć.

Przyjechałam z lekką walizką i bagażem problemów, które przytłaczają mnie na co dzień. Chciałam uciec. Przez trzy dni udawać, że żyję beztrosko, wdycham zapach morza, czytam książki, piję drinki, troszczę się o samą siebie. Ale ten bagaż jest niczym skorupka ślimaka, zawsze ze mną.

A wspomnienia dobijają się coraz mocniej, coraz wyraźniej. Wbijają w duszę, jak ostre szpilki. Coraz wyraźniejsze.

***

Zastanawiałam się, czy pan K. będzie chciał jeszcze się ze mną zobaczyć, mając do pokonania 50 km w jedną stronę, wścibską rodzinę na miejscu i wszelkie inne zobowiązania. Nie liczyłam na wiele, ale miałam taką nadzieję. Zadzwonił, że przyjedzie. Za godzinę. Na godzinę. Stałam nad walizką pełną pończoch i zastanawiałam się, które wybrać, czarne, białe, czarne, białe… Pamiętam, że założyłam czarne, z szeroką manszetą, pas był czarny, koronkowy. On wszedł do pokoju, prysznic, łóżko i seks, który określiłabym mianem najlepszego w życiu (ciekawe, że niemal każdy seks z nim zasługuje na taką nazwę). Pamiętam, że ku mojemu zaskoczeniu, nie rzuciliśmy się na siebie od razu, choć wiedzieliśmy, że mamy mało czasu. Taka zaskakująca delikatność, a potem pasmo orgazmów. Kiedy brał prysznic, opowiadał o ciotce mającej nadwrażliwy węch (to tak, jak ja – pomyślałam, a on zmywał z siebie wszelkie ślady naszego łóżkowego spotkania), gdy pojechał, wtulałam się w mokry ręcznik, próbując odnaleźć choć cząstkę jego zapachu. I pamiętam, że miałam kompletnie w nosie, czy ktoś widział go wchodzącego bądź wychodzącego z mojego pokoju, czy ktoś słyszał moje krzyki, liczyła się tylko każda wspólnie spędzona sekunda. A potem ta świadomość, że wpadam zupełnie w rolę kochanki. Ze wszystkimi konsekwencjami, z niemożnością zadzwonienia o dowolnej porze, niemożnością wysłania zdjęcia, nawet, jeśli przedstawiało ono tylko kawałek koronkowej manszety na moim udzie, niemożnością trzymania się za ręce na spacerze, niemożnością zasypiania i budzenia się przy nim. Nie wiem, na ile te wszystkie niemożności były dla mnie dotkliwe. Czułam się atrakcyjna, pożądana, spełniona. Ten alkohol to może jak wspomnienie tego, że chciałam pić w jego towarzystwie, ale nie było takiej możliwości. Robiłam dla niego wszystko, czego zapragnął. A teraz robię coś dla siebie.

***

Zarezerwowałam termin u kosmetyczki na czwartkowe przedpołudnie. Może fachowe dłonie poradzą sobie z moimi paznokciami, które najchętniej ukrywałabym teraz w kieszeniach bluzy.

Szukając ciekawych ofert SPA chciałam znaleźć takie, w którym nie będzie dzieci. Znalazłam. Chciałabym tam pojechać z mężem choć na dwa dni, choć na jedną noc. Może po to, by mieć wspomnienia, które zatrą smak i zapach innych wspomnień. Trzymać go za rękę, próbując utrzymać równowagę w wysokich szpilkach na nierównym chodniku, zasypiać i budzić się przy nim, pić razem francuskie wino i jeść belgijską czekoladę, kochać się z poczuciem, że jestem z właściwą osobą i na właściwym miejscu.

Tylko gdzieś na dnie duszy pozostaje obawa, że nawet, jeśli będę mieć takie wspomnienia, to one nie sprawią, że te wcześniejsze zblakną, że przestaną ranić, jak ostre szpilki. Nie da się topić wspomnień w alkoholu, bo one doskonale potrafią pływać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s