Cisza

Młodszy jest od kilku dni w szpitalu. Tym razem sam. Początek był straszny, cowieczorne rozpaczliwe telefony, płacz, maile przeniknięte lękiem i prośbami, bym go zabrała. A dziś pojechaliśmy go odwiedzić, tylko raz poprosił, bym go zabrała, a potem rozgadał się jak nakręcony. Cudowne było to, że w pewnym momencie powiedział, że gdyby miał do wyboru jechać do domu i grać na komputerze, czy zostać w szpitalu, gdzie ma nową przyjaciółkę (starszą od niego wspaniałą dziewczynkę), to wybrałby zostanie. Poznałam tę cudowną dziewczynkę o wspaniałej duszy. Podziękowałam jej za to, że tak cudnie dodała otuchy Młodszemu i że go wspiera. Mam nadzieję, że on w jakiś sposób też będzie tam dla niej wsparciem. Po dwóch godzinach wyjechaliśmy, a on nawet nas nie uściskał na do widzenia, pomachał przez okno ręką i pobiegł do dzieci.

Dom pusty bardzo bez niego. Nie umiem słuchać muzyki, na niczym się skupić, siedząc z nim dziś przy stole i słuchając jego opowieści pomyślałam, że mamy z mężem cudowne dziecko. Że Młodszy jest niesamowity. Wracałam z ulgą w sercu, że zaakceptował sytuację, że się tam jakoś odnalazł, przed nim na pewno jeszcze sporo trudnych chwil, ale byłam pełna lęku, który był zupełnie nieuzasadniony.

W międzyczasie utknęłam przy opracowaniu projektu, nie jestem w stanie się za niego zabrać, coś mnie wewnętrznie blokuje.

Pan K. nie zadzwonił w poniedziałek, we wtorek i środę też nie. Kiedy wieczorem Młodszy zadzwonił ze szpitala, ledwo go słyszałam, próbowałam przełączyć na głośnik i odkryłam, że przypadkiem, rozmawiając z Młodszym, wybrałam numer pana K. i telefon zaczął się z nim łączyć. Rozłączyłam się, pogadałam trochę z płaczącym Młodszym, a potem poszłam z mężem na zakupy. Pan K. oddzwonił po kilkunastu minutach, wyjaśniłam, że to przez pomyłkę zadzwoniłam, że Młodszy jest w szpitalu, że nie mogę rozmawiać, powiedział, że zadzwoni nazajutrz. Zadzwonił, kiedy byłam w pracy. Rozmawialiśmy długo, miałam zadzwonić w drodze powrotnej, ale wyszłam bardzo późno, jakbym zupełnie nie chciała wracać do pustego domu. W piątek pan K. znów zadzwonił. Zdzwanialiśmy się przez cały dzień, wyszłam z pracy znów późno, rozmawialiśmy. Poprosił, bym zjechała na parking, bo w trakcie jazdy ciężko się prowadzi wideorozmowę. Znów nasza rozmowa zaczęła dryfować. Długo stałam na parkingu. Nie rozmawialiśmy, on patrzył na mnie, ja na niego. Zaproponował, byśmy się spotkali, odmówiłam. Gdyby zadzwonił w poniedziałek, kiedy było mi tak strasznie ciężko i miałam ochotę rzucić wszystko i spotkać się z nim, pewnie zgodziłabym się na wszystko.

Pytał o moje plany urlopowe. Nie mam planów. Miałam spontanicznie wyjechać służbowo, bo trafiła się okazja, ale jeszcze nie wiadomo, czy wyjadę, a przede wszystkim blokowała mnie świadomość tego, że coś może dziać się z Młodszym.

Pan K. szczegółowo opisał dokąd się wybiera ze swoją mamą i z córką, kiedy, jakim transportem. A potem dodał, że gdybym była na miejscu, to mógłby się urwać na jeden dzień (w domyśle i noc), powiedzieć, że idzie pić z kolegami, bo ma z kim mamę i córkę zostawić.

Znów zawrócił mi w głowie. Tyle razy już słyszałam takie plany wspólnego wyjazdu, chodzenia po plaży, wyjścia na basen… Nigdy nic z tego nie wyszło, a ja, za każdą taką wypowiedzią, byłam gotowa wszystko rzucić i wpasować się w jego plany, byle tylko z nim pobyć.

I nie wiem, jak będzie teraz. Mocno ze sobą walczę. Wiem, że taki wyjazd będzie miał bardzo toksyczne konsekwencje. Na pewno potrzebuję wyjechać, sama, odpocząć, siedzieć nad morzem, wdychać jego zapach, czytać książki, pływać, skorzystać ze SPA, jeść pomidory, odpocząć po prostu. I nie wiem, czy w moich odpoczynkowych planach będzie dla niego miejsce.

Zastanawiałam się, dlaczego nie mam odpoczynkowych planów z mężem w tle. Nie umiem jeszcze tego rozgryźć. Może wynika to z faktu, że teoretycznie mamy dom dla siebie, dzieci nie ma (Starszy u babci), a jesteśmy daleko od siebie, on wpatrzony w swój komputer w pokoju Starszego, ja albo sprzątam, piorę, udaję, że siedzę nad projektem, a przeglądam oferty noclegów nad morzem. Nie rozmawiamy za wiele. Jakieś zdawkowo wymieniane informacje. Że trzeba łazienkę wyremontować. Przedłużyć umowę na tv, kupić pieczywo.

Mijamy się. A ja z jednej strony bardzo go potrzebuję, a z drugiej – w jakiś sposób unikam. Chcę wspólnego czasu, razem jedzonego śniadania, kolacji, czytania obok siebie, oglądania filmu, żebyśmy coś razem zrobili, dla siebie i ze sobą, ale nie do końca umiem tego zrealizować. Może za mało jego zaangażowania i chęci. Może po prostu łatwiej jest zaplanować jeden dzień, jedną noc z panem K., taką przewidywalną, beztroską wtedy, kiedy będzie trwać, niż planować wspólną resztę życia, remont łazienki, co na niedzielny obiad i jaki kolor tapet wybrać do naszej sypialni.

Wczoraj pan K. rozłączył się, żeby zadzwonić do córki, w tym czasie do mnie zadzwonił Młodszy. Pan K. nie miał siły przebicia, nie odebrałam żadnego z jego trzech telefonów. Tak lepiej. Idę do Starszego, a potem powalczę z projektem. Kiedyś muszę. Na poniedziałkowy ranek muszę go oddać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s