Rabarbar

Kiedy zaczynał się sezon na rabarbar, mój tato przynosił go z działki w ilościach hurtowych. Obowiązkowo był kompot. I jeszcze ciasto z rabarbarem.  Kiedy już wyprowadziłam się z domu, gotowałam ten kompot sama, szukałam nowych przepisów na ciasto, a moje dzieci, jak ja kiedyś, porywały długie kawałki rabarbaru, zanurzały je w miseczkach z cukrem i zjadały, zupełnie nie przejmując się kwaśnym smakiem.

Poranek spędziliśmy w poczekalni, w poradni, w aucie… Ręka młodszego w gipsie. Pojechaliśmy potem na zakupy, a on, mając w alternatywie powrót do szkoły, stwierdził, że będzie robił te zakupy ze mną, nie marudził, pomagał, nawet ta złamana ręka mu w niczym nie przeszkadzała.

Zobaczyłam rabarbar, młodszy zapytał, co to. Fakt, od śmierci mojego taty nikt nie przynosił rabarbaru, młodszy mógł zapomnieć, jak wygląda. Wytłumaczyłam, a on zapytał, czy to owoc, czy warzywo. Zaskoczył mnie tym pytaniem, odpowiedziałam, że warzywo, ale potraktujemy go jak owoc i zrobimy z niego kompot.

Wróciliśmy do domu (po drodze jeszcze biblioteka, szpital, kolejna poradnia….), ugotowałam pomidorową, mąż wrócił z pracy, starszy zamówił ryż przygotowany przez babcię wczoraj, siedliśmy razem przy stole w pokoju młodszego, dawno już nie jedliśmy we czwórkę obiadu. Młodszy stwierdził, że pomidorowa jest najlepsza na świecie, że jeszcze nigdy tak dobrej nie jadł. Poprosił o dokładkę i dzielnie sam zjadł wszystko (a złamana ręka sprawiła, że jadł nie tą ręką, co zwykle). Patrzyłam, jak jedzą, sama też zjadłam. Taki skrawek normalności. Potem poszliśmy do altanki, a młodszy do domku na drzewie. Deser. Mąż zrobił kawę, kupiłam francuskie ciastka, zdziwił się, że dla mnie też. Jedliśmy te ciastka, młodszy próbował się huśtać (już bez szaleństw, ze względu na gips), potem bawiliśmy się w domku w zgadywanki, w rysowanie (ćwiczenie drugiej ręki, bo złamaną nie wolno mu nic robić), wieczorem poszedł obejrzeć coś z mężem, kiedy ja siedziałam u starszego. Gdy skończyłam rozmawiać ze starszym, znalazłam młodszego i męża śpiących w poprzek łóżka, wyłączyłam telewizor, nie mogę zasnąć. Może przez tę popołudniową kawę.

W całej intensywności dzisiejszego dnia miło było odbierać wiadomości od męża, takie z troską i miłymi słowami. Kolejne skrawki normalności.

Kiedy wracaliśmy z młodszym od lekarza i rozmawiałam z mamą przez telefon, zadzwonił pan K. Zdziwiłam się. Bardzo długo się nie odzywał. A w poniedziałki prawie nigdy nie dzwonił, zabiegany w pracy. Wiedziałam, że wczoraj grał koncert, kilkaset kilometrów od domu, do późna w nocy. Wrócił pewnie dopiero nad ranem. Zignorowałam telefon. Po godzinie próbował dodzwonić się jeszcze raz, ale wtedy akurat rozmawiałam z mężem. Też nie oddzwoniłam. Czasem łapałam się na tym, że w myślach coś mu opowiadam, o dzieciach, o pracy, o czymś zabawnym. Siła przyzwyczajenia. Ale przyzwyczajenia też można zmienić.

Wypełniałam kwestionariusz, trafiłam na pytanie, czy jest ktoś, do kogo mogę się zwrócić w razie kłopotów. Pomyślałam o panu K. A potem było pytanie o jakąś trudną sytuację i o to, co (lub kto) w tej sytuacji było pomocne. Przypomniałam sobie sytuację sprzed prawie roku, jak strasznie było ciężko. Wszystkie moje lęki, niepewność, przerażenie, a potem odkrycie, że będę musiała się z tym zmierzyć bez niego, że on mi w żaden sposób nie pomoże. Przy mnie był mąż. Nie wiem, na ile pomagał, ale samo to, że był, było cenne. Setki przejechanych kilometrów, nieznane, długie trasy – wszystko wydawało się mniej groźne, kiedy on siedział na siedzeniu obok. I świadomość, że staliśmy razem, po tej samej stronie, bezcenna.

Nie ugotowałam jeszcze kompotu rabarbarowego. Może zrobię i kompot, i ciasto. Takie najprostsze, które potem najszybciej znika. Jutro kolejny maraton lekarski. Jak wrócimy i jeszcze będę w stanie, zabiorę się za ten kompot i ciasto.

 

 

3 myśli na temat “Rabarbar

  1. Co się dzieje na tym świecie. Mój starszy przed długim weekendem miał wypadek. Auto przejechało mu po stopach… najedliśmy się strachu. Skończyło się na siniakach i obrzękach. Martwiłam się, że gips i w ogóle. A teraz dowiaduję się, że Wy – współczuję. Trzymajcie się mocno. A ciasta rabarbarowe jadłam u sąsiadów…mniam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Chyba najtrudniejsze jest u nas to, że młody kompletnie nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, włazi ze złamaną ręką na drzewo, skacze na trampolinie, jak się odwrócę, to wymyśla kolejne przerażające zajęcia, narażając się na rozwalenie gipsu i mocniejsze uszkodzenie ręki…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s