Pustka

Od kilku dni czuję się pusto. Jedyne, co się we mnie kołacze, to jakiś lęk, troska o dzieci. Poza tym pusto. Nie umiem pisać, nie umiem znaleźć czegoś, co sprawi mi radość, bieganie i siłownia pomogły tylko na chwilę, ale wciąż jestem słaba i czuję, jak ogranicza mnie własny organizm. Uciekam od życia towarzyskiego, od ludzi, rozmów, wyjść. Nie mogę jeść. Robię małe porcje, jak zawsze, ale zjadam i tak maksymalnie połowę. Czekolada i banany też już nie smakują tak, jak kiedyś. Nie cieszy nawet to, że waga pokazuje wciąż mniej i mniej.

Jakby we mnie samej zabrakło mnie samej, tego, co mnie określa. Próbuję sama sobie odpowiedzieć, kim jestem, czego chcę, co lubię. Ale określam samą siebie wciąż przez pryzmat dzieci, tego, że jestem im potrzebna, że czuję się dobrze, kiedy z nimi jest dobrze. Jestem dla nich. I nie ma mnie już dla siebie, bo nawet, jak próbuję siebie samą odzyskać, to trudno mi odtworzyć, co lubię, co jest częścią mnie i dla mnie.

Żeby cokolwiek zjeść, zaczęłam się zastanawiać, na co mam ochotę. Pomidorowa… Nieśmiertelna. Może zwlokę się jednak i zrobię zakupy, ugotuję pomidorową. Chciałam coś słodkiego, ale nic konkretnego nie mam na myśli. Tiramisu odpada, bo z alkoholem. A bez alkoholu to już nie to samo. Lody czekoladowe. Może dlatego, że nie mam ich w domu, a gdybym miała, może też po dwóch łyżeczkach doszłabym do wniosku, że nie mam ochoty na więcej.

Książki. Moja miłość. Sięgnęłam po Miłoszewskiego, czekającego na dobry czas, wciąga od pierwszych linijek, poszłam robić obiad dla dzieci, odłożyłam książkę, nie umiem sięgnąć po nią znów, choć wiem, że wciągnie, że będzie przyjemna.

Jakbym nic nie czuła.

Tak samo jest z seksem. Mam na coś ochotę, ale w tym samym momencie zastanawiam się, czy naprawdę to jest coś, co lubię, czy tylko coś, co kojarzy mi się z panem K., nie umiem znów określić, co lubię, czego nie lubię, bo zawsze zgadzałam się na wszystkie propozycje, wmawiając sobie może podświadomie, że właśnie tak lubię, że to mój wybór, moje ulubione.

Dziwnie odkryć, że się znika. Że nie umiem samej siebie określić i opisać. 170 cm. 62 kg. Zielone oczy. Ostatnio powiedziałam komuś, że mam ciemne włosy, a potem spojrzałam na własne zdjęcie, na 2/3 długości włosy mają kolor blond, w najlepszym razie są jasnorude, ale nie takie moje, ciemnokasztanowe, jak zawsze były. Spłowiałe po farbowaniu. Lubię je takie, a może po prostu zaakceptowałam, że spłowiały i dlatego mówię, że lubię, a nie chcę ich obcinać. Na czole zauważyłam nową, głębszą zmarszczkę.

To tylko zewnętrzna ja. To, co widzą inni. Pusta w środku. Z kołaczącym w tej pustce lękiem.

Ekspert od maskowania depresji. Nawet przed sobą samą. Kiedyś myślałam, że mogę powoli przekopywać się przez różne warstwy mnie samej, przez to, co mnie chroni przed światem. Ale to jak z Prosiaczkiem, który im bardziej zaglądał do domu Puchatka, tym bardziej Puchatka tam nie było…

Takie błędne koło. Wiem, że jak ustabilizuje się sytuacja dzieci, to ja też poczuję się pewniej i znajdę siłę, żeby odnaleźć samą siebie. Ale teraz, kiedy muszę mierzyć się ze wszystkimi komplikacjami, potrzebuję siebie silnej. Jak mam zatroszczyć się o samą siebie, skoro nie potrafię określić, czego najbardziej potrzebuję…

 

2 myśli na temat “Pustka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s