I nie wódź mną na pokuszenie…

Wracam z pracy. Jadę trochę szybciej, niż można. W domu młodszy i starszy, prawie sami, bo dziadkowie zajęci swoimi sprawami. Rano młodszy płakał w słuchawkę, kiedy byłam na siłowni, że on nie chce sam być w domu, że chce ze mną. Zaproponowałam wspólną jazdę do pracy, jakoś przesiedziałby ze mną te trzy godziny, ale on wyobrażał to sobie raczej tak, że będziemy się razem bawić. Nie ma takiej możliwości. Ostatecznie zdecydował, że zostanie w domu i da radę, starszy powiedział, że będzie na niego uważał, a ja, z duszą na ramieniu, pojechałam. Rozumiem, że egzaminy gimnazjalne wymagają ciszy w szkole i pozostałe dzieci siedzą przez trzy dni w domu, ale jak wspominam własną maturę, to nie wydaje mi się, żeby szkoła w tym czasie była pusta. Pisaliśmy w jednym skrzydle i na sali gimnastycznej, ale pozostali mieli normalne lekcje (a może już nie pamiętam tak dobrze).

Jadę. Jest ciepło i słonecznie. Ciągle ktoś do mnie dzwoni. Firma, która ma przywieźć plac zabaw dla młodszego zawiadomiła mnie, że będą wcześniej. Dyrektor, koleżanki z pracy, szpitalna rejestracja, odbieram te telefony i z rozpędu odbieram też telefon pana K. Mówię, że jadę, że bardzo się spieszę, że czekam na huśtawki i że będę się huśtać, bo uwielbiam. On akurat przejeżdża koło mojego domu i mówi mi o tym. Pyta, czy znajdę kwadrans. Mówię, że absolutnie, ale (cholera wie, czemu) proponuję, że może przyjechać na kawę do altanki, tej z pelargoniami i lawendą, może popatrzeć na huśtawki (huśtania mu nie proponuję) i od razu ostrzegam, że nie mam ekspresu do kawy, więc albo rozpuszczalna, albo dobra herbata. Z góry wiem, że on odmówi, mówię to w sumie pół-żartem. A on od razu zaczyna się wycofywać, mówiąc, że przecież są dzieci. Odpowiadam, że dzieci nie przeszkadzają w piciu kawy, a ja mu proponuję siedzenie w altance i kawę właśnie. Zawsze może przywieźć ze sobą jakieś potencjalne zlecenie, cokolwiek, mogę siedzieć nad tą kawą i mu wszystko tłumaczyć. On mówi, że to nie wyjdzie, bo będzie tak trudno. Pytam, czy trudno mu będzie skupić się na kawie i czy o to chodzi. On dodaje, że kiedy siedzę obok bez majtek to on nie może się skupić na niczym. Proponuję, że będę siedzieć w dżinsach, a kiedy pada jego pytanie, czy teraz, kiedy rozmawiamy, mam na sobie majtki, mówię, że mam telefon od dzieci i że muszę odebrać. Rozłączam się, zła na samą siebie. Nie ma takiej opcji, żebyśmy znów siedzieli i pili kawę. Jasne, jest ciągle tak dużo spraw i wątpliwości, które chciałabym omówić z kimś, z kim dobrze mi się rozmawia, ale on nie daje mi takiej możliwości, bo każda rozmowa dryfuje tylko w jedną stronę. Może z przyzwyczajenia, jego i mojego. Bo nawet, jeśli wcale tego nie chcę, to i tak reaguję w sposób, w który reagowałam niemal zawsze, właśnie taki wodzący na pokuszenie i dający poczucie, że nadal jestem zainteresowana właśnie taką relacją. Nie jestem. Może podświadomie chciałam sprawdzić, czy on nadal jest zainteresowany (mimo historii ze skarpetkami w misie i przepoconą koszulką). Jest. Jemu wydaje się, że nic się nie zmieniło, a moje słowa mogły go upewnić w tym przekonaniu. Nie przyjmuje do wiadomości, nie chce przyjąć, że jedyne, co mogłabym mu zaproponować, to właśnie grzeczna rozmowa w altance, wspólne picie kawy i nic więcej. Nasze oczekiwania rozmijają się, ale on nie chce tego zauważyć, albo woli wierzyć, że jest inaczej.

W altance jem obiad z mężem, tj. on je obiad, ja – pomarańczę, nie jestem głodna, a coś muszę zjeść. Starszy wyemigrował na kilka dni do babci, młodszy je obiad w swoim domku, do którego zataszczył moją ulubioną kołdrę i wielką poduszkę, słucha muzyki i wygląda na szczęśliwego, nad miseczką zupy pomidorowej i talerzem ryżu z ulubionym sosem. Z altanki widzimy go dokładnie, on widzi nas, nie namawiamy go na jedzenie z nami przy stole, wiedząc, jaką radością jest dla niego obiad w domku. A potem huśtamy się razem. Cudnie. Huśtawka jest trochę mała, ale pan, który ją montował, testował na sobie (a ważył ponad 100 kg) i zapewnił, że huśtawka wytrzyma do 150 kg. Chyba jednak będę się rozglądać za wygodniejszym siedziskiem. Mąż w altance pije kawę. Znów mi zimno. Idę po bluzę i wracam  na huśtawkę. Wieczorem idziemy z młodszym na spacer, dziwię się, że tak pusto na placu zabaw, a on uświadamia mi, że jest już bardzo późno i dzieci poszły do domu. Fakt, czasem tracę poczucie czasu, maszerujemy pustymi uliczkami, młodszy łapie pokemony,  wracamy do domu, kolacja, łazienka, młodszy idzie spać, boli go brzuch, przytulam go i zasypiam na moment przy nim. Budzę się, kiedy słyszę, jak mąż zamyka drzwi łazienki. Przechodzę do naszego łóżka, znów straszliwie mi zimno. Dwie kołdry to mało. Wtulam się w męża, który mówi, że jemu też jakoś zimno i natychmiast zasypiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s