Niedomówienia

Jestem mocno autystyczna pod wieloma względami. Najgorsza jest chyba jednak dosłowność. Mogę analizować literaturę, rozgryzać skomplikowane metafory, interpretować, tłumaczyć… A potem zderzam się z codziennością i konfliktem między tym, co ludzie mówią, a tym, co robią. Wiem, że to moja słaba strona, więc tym bardziej staram się być czujna, zastanawiam, co mieli na myśli i gdzie jest drugie dno. Po czym znów dostaję po głowie za własną naiwność i brak czujności.

Dla mnie „przyjedź, kupię dwie kawy i pogadamy” oznacza, że będziemy pić kawę i rozmawiać. I że to on tę kawę kupi.

Moje emocjonalne wyziębienie sprawiło, że w trakcie zakupów odebrałam telefon. Może zwyciężyła ciekawość, co on powie, silniejsza, niż tęsknota za jego głosem. Wyszłam rano w pośpiechu, skupiona na ogarnianiu dzieci, nie było ciepłej wody, więc prysznic zostawiłam na później, włożyłam dżinsy, bluzkę, bluzę, na stopach miałam skarpetki, w których zazwyczaj chodzę po domu, takie pluszowe, z uszami i pyszczkiem misia. Odebrałam, odpowiedziałam na pytanie, co robię. On zaprosił na kawę. Tak mi się wydawało. Po wyjściu ze sklepu zaczęły się schody. Okazało się, że kupienie dwóch kaw na stacji benzynowej obok jego pracy jest dla niego za trudne,  „bo wszyscy go tam znają”. Jasne. A mnie wszyscy znają na drugiej stacji, na którą przyjazd zaproponował. Stanęło na tym, że to ja pojadę po dwie kawy na moją stację, cudne dziewczyny z obsługi nie zadają pytań, są przyzwyczajone do moich dziwnych zamówień, znają dzieci, wiedzą o ich gustach i problemach. Kupiłam te dwie kawy, zrzuciłam bluzę do bagażnika (termometr pokazywał 18 stopni na plusie), z bólem serca stwierdziłam, że brak porannego prysznica staje się coraz dotkliwiej wyczuwalny i z nastawieniem, że przecież będziemy pić kawę podjechałam na znajomy parking.

Piłam kawę, on opowiadał o tym, że przez tydzień nie było go w pracy (więc dlatego nie dzwonił), oglądał moje pluszowe skarpetki, w jednej ręce trzymał kubek z kawą, o drugiej ręce nie chcę pisać ani myśleć.

Jestem sama na siebie zła. Że w ogóle mogłam naiwnie pomyśleć, że z jego strony mogłabym oczekiwać po prostu zwykłego spotkania i picia kawy, niczego więcej. A może miałam nadzieję, że jak zobaczy mnie w dżinsach, nie w pończochach, w przepoconej koszulce, w skarpetkach z misiami, to już nie będzie mnie postrzegał w kategoriach kochanki.  A on siedział w moim aucie, w eleganckiej koszuli, ładnie dopasowanej, błyszczał nowymi zębami i pachniał jakimś nowym, bardzo intensywnym zapachem, kontrastując tak mocno ze mną, że czułam się coraz gorzej i coraz niezręczniej.

Powiedziałam mu, że czasem, kiedy mnie wkurza, mam ochotę wywieźć go do lasu, przypiąć kajdankami do drzewa, zostawić, albo po prostu odjechać, kiedy on na moment wysiądzie z auta, by zapiąć spodnie (zawsze wysiada), na ogół zostawia wtedy telefon w moim aucie.

Nic nie powiedział, albo coś zamruczał pod nosem, powiedziałam, że mam problem z mówieniem ludziom, że mnie wkurzają, że kiedy tak się dzieje, to ja po prostu się smucę, duszę w sobie wszystkie emocje, płaczę, jestem sobie w stanie wyobrazić, co mogłabym zrobić, ale tego nie robię, mogłabym książki pisać o tym, co chciałabym zrobić, ale nie jestem w stanie tego wcielić w życie.

On powiedział, że nie wkurza się na ludzi. Zapytałam, czy gdybym go tak zostawiła w lesie, to by się wkurzył, nie odpowiedział.

Pomyślałam sobie, że jak nie skarpetki w misie i przepocona koszulka, to może moje brednie podziałają na niego zniechęcająco. Może się wystraszy i nie wsiądzie już do auta niezrównoważonej kobiety (bo takie wrażenie mogłam sprawiać).

Nie wiem, czy się wystraszył. Wiem, że żałuję tego spotkania na kawie. Nie ma już nas pijących kawę i rozmawiających o wszystkim. Jestem ja, totalnie niedoskonała, z masą wszelkich problemów, nie radząca sobie ze sobą samą i jest on, pan idealny, szczupły, piękny, pachnący i błyszczący nowymi zębami (nie omieszkał poinformować mnie, że do zębów dopłaciła jego mama i że warte są tyle, co samochód, no, pół mojego samochodu). I kiedy wróciłam do domu, a potem mierzyłam się z kolejnymi atakami w szkole, problemami dzieci, moimi, męża, gdzieś wyobraźnia podpowiedziała obraz, że to wszystko się jakoś układa, patrzę na dzieci, one dają radę w życiu, patrzę, jak samodzielnie fruwają, i dzielę tę radość z patrzenia na ich samodzielność z kimś, kogo trzymam za rękę. Wyobraźnia postawiła tam męża. Nie ogarniam samej siebie i własnej wyobraźni.

Mam ciągle czujną opcję troski o pana K. (jak mu poszło w sądzie, bo jechał dziś na rozprawę, czy jutro ktoś go odbierze od dentysty, bo czeka go bardzo bolesny zabieg i może mieć problem z prowadzeniem samochodu…), a za każdą moją taką pełną troski o niego myślą pojawia się następna: „przecież to nie jest moja sprawa”. Pan Idealny kompletnie nie pasuje do mojego życia, do moich problemów, do mojej naiwności. Kilkanaście lat temu, w jakiejś rozmowie, mówiłam mu o tym, że ludzie komplikują sobie życie udając, że jeśli czegoś chcą, powinni o tym wprost powiedzieć, a nie czekać, aż ktoś się domyśli, bo życie jest za krótkie. Jakiś czas później on wrócił do tego mojego stwierdzenia, przypominając: „a, faktycznie, mówiłaś, że jak się czegoś od ciebie chce, to trzeba ci o tym po prostu powiedzieć”. Szkoda, że po tylu latach zapomniał, że kiedyś postanowiliśmy mówić wszystko wprost, że białe miało być zawsze białe, a picie kawy miało być tylko piciem kawy. My mieliśmy być przyjaciółmi.

Coraz mniej słów między nami. Coraz więcej niedomówień. I poczucie, że nie muszę zamykać tych drzwi, na moich oczach one same zatrzaskują się z wielkim hukiem i, ku mojemu zdziwieniu, bez większego żalu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s