Jajeczna

Moja mama, jako mała dziewczynka, mieszkała na wsi. Kury były, ale jajka były walutą, za którą można było zrobić zakupy w sklepie, więc zjedzenie jajka było ogromnym luksusem. Moja mama do dziś uwielbia jajka i może je zjadać w każdej postaci i w każdej ilości. Chyba mam to po niej. Wokół jajek narosło sporo mitów, straszenie cholesterolem, szkodliwością… A ja najlepiej się czuję, kiedy na śniadanie jem jajko, od pewnego czasu, żeby było szybciej, robię jajko sadzone, zjadam je z tostami z chleba żytniego. Zdarza mi się też gotować hurtem 10 jajek i potem na bieżąco zjadać przez kilka dni. Są jeszcze papugi. Zawsze przy gotowaniu jajek pamiętam o podzieleniu się z nimi, a kiedy kroję swoje poranne jajko na pół i one dostają połowę, w głowie zostaje myśl, że może jeszcze drugą połówkę zjem na drugie śniadanie, to chyba ciągle takie jajeczne poczucie winy, że więcej, niż jedno dziennie może zaszkodzić.

Starszy jako maluch zjadał jajecznicę, a potem nagle przestał ją akceptować. Jadł bardzo wybiórczo, ogromnym sukcesem było, kiedy po raz pierwszy zjadł trochę ugotowanego żółtka, miłość do żółtek przełożyła się na zamówienia na kanapki do szkoły: przez wiele tygodni kanapki były z rozsmarowanym, gotowanym żółtkiem i szczypiorkiem. Potem pojawiły się pasty jajeczne, na bazie żółtka, masła i papryki. Później odrobina majonezu do takiej pasty, a w końcu kilka razy udało się przemycić białko i jadł kanapki z pastą z całego jajka. Po jakimś czasie, chyba pod wpływem jakiegoś filmu, poprosił o omlet, tak naprawdę to zmiksowałam dwa jajka z odrobiną soli i wylałam na patelnię. Posypałam szczypiorkiem. Pokroiłam w paski. Zjadł. Kolejny jajeczny sukces. Teraz potrafi zjeść jajko na kanapce, białko i żółtko, ale i tak woli żółtko. Jajecznicy nie tknie, omlety mogą być, ale na słono zdecydowanie.

Za to młodszy, jak ja, zupełnie jajeczny, ulubione śniadanie to jajecznica, kiedy robię kanapki z jajkiem i na moment się odwrócę, potrafi nam wyjeść wszystkie pokrojone jajka z kanapek.

A mężowi jajka nie służą, jajecznica zwłaszcza, najczęściej kończy się problemami żołądkowymi. Gotowane jakoś łatwiej przyswaja. Ale też w niewielkich ilościach.

Dziś na śniadanie nie było jajka. Skończyły się. Przedświąteczny dramat. W lodówce nie mam ani jednego jajka. Idą Święta, te jajeczne, od pisanek i jajka w żurku. A ja nie mam ani jednego jajka. Cała nadzieja w mamie, ona zazwyczaj kupuje dla mnie całą wytłaczankę, może po południu, jeśli lepiej się poczuję, pojadę do niej po te jajka. Na Wielkanoc zawsze gotowałam jajka w łupinach cebuli, a potem wydrapywałam różne wzorki. W ubiegłym roku chyba tylko zdążyłam je w tych łupinkach ugotować, wzorków nie było. A w tym roku jest ryzyko, że wcale nie będzie jajek. A, cebuli też nie mam, więc łupinek również. Kiedyś widziałam poradnik, jak ugotować jajka zapakowane w kawałki starych, wzorzystych rajstop. Pomyślałam o manszetach moich pończoch, rewelacyjne wzorki… Ale nie odważyłam się tych jajek tak ugotować Może w przyszłym roku. Póki co, w ramach świątecznych akcentów, mam żonkile na stole, motylki przypięte do firanek i obrus w kurczaki, który uprasuję, jak tylko poczuję się lepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s