Roztargniona

Poranek obudził ciszą, poczuciem, że nic nie muszę (taka poranna ułuda, ale jakże przyjemna) i paskudnym bólem gardła. Mam i ja. Zwlokłam się do apteczki po coś na gardło. Zaczęłam robić śniadanie. Pseudo-kawa latte (nie mam ekspresu, robię kawę oddzielnie, potem wlewam ją do kubka z ciepłym, spienionym mlekiem), dwie kromki żytniego chleba, twarożek i jajko. Mleko podgrzewam w kuchence mikrofalowej. Włączyłam kuchenkę, wyszłam do łazienki. Wróciłam i ze zdziwieniem zauważyłam kubek z mlekiem na blacie. Otworzyłam kuchenkę. Na talerzyku leżały moje kromki żytniego chleba. Po minucie w mikrofalówce przedstawiały się dość nieciekawie (brzegi spieczone i chrupiące, środek po prostu mokry). Przez moment zastanawiałam się, jak to możliwe, że nie wstawiłam do kuchenki mleka, lecz talerz z chlebem. Dobrze, że tych kromek jeszcze nie zdążyłam niczym posmarować.

Za każdym razem, kiedy obieram ugotowane jajko, myślę, że może jednak nie zjem całego, może zostawię pół papugom. Ukroiłam cztery plasterki, więcej nie zmieściło się na kanapkach, 1/3 jajka została dla papug. Swoją drogą, wciąż mnie to zaskakuje, że jestem w stanie po prostu najeść się do syta tymi dwoma kromkami i jajkiem, a jeszcze rok temu to by była zaledwie połowa mojego śniadania.

Dzieci jeszcze śpią. Powinnam wypisać kartki, pójść na pocztę (wiem, późno, ale ciągle coś…) i po pieczywo dla dzieci.

Pan K. już dzwonił, kilka minut po ósmej. Trzymałam akurat telefon w ręce. Nie odebrałam. Długo dzwonił. Przez ułamek sekundy chciałam wysłać mu wiadomość, że nie mogę rozmawiać, bo straciłam głos. Ale to nie do końca tak. Jeszcze pojawiła się wersja z wiadomością „nie dzwoń do mnie więcej”, ale czuję wewnętrzny opór wobec wiadomości, wiedząc, że wiele lat temu, na początku naszej znajomości, on powiedział „żadnych wiadomości”, a maile wysyłaliśmy sobie z utworzonych w tym celu dziwnych adresów mailowych. Kiedy z nim zrywałam (pierwszy raz…), powiedziałam, że już nie będę pisać i że może usunąć ten adres. Chyba go usunął. Nigdy się nie podpisywał w tych mailach, ja też nie, chyba tylko raz użył mojego imienia w wołaczu, zdrobniale, albo tylko tak mi się wydawało. Żeby było neutralnie, nie do udowodnienia… Był wtedy na etapie rozwodu i może dobrze przerobił temat, ukrywając przed żoną kontakty z nową partnerką. Pamiętam pierwszą wiadomość sms, jaką dostałam od niego. To były początki naszej znajomości, jeszcze nic się między nami nie zadziało, może tylko jakieś napięcie i poczucie, że tak dobrze nam się ze sobą rozmawia. Wiadomość dostałam w środku nocy, on napisał, że tak bardzo chciałby, żebym teraz przy nim była, że dużo wypił i żebym skasowała tę wiadomość (jakoś tak, bo nie pamiętam jej dokładnie i oczywiście skasowałam ją natychmiast po przeczytaniu). Potem chyba był jakiś sms z zapytaniem o imię mojego teścia (bo akurat był na oficjalnej uroczystości, na której odznaczano zasłużone dla miasta osoby, ale chodziło o brata teścia). Ostatni sms to krótki komunikat z czasów, kiedy przestałam odbierać jego telefony, poprosiłam go wcześniej o zdobycie ważnej dla mnie informacji (nazwisko osoby prowadzącej sprawę, która mnie dotyczyła), on miał się tym zająć od razu, przez tydzień nie dowiedział się niczego, a ja sama, po kilku dniach, znalazłam potrzebną informację. Ponieważ nie odbierałam, przysłał nazwisko osoby smsem. Odesłałam krótkie „dziękuję”.

Nie mam pojęcia, jak to jest, zaczynam pisać o śniadaniu, o moim roztargnieniu, o czymkolwiek, a każdy temat prowadzi do tego, że znów piszę o nim. Jego obecność w moim życiu jest tak silna, że nawet nieodbieranie telefonów niewiele zmienia.

Wczorajsza uroczystość była piękna. Chyba nie wyglądałam najgorzej, skoro pewien Ważny Pan, którego poznałam miesiąc temu przy podobnej okazji, podszedł się przywitać jak ze starą znajomą i pytał o moją obecność na koncercie, który współprowadził. Nie byłam. Żałuję. Ważny Pan to człowiek z klasą, coraz mniej dziś takich ludzi. Przepięknie opowiada, po francusku mówi ze wspaniałym akcentem, bardzo przyjemnie się go słucha, jak człowieka z innej epoki. Zajęłam przeznaczone dla mnie miejsce, odczytując na wizytówkach, kto będzie siedział obok. W rzędzie za mną bliski kolega pana K. Poznałam go na podobnej uroczystości dwa lata temu, współpracowaliśmy wtedy, przeszliśmy na ty, dobrze nam się rozmawiało, w tej samej ekipie był pewien VIP, w rozmowie okazało się, że znam pana K., czym obaj byli bardzo zaskoczeni. Bliski kolega podszedł, szukając swojego miejsca, do mnie zagadała jakaś pani, pomachałam tylko koledze, witając się z daleka, nie rozmawialiśmy ze sobą, kolega wyszedł po najważniejszej części uroczystości, która dotyczyła VIP-a. Kiedy VIP witał się ze mną, ujął moją rękę w obie dłonie, dla mnie to niezbyt zręczna sytuacja, nie lubię dotyku innych ludzi, mam problem, kiedy mam się witać lub żegnać z kobietami, przywykłymi do całowania się w takich sytuacjach, wolę po prostu uścisk dłoni, jeśli już. Ta moja dłoń w jego dłoniach na moment zaburzyła moje poczucie bezpieczeństwa. Lubię VIP-a, jest ciepłym, sympatycznym i kompetentnym człowiekiem, ale zaskoczyło mnie takie powitanie. Potem podeszłam do niego jeszcze raz, pogratulować. Znów moja dłoń w jego dłoniach, ale tym razem już byłam na to przygotowana. Po uroczystości podeszłam się pożegnać, ale on zaprosił mnie na obiad. Poprzednim razem odmówiłam (to było przy podpisywaniu międzynarodowej umowy, on był gospodarzem spotkania, z zaskoczenia, bo nikt nie uprzedził go, że wydarzenie odbędzie się u niego, a mnie, jako reprezentantowi jednej ze stron, nikt nie przekazał, że on nie ma o tym pojęcia, przyjechałam z dokumentami, zagraniczni goście podpisali papiery, pamiętam, jak VIP w popłochu sprzątał swoje biurko, żeby goście mieli gdzie te papiery podpisać, ktoś robił zdjęcia, jak zorientowałam się w całej sytuacji, bardzo podziękowałam za zaproszenie na obiad i pod jakimś pretekstem odmówiłam). Tym razem, zupełnie zaskoczona, zgodziłam się. Zapytał, czy wiem, jak dojechać do restauracji, czy mam transport. Jedna z koleżanek zaproponowała, że mnie zabierze. Czas minął bardzo szybko. Uwielbiam adrenalinę tłumaczenia konsekutywnego, nie jestem osobą, na którą zwraca się uwagę przy pierwszym poznaniu, nie odzywam się, kiedy nie mam niczego ważnego do powiedzenia, dopiero w takich sytuacjach niektórzy mnie zauważają. Obiad był rewelacyjny, na wszystkich gościach zrobił ogromne wrażenie. VIP oprowadził nas jeszcze po okolicy, przy kolejnej zmianie przy stole usiedliśmy obok siebie, dobrze się nam rozmawiało, potrzebne mi było może właśnie takie oderwanie się od codzienności, skupienie na tym, co tu i teraz, tak konieczne przy tłumaczeniu, rozmowa o banalnych sprawach, historii miasta, turystycznych i kulinarnych atrakcjach. Patrzyłam na VIP-a, trochę młodszy od pana K., trochę starszy ode mnie. Doskonale odnajduje się w swojej roli, ma taką łatwość rozmawiania z ludźmi, do tego wspaniale dogaduje się po angielsku, nie przejmując się, że czasem brakuje mu jakiegoś słowa. Siłą rzeczy, porównuję z panem K., który od lat narzeka, że ten angielski to jego słaba strona, ale nic nie robi, by to zmienić, wmawiając sobie, że nie ma zdolności do języków.

Ludzie z pracy do mnie dzwonią. Pytają o sytuację. Każdy się boi, co dalej. Chciałabym móc ich uspokoić. Podaję optymistyczną wersję, ale dodaję, że trzeba realistycznie patrzeć na całą sytuację, daję wskazówki, co mogą zrobić przez najbliższe lata, żeby się jakoś przygotować na zmiany, tłumaczę, wyjaśniam, jakoś będzie.

Wczorajszy mój udział w uroczystości dał mi też sporo do myślenia. Nie dyrektoruję już. Zostałam zaproszona może ze względu na wieloletnią współpracę, na sympatię, może na prośbę koleżanki, która współpracuje przy organizacji całej imprezy. Nie wiem, ale ta uroczystość od lat jest wpisana w mój kalendarz, spotkania stały się tradycją, dla mnie bardzo istotną. Jednocześnie tego samego dnia, po południu, odbywała się inna uroczystość, organizowana przez instytucję, której obecni szefowie przez kilka lat byli moimi pracownikami. Nie zaprosili nikogo od nas. Rozumiem, że są  skonfliktowani z naszymi obecnymi władzami, ale to trochę jak przekreślenie wielu lat współpracy. Gdy pracowali u mnie, zawsze dopasowywaliśmy sprawy organizacyjne do ich kalendarza, podkreślaliśmy ważność ich zdania w istotnych dla instytucji sprawach. Teraz rozstajemy się w mało przyjaznym klimacie (dobrze, że to nie do mnie należy wypowiadanie im umowy), całość budzi niesmak.

Myśli o panu K. krążyły przy mnie wieczorem. Nie mogłam zasnąć. Może po latte wypitej po tym rewelacyjnym obiedzie. Była bardzo mocna. Zastanawiałam się, jak długo on będzie dzwonił, jak długo ja nie będę odbierać. Przeraziła mnie myśl, że on mógłby po prostu przyjechać do mnie, stanąć w moich drzwiach, pod pretekstem, że przywiózł zlecenie, że potrzebuje mojej pracy, cokolwiek, stanąłby w drzwiach i sama nie wiem, co dalej. Chyba bezpieczniej mi z myślą, że jedyny akceptowany przez niego układ to nasze samochodowe spotkania. Nie ma żadnego dalej. Każde z nas ma swoje życie, a moje byłoby łatwiejsze, gdyby jego w nim nie było. Łatwiej jest nie odebrać telefonu, niż powiedzieć „nie dzwoń więcej” i usłyszeć „ok, jak chcesz”. Może właśnie o to chodzi. Przerwał mi, kiedy chciałam powiedzieć, że to koniec. Gdyby te słowa wybrzmiały eksplicytnie, miałabym poczucie, że podjęłam decyzję, ponoszę jej konsekwencje, mogłabym przyjąć cały ból wynikający z takiej decyzji. A tak, trochę jednak w zawieszeniu, jakbym sama sobie zostawiła furtkę, by za jakiś czas, gdy nie wytrzymam, odebrać i powiedzieć: „nie mogłam odebrać, byłam zajęta, nie mogłam oddzwonić”. Boję się siebie samej, własnej słabości i niekonsekwencji.

Dostałam wczoraj książkę mojej koleżanki. Marchewka. To znaczy, że jak ogarnę dom, kartki, zakupy, zakopię się w łóżku, z herbatą w kubku termicznym i z tą książką. Bardzo jestem jej ciekawa. Dla mnie to też taki impuls, przypomnienie, że marzenia się spełniają, jeśli tylko człowiek weźmie się do roboty i zacznie je realizować.

2 myśli na temat “Roztargniona

  1. Jestem z Ciebie dumna za to nieodbieranie! Chociaż, jak sama piszesz, byłoby lepiej powiedzieć szczerze, że nie chcesz żeby więcej dzwonił. Zawsze możesz się rozłączyć, kiedy on Ci przerwie albo nie będzie słuchał.
    No i na pewno dobrze Ci zrobił i ten obiad, i cała impreza. Zobaczysz szybko, że świat nie ogranicza się do męża i pana K., jest na nim dużo wartościowych ludzi 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Strasznie trudno jest mi gdziekolwiek wyjść, zawsze zostaję z poczuciem winy, że nie ma mnie z dziećmi. Ale takie spotkania są bardzo potrzebne i budujące, mimo mojego aspołecznego nastawienia do świata. Chyba teraz jestem na etapie robienia czegoś po prostu dla siebie, nie dla męża, nie dla pana K., nawet nie dla dzieci, ale robienia czegoś, co po prostu sprawia mi radość, dzięki czemu czuję się lepiej, rośnie moja wiara w samą siebie, własną wiedzę i umiejętności. Pogodziłam się z tym, że nie ucieknę od porównań, że wszystko będzie mi się kojarzyć, że mamy wielu wspólnych znajomych, że nie ma w mieście i okolicy miejsca, które nie budziłoby skojarzeń, ale przyjmuję to, przyjmuję te skojarzenia, wspomnienia, nie zmienię przeszłości, mogę się tylko do tych wspomnień czy skojarzeń uśmiechnąć i pójść dalej.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s