Raport z pola bitwy

Walczę. Poranna walka o wyjście do szkoły. Poszli. Obaj. Każdy coś. Każdemu źle. Każdy odlicza dni do ferii. Ja też. Zawiozłam. Zadzwoniłam do mamy, by podać, który kiedy do niej idzie. W czasie rozmowy z mamą zadzwonił pan K. Rozłączył się po pierwszym sygnale. Mąż też dzwonił. Po rozmowie z mamą oddzwoniłam do męża. Raport z poranka.

Walka z drukarką i komputerem. Wróciłam do domu, by wydrukować pisma do sądu. Kiedy drukowałam, zadzwonił pan K. Tak trudno nie odebrać telefonu od niego.

Walka z wewnętrznym głosikiem, argumentującym, że przecież odebranie telefonu jeszcze o niczym nie świadczy. Nie wiem, ile jeszcze razy potem dzwonił. Dwa, może trzy. Kasowałam każde połączenie, by nie zaglądać, nie liczyć, ile razy.

Po drodze do lekarza oddałam dokumenty w sądzie. Pani doktor siedziała w gabinecie sama, robiła na drutach. Rozbroiła mnie tym. Bardzo bałam się tej wizyty, zawsze tak mam, kiedy idę do nowego lekarza. Trafiłam na ciepłą, serdeczną osobę. Porozmawiała, zbadała, zrobiła USG. Niby jest ok, ale nie do końca. Póki co, nie mam czasu zastanawiać się nad tym, na co nie mam wpływu. Za trzy tygodnie będą wyniki badań. Zadzwonię. A gdyby pojawił się ból, mam przyjść. Trochę muszę ponegocjować z tym bólem, niech się pojawi we wtorek lub w czwartek i to o takiej porze, kiedy pani doktor przyjmuje… W połowie drogi mocno zabolało. Przez ułamek sekundy chciałam zadzwonić i zapytać, czy mam wrócić, ale skoro kilka minut wcześniej mnie badała, to nie sądzę, by nagle zobaczyła coś więcej.

Walczę. Sama ze sobą. Za moment mam jechać do pracy. Robię bilans zysków i strat. Czy cokolwiek zyskam tym, że postawię się szefowej? To nawet nie chodzi o postawienie się jej. Chodzi o zagłosowanie w zgodzie z własnym sumieniem.

O takich dylematach zawsze rozmawiałam z panem K. Często pomagało. Inny punkt widzenia, sensowne argumenty, czasem coś, na co ja sama nie wpadłabym. Dziś muszę zmierzyć się z tym sama i boję się jeszcze bardziej, niż wizyty u nowego lekarza.

Oglądałam i przymierzałam stare sukienki. Weszłam w spódnicę, którą kupiłam przed ślubem albo tuż po, była wtedy mocno obcisła, ale tak piękna, że ją kupiłam. Chodziłam w niej trochę. Ma ponad 15 lat, a nada świetnie wygląda. Włożyłam ją dziś i zapięłam w talii bez większego wysiłku, jednak fałdki zbierające się tuż nad talią sprawiły, że zrezygnowałam z dzisiejszego pójścia w niej. Potem założyłam czarną, krótką sukienkę. Byłam w niej w jednym z najważniejszych dni w moim życiu. Dekolt odsłaniał plaster przykrywający ślady po wkłuciu centralnym. Wtedy też bardzo się bałam, ale miałam wokół siebie wiele wspierających osób.

Męża wtedy ze mną nie było. Był z młodszym, maleńkim wtedy. Mama była ze starszym. A z panem K. nie utrzymywałam wtedy kontaktów. Spotkaliśmy się chyba kilka miesięcy po tym wydarzeniu, w parku, on szedł z kimś, kiedy mnie zauważył, zostawił kolegów, podszedł się przywitać, w skrócie powiedziałam o Ważnym Dniu, który miałam już za sobą, o szpitalu, kurczę, jak to możliwe, że wtedy się nie kontaktowaliśmy. Przecież jak trafiłam do szpitala w naszym mieście, był u mnie, jadłam ten paskudnie słodki deser. A potem, kiedy zmieniłam szpital, może to zbiegło się z początkiem wakacji, wyjazdami, jeszcze później Wielki Dzień, potem namiastka normalnego życia, zmiany w pracy, kolejny szpital i inny poziom życia. A potem spotkanie w parku. Telefon. Następny.

Da capo…

Znów, wychodząc od zupełnie innego tematu, moje myśli-dywersantki podryfowały w jego stronę.

Umyłam ostatnie okno, powiesiłam nowe firanki, przypięłam plastikowe kurczaczki. Zapełniam myśli czymkolwiek, by uciec od lęku przed konfrontacją. Tak bardzo nie chcę być dziś w pracy. Tak bardzo się boję. Może tym bardziej, że szefowa ma świadomość moich lęków, tego, że jestem cichą osobą, która ustępuje w milczeniu, rozpłacze się w samotności, ale nie zawalczy głośno o swoje. A dziś, mimo lęku, mam taką mocną potrzebę zawalczenia.

Może trzeba po prostu prowadzić wojnę szarpaną, z zaskoczenia, po kawałku, pokonywać najpierw malutkie słabości, eliminować je jedna po drugiej, może taka strategia kolejnych bitew gwarantuje wygranie wojny.

Ciągle nie umiem sobie siebie wyobrazić w innej pracy. Pamiętam, jak zaczynałam. Z nadzieją, szczęściem, przekonana, że robię to, o czym zawsze marzyłam. Bardziej od wykonywania takiej pracy marzyłam tylko o zostaniu pisarką.

Nie wiem, co tak naprawdę zyskam, głosując zgodnie z wewnętrznym głosem. Wewnętrzny spokój? Na jak długo, skoro zaćmi go lęk przed utratą pracy, obawa, że szefowa mnie „znielubi”?

Zimno mi okropnie. Przede wszystkim z tego lęku i stresu. Muszę zdjąć tę czarną sukienkę. Ma na udzie rozcięcie bardzo wysokie, widać manszetę pończochy w motyle. Widać nawet kawałek uda. Nie wiem, obok kogo będę dziś siedzieć, ale moje motyle na pończochach są dla mnie i dla nikogo więcej.

Jakoś będzie. Zawsze jest jakoś. To tylko bitwa, ale ja mam wrażenie, że po niej już nic nie będzie takie samo. Że to równia pochyła i że za dwa lata zostanę bez pracy. Moja umiejętność robienia cudownych tabelek i znajomość przepisów nie będą już żadnym argumentem.

 

 

4 myśli na temat “Raport z pola bitwy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s