Stałe są tylko zmiany

Karmiłam się nadzieją, że wszystko się poukłada, że jest lepiej, że coś się zmieniło, że spędzamy więcej czasu razem, że reanimujemy wspólnie to, co kiedyś nas łączyło, że obojgu nam na tym zależy, że chcemy, by było nam dobrze ze sobą.

Czekałam na wspólny wieczór, na takie bycie ze sobą, dla siebie, nad herbatą, przy serialu, jakiekolwiek, byle wspólne. Nie doczekałam się. Kiedy młodszy usnął, odkryłam, że mąż też śpi. Nastawił budzik, który zadzwonił, nim zasnęłam. Wyłączyłam go i poprosiłam, by, jak wstanie, wrócił do mnie jak najszybciej. Wstał, coraz bardziej chciało mi się spać. Zjadł kolację i usiadł przed laptopem. Walczyłam z opadającymi powiekami, chciałam choć zasnąć ze świadomością, że jest przy mnie, dla mnie. Po kolejnym kwadransie jego gapienia się w ekran przykryłam głowę kołdrą i natychmiast zasnęłam. Nie pamiętam, kiedy poszedł spać.

Zrobiło mi się tak strasznie pusto.

Nic się nie zmieniło. Może tylko przez moment moje postrzeganie go, było mi go bardzo żal, chciałam go jakoś wesprzeć w całym tym zamieszaniu, miałam wrażenie, że moje zdanie jest dla niego ważne, że ja jestem dla niego ważna. Ale to było tylko moje wrażenie.

Kiedy myślę, że coś się ułożyło, że jest lepiej, że jestem na właściwej drodze, znów wszystko się zmienia, jakby ktoś zakręcił kalejdoskopem i układ szkiełek jest zupełnie inny.

Intensywnie ogarniałam dom przed wyjściem do pracy. Mycie okien, pranie, gotowanie, prasowanie, dzieci, zakupy, praktycznie do samego wyjazdu do pracy cały czas w biegu. Nawet nie zdążyłam zrobić sobie herbaty na drogę, ani kanapek, choć w perspektywie miałam siedem godzin poza domem. Mąż próbował pomagać mi z myciem okien. Zazwyczaj dobrze nam wychodziła współpraca w tym temacie, ale wczoraj wszystko było nie tak, miał zrobić zakupy, żebym mogła ugotować obiad. Zapomniał o tym, że to obiecał. Miał zrobić jeszcze parę innych rzeczy, o których też zapomniał.

Wyjeżdżając do pracy miałam wrażenie, że w domu zostaje człowiek, którego zupełnie nie znam, nie rozumiem, dla którego jestem jak mebel, przydatna, ale nie najistotniejsza. Ktoś, komu na mnie w ogóle nie zależy, ktoś, kto swoim zachowaniem potrafi tak strasznie ranić, że mam ochotę spakować się i uciec. Tylko nie mam dokąd.

Nie wyprowadzę się do mamy, choć wiem, że mogłabym. Ciągle rozważam kupienie mieszkania. Jeszcze trochę mi brakuje. Źle się czuję w domu, w którym mieszkam, oswajam od 15 lat tę przestrzeń, w której nigdy nie czułam się jak u siebie (może poza krótkimi momentami, kiedy teściowie wyjeżdżali na jakiś czas).

Jest mi źle. Smutno, pusto i samotnie. To, że mam wrażenie, że mieszkam z kimś obcym, żeby nie powiedzieć z wrogiem, nie znaczy, że od razu chciałabym go wymienić na inny model. Jasne, rozważałam kiedyś opcję bycia z panem K. Tak legalnie. Ale nie ma takiej opcji, bo on by tego nie chciał, bo milion różnych powodów. Bo nie. Tym bardziej teraz, kiedy znalazłam w sobie siłę, by żyć bez niego, nie chcę otwierać zamkniętej furtki.

Dam sobie radę. Sama. Żaden z nich nie jest mi potrzebny. Wiem, że bardzo potrzebuję wsparcia i pomocy w tym wszystkim, co na co dzień dzieje się i przewraca moje życie do góry nogami, i znów, i znów. Ale wiem, że na żadnego z nich nie mogę liczyć. To strasznie boli. W tym wszystkim chcę móc liczyć na siebie samą. Robić coś dla siebie, z miłości do siebie samej. Na poprawę nastroju nie działa już kupowanie pończoch i sukienek. Jest jeszcze muzyka. Gorzka czekolada. Wygłupy z młodszym.

Wczoraj, gdy wróciłam z pracy, kładłam go spać. Chciał, bym zaśpiewała mu kołysankę. Zaśpiewałam. Potem następną. Potem w innym języku, w jeszcze innym, w następnym… Śpiewałam i uświadomiłam sobie, że bardzo dawno tego nie robiłam. Trudno śpiewać cichutko. Od wielu miesięcy śpiewam tylko w aucie, na całe gardło, jestem w stanie zaśpiewać tak, jak bym chciała. A wczoraj, starając się śpiewać cichutko, miałam problem z niektórymi dźwiękami, które kiedyś nie sprawiały mi problemu.

Młodszy usnął, a ja nadal śpiewałam, trochę mi zajęło zorientowanie się, że on śpi. Nie chciało mi się wychodzić z jego łóżka. Trzęsłam się z zimna. Kołderka młodszego za krótka na nas dwoje, poszłam do swojego łóżka. Nie było bardzo późno. Mąż już spał. Chrapał straszliwie. Starszy śmiał się z kolegami na Skypie. Zasnęłam, nucąc w myślach kolejne kołysanki. Sama sobie.

Moje życie jest jak huśtawka, albo jak szkiełka w kalejdoskopie. Ciągle coś się zmienia. Nic nie jest na stałe. Najgorsze jest jednak to, że dobre rzeczy tak krótko trwają i nagle się kończą. Plus taki, że jak dzieje się coś złego, wiem, że to też się kiedyś zmieni. Wierzę w to, bo inaczej nie dałabym rady dźwigać tego wszystkiego.

Stałe są tylko zmiany.

Jedna myśl na temat “Stałe są tylko zmiany

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s