De gustibus…

Zawsze lubiłam podróże, nowe zwyczaje, nowe smaki, nie sprawia mi problemu jedzenie ślimaków czy homarów (choć odkąd uświadomiłam sobie, co dzieje się z homarem, zanim trafi na stół, nie jadam homarów ani krabów), nowych warzyw, owoców… Ale od czasu nieprzyjemnych wrażeń olfaktycznych przy jedzeniu andouillettes jeśli coś ma odstręczający zapach, powodujący odruch wymiotny, po prostu odpadam. Najgorszy żywieniowy koszmar mojego dzieciństwa to zupa mleczna i zapach ciepłego mleka. Nie byłam w stanie go przełknąć. Do dziś nie mogę, mleko na ciepło toleruję tylko w połączeniu z kawą. A moja mama wierzyła, że najlepszym lekarstwem na wszystkie choroby jest mleko z czosnkiem. Wyciśnięty czosnek zalany wrzącym mlekiem. Tragedia.

Mogłam zjeść ząbek czosnku na surowo, bez problemu. Mogłam wypić kubek zimnego mleka. Ale połączenie czosnku i ciepłego mleka było najgorszym smakowym doznaniem mojego życia (do czasu andouillettes, one były jeszcze gorsze).

Kiedy bardzo źle się czuję, a wiem, że muszę coś zjeść, piję dużo wody, rzadko rumianek, jem banany. Ale w dzieciństwie lekarstwem na wszystko był rosół z lanym ciastem, gotowany przez babcię lub przez mamę. Albo jakaś domowa zupa. Ale kiedy nie ma kto ugotować takiej zupy, zostają banany. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego, kiedy jestem chora, czasem przez dwa dni zjadam tylko kilka bananów, na raty, piję, leżę, zwlekam się do łazienki. Nie jestem wtedy w stanie przełknąć niczego innego. Zastanawiałam się, czy jest coś, na co miałabym ochotę, co zjadłabym z przyjemnością, ale kiedy jest bardzo źle, a jestem sama w domu, to tylko te banany zostają.

Z różnymi sytuacjami kojarzą mi się różne zapachy i smaki. Trochę jak magdalenki u Prousta. Otwierają się w pamięci takie wspomnienia, do których bez tych zapachów czy smaków na pewno bym nie dotarła.

Mąż. Zapach wody toaletowej Nature, zapach jego skóry, sajgonki domowej roboty, czekolada Studencka. W tej chwili nie umiem odnaleźć innych smaków i zapachów, które go przywołują i z nim się kojarzą. Są jeszcze dźwięki. Bajor, Ewa Demarczyk, Myslovitz, Rammstein, jazz i francuskie piosenki.

Pan K. – Cappuccino ze stacji benzynowej. Obrzydliwie słodki deser z wiśniami, który zamówiłam w szpitalu, gdy mnie odwiedził i po kilku łyżeczkach zasłodziło mnie kompletnie. Zapach świeżo prasowanej koszuli. Muzyka celtycka. Lech Janerka. AC/DC. Więcej nie pamiętam. Bo to działa w drugą stronę. Czuję coś (smak, zapach, muzykę) i wtedy wracają wszelkie wspomnienia, sytuacje. W drugą stronę jest trudniej.

Seks z mężem jest jak zupa pomidorowa. Smakuje. Nie wstaję głodna od stołu. Wiem, czego się spodziewać. Nic mnie nie zaskakuje.

Seks z panem K. jest jak egzotyczna sałatka. Nigdy nie wiadomo, co w niej będzie. Zaskakujące połączenia, słodka, kwaśna, gorzka, słona, kiedy mam wrażenie, że wszystko już było, pojawia się umami i takie połączenia, których nawet nie umiałam sobie wcześniej wyobrazić.

Lubi egzotykę, nowe, zaskakujące połączenia. Ale kiedy mi źle, wybieram pomidorową. Bez egzotycznych sałatek mogę sobie wyobrazić życie. Bez pomidorowej – już nie.

 

2 myśli na temat “De gustibus…

  1. Ojjj mam to samo z zapachami. Nawet chciałam o tym kiedyś napisać post, może jeszcze to zrobię. Czasem taki zapach potrafi wywołać tyle różnych dziwnych uczuć, że dosłownie na chwilę przenosi mnie do przeszłości.
    I wiesz co? Doskonale rozumiem niechęć do ciepłego mleka 😅 Zupa mleczna w przedszkolu to zawsze był koszmar. Do dziś nawet nie wiem co w tej zupie pływało, bo tak mi to nie smakowało, że się nawet nigdy nie zainteresowałam 😛
    Ja jak się źle czuję to lubię takie jedzenie jakie robiła mama albo babcia, na chory brzuszek 😉 właśnie rosół albo jakaś zupa z lanymi kluskami, ziemniaki z masłem. Pomaga jako placebo 😉
    A pomidorowa cóż… pomidorowa jest najlepszą z zup. I wbrew pozorom też może zaskoczyć 😉 Z ryżem, z makaronem, z lanymi kluskami, z kuskusem, z pomarańczą, z chlebem… może być tak egzotyczna jak ta Twoja sałatka 😁

    Polubione przez 1 osoba

    1. Może to po prostu kwestia poczucia bezpieczeństwa, te zupy z dzieciństwa, że człowiek czuje się otoczony opieką, wierzy, że ta cudna zupa uleczy wszelkie choroby, rozwiąże wszelkie problemy. A z tą zaskakującą pomidorową to też jest coś na rzeczy – jest taka restauracja, w której za każdym razem obiecuję sobie, że spróbuję czegoś nowego, ale ich pomidorowa z prawdziwych pomidorów to takie cudo, że nie mogę się jej oprzeć i zawsze się dziwię, jak udaje im się tak połączyć wszystkie elementy, że każdy łyk zupy jest jak strofa wiersza. Jakbym ją odkrywała na nowo. I jeszcze przypomniała mi się pomidorowa z zestawu dla dzieci, w innej restauracji, zamówiliśmy ją małemu, bo menu było bardzo wyszukane i mało dziecięce. Pan przyniósł miseczkę zupy, młodszy z radością podniósł do ust łyżkę i … rozpłakał się. Zupa była tak pikantna, że nawet ja (a sporo zniosę) miałam problem, by ją zjeść i zapijałam wodą. Zapytałam potem, czy to na pewno zestaw dla dzieci i czy kucharzowi nie pomyliły się przyprawy… Fakt, zgadzam się, pomidorowa też może zaskakiwać. I w tym metaforycznym kontekście muszę przyznać, że po 25 latach znajomości zdarza się, że łóżkowo mąż też mnie zaskakuje. Może tylko łatwo o tym zapomnieć, kiedy człowiek za dużo się naje egzotycznych sałatek…

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s