Mętlikowo i mętnie

W głowie mam kompletny mętlik. I to wcale nie za sprawą pana K.

Paradoksalnie, on jest jedyną osobą, z którą chciałabym o tej sprawie porozmawiać, może dlatego, że zupełnie to to nie dotyczy, że jest bezstronny.

Póki co, kiedy zadzwonił i powiedział „ubrałem tą błękitną koszulę”, jak idiotka przyczepiłam się do czasownika „ubrałem”, nagadałam, że ubiera się choinkę, powiedziałam, że skoro założył tę błękitną koszulę, to się zastanowię i wróciłam do gotowania zupy. Pomidorowej.

Zimno mi i mam dreszcze. Wiem, że ze zdenerwowania. Bałagan sam się nie ogarnął, dobrze, że zupa raz nastawiona sama się gotuje.

Nie wiem, co mam zrobić, co mam myśleć o całej sytuacji. Wszystko staje na głowie.

Mój tato nie żyje od kilku lat. Ale gdyby ktoś powiedział mu, że nie jestem jego córką, to nie wiem, czy chciałabym to sprawdzić. Czy on chciałby to sprawdzić.

Niestety, jestem do niego bardzo mocno fizycznie podobna, mam takie same rysy twarzy, jak on, jak jego obie siostry. Mogę sobie wyobrazić, jak będę wyglądać za 20-30 lat patrząc na ciotki. Starszy syn jest podobny do mojego taty.

A ja, paradoksalnie, pewnie bym się cieszyła, że to nie on jest moim ojcem, bo nie mieliśmy nigdy dobrych kontaktów i może fajnie by było móc znaleźć jakieś uzasadnienie tej sytuacji.

Mój młodszy wydaje się niepodobny do mnie, więc raczej powinien być podobny do męża. Jest blondynem. Mąż ma ciemne włosy, ale do 10 roku życia też miał włosy zupełnie jasne. Młodszy często przypomina mi pana K. Z wielu powodów.

Wiem, że może podświadomie chciałabym, żeby to pan K. był jego ojcem, ale tak nie jest. Panu K. pierwszemu powiedziałam o ciąży, ale nie było nawet cienia szansy, by młodszy był jego dzieckiem. Jest dzieckiem mojego męża.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym po półwieczu wspólnego życia usłyszała, że całe to życie było kłamstwem, bo sama jestem mistrzynią podwójnego życia. Nie chcę być wciągana w sprawy, które bezpośrednio mnie nie dotyczą, a tak się dzieje.

Nie wiem dlaczego, po prawie półwieczu milczenia nagle pojawia się potrzeba wyjawiania sekretów, o ile to w ogóle prawda. Poczucie winy? Lęk przed wiecznym potępieniem?

Kim ja jestem, żeby osądzać? Nie osądzam. Ale rozumiem, jak wszystkim stronom w tej sytuacji jest koszmarnie trudno, rozumiem kobietę, która nie potrafi dłużej dźwigać takiego ciężaru tajemnic, rozumiem oszukanego męża, rozumiem rozdartego syna.

Ale nie chcę brać udziału w dociekaniu prawdy. Może przede wszystkim dlatego, że sama też mam swoje tajemnice, że napawa mnie lękiem wizja, że za 30 lat ja sama zacznę opowiadać o ciemnych stronach własnej przeszłości, a wszyscy będą zastanawiać się, czy to prawda, łączyć fakty, wyciągać wnioski.

Przez myśl przemknęło mi, że ta sytuacja jest jak przestroga dla mnie, żebym jak najszybciej uporządkowała to, co jest do uporządkowania. Czegokolwiek bym teraz nie zrobiła, przeszłości nie cofnę, nie zmienię.

Myślę tylko, że ta kobieta uosabia wiele moich lęków. Rozumiem. Nie oceniam. Współczuję. Ale nie wiem, jak mam pomóc.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s