Deszczem

Jadę do pracy w koszmarnym deszczu. Rano dwa razy wpadłam w poślizg, raz miałam problem z hamowaniem. Jeżdżę coraz szybciej. A potem dziwię się, że tak trudno zapanować nad pojazdem. Te poranne atrakcje jak ostrzeżenie, żebym zwolniła. Powinnam. Nie poszliśmy rano na siłownię. Zgubiłam klucze. Potem znalazłam. Wszystko w biegu. Do pracy wpadłam z poślizgiem. Dojeżdżając jeszcze przez moment myślałam o nim i o tym budzeniu o 10:00. Nie zadzwoniłam, doszłam do wniosku, że gdyby wstał, mógłby choć na chwilę zadzwonić. Wyjeżdżając z pracy wybrałam jego numer, czekałam dwa sygnały, z założeniem, że jak będzie chciał, to oddzwoni. Wiem, że ma intensywny dzień, ale pomyślałam sobie, że mógł założyć, że ja nie dzwoniłabym z byle powodu, wiedząc, jaki jest zajęty. Nie wymyśliłam żadnego pretekstu. Może tylko taki, że liczyłam na to, że nie odbierze i da mi tym samym kolejny argument, bym potem nie odbierała jego telefonów i mogła sama siebie przekonać, że nic dla niego nie znaczę.

Takie poczucie, że wszystko się rozsypuje. Ciągle pada. Nie pojedziemy dziś do parku. Rano, kiedy tak ciężko było wstać z łóżka, chciałam znów znaleźć się na huśtawce, patrzeć w niebo, lecieć, opadać, znikać.

Sprawdziłam najbliższe terminy koncertów. Może jeszcze są bilety. Mąż jest chory. Mogłabym pojechać na koncert. Pomyślałam o koledze z pracy. Mamy trochę wspólnych zadań do wykonania. Gdyby udało nam się ogarnąć to w piątek czy sobotę, moglibyśmy zakończyć wieczór w restauracji i na koncercie. Ale on pewnie będzie wolał wrócić do żony i synka. Takie sytuacje uświadamiają mi, jak mocno moje myśli są skierowane w stronę, w którą nie powinny. Mogłabym zastanawiać się, co na obiad, dokąd pojadę z dziećmi, a myślę o tym, że on jest daleko, że nie umiem sobie z tym poradzić, że źle mi i tęsknię. A wolałabym skupiać się na tym, co chciałabym postrzegać jako priorytet. Wciąż nie umiem. Nie bardzo wiem, od czego zacząć, czy w ogóle chcę zacząć. Na pewno najlepszym wyjściem jest nieodbieranie telefonów. Wytrzymam przez tydzień, może dwa, jeśli w międzyczasie coś jeszcze będzie się działo i będzie mi trudno, nie wiem, jak to ogarnę. Ale mogę przynajmniej spróbować.

Znów takie poczucie, że jestem ze wszystkim sama, wiara, że dam radę, ale też przekonanie, że to strasznie trudne.

Walczę sama ze sobą, by nie rezerwować stolika w restauracji. Sama nie pojadę. Mogłabym spotkać się z koleżanką, której od lat nie widziałam, a która mieszka blisko restauracji. Mogłabym zapytać kolegę, czy pojedzie ze mną. Mogłabym po prostu zaplanować coś innego na te wieczory, sama dla siebie, umacniając przekonanie, że jego koncert nie jest mi do niczego potrzebny, że on nie jest mi do niczego potrzebny, że to jest taka część jego życia, w której nie ma miejsca dla mnie. Cholera. Przecież ja to wszystko wiem i sama sobie po raz enty powtarzam. I choć wiem, doskonale wiem, że on nie zarezerwował w swoim życiu żadnej przestrzeni dla mnie, tylko wpada w moje życie i bierze to, na co ma ochotę, znikając, kiedy mu pasuje, to i tak wciąż mi go brak.

Rozmawiałam z dzieckiem, nie mogę kupić mu tego, o co prosi. Płacz, przekonywanie mnie, że to jego największe marzenie. Próbuję mu tłumaczyć, że rozumiem, co czuje, jaki jest rozczarowany, że wiem, jak to jest, kiedy bardzo się czegoś pragnie i wie się, że nigdy się tego nie będzie miało. Że sama też tak mam. Ale nie mogę powiedzieć dziecku, o co chodzi. O kogo chodzi. Potem uświadamiam sobie, że w przypadku dziecka realizacja marzenia może potrwać kilka lat, ale nie jest to nierealne, w moim przypadku – nie ma szans. Realnie patrząc, co musiałoby się stać, żebym mogła być razem z nim – on musiałby tego chcieć, a nie chce. Pomijam już takie przeszkody, jak mój mąż, jego kobieta, była żona, jego dzieci, moje dzieci, nasze matki, to wszystko nie jest tak istotną przeszkodą, jak brak chęci z jego strony. Pisząc to, znów mocniej uświadamiam sobie, że on mnie nie chce. Dlaczego ta świadomość nie wystarczy, by znaleźć siłę do nieodbierania telefonów, do rezygnacji z szybkich spotkań i spełniania wszystkich jego fantazji? Może dlatego, że tak trudno zaakceptować tę prawdę, bo kontrastuje ona z innymi jego chęciami, z tym, że chce się ze mną spotykać, że czegoś chce ode mnie.

Ale to wszystko nie zmienia faktu, że mnie samej, całej, ze wszystkim, po prostu nie chce.

Kiedy płacze się w deszczu, łez tak bardzo nie widać. Pod szkołę przyjechałam zapłakana. Do pracy też. Dobrze, że policzki były też mokre deszczem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s