Huśtawka

Słońce niesamowicie rozjaśnia dzień. Samo południe. Park. Torba z książkami, torebka i plecak stoją oparte o drzewo. Na siatkowej huśtawce-pajęczynie ja i młodszy. Leżymy. Huśtamy się bardzo wysoko. Drzewa, niebo, słońce, przepaść, żołądek w gardle. Młodszy huśta mnie tak mocno, że krzyczę, ale jednocześnie sprawia mi to ogromną radość. W dzieciństwie uwielbiałam się huśtać. Potem ja huśtam jego. Znów on mnie. Podkładamy plecak pod głowy, robimy selfie, wiewiórka podchodzi bardzo blisko, jakby chciała się nam przyjrzeć. Potem ucieka na czubek ogromnego drzewa, patrzymy, jak zwinnie przemieszcza się z gałęzi na gałąź. Wysyłam nasze selfie mężowi. Odrabiamy matmę na huśtawce. Rysunki nie są zbyt precyzyjne. W nosie mam rysunki i szkołę. Jest mi błogo. Młodszemu jest błogo. Przez moment czuję się tak, jakbym niedługo miała zniknąć. Przypominam sobie, że biorę leki (jak o nich pamiętam), po których powinnam unikać słońca. Moja sukienka ma rękawy 3/4, połowę twarzy zasłaniają gigantyczne okulary, może słońce nie zaszkodzi mi. Kiedy huśtamy się mocno, wiatr lekko unosi moją sukienkę. Mam nadzieję, że robotnicy ścinający w oddali drzewa nie oglądają koronkowych manszet moich pończoch i moich majtek.

Kiedy Młodszy wspina się na drabinki, leżę sama na huśtawce i dzwonię. On miał już być w trasie, ale jeszcze jest w pracy, walczy z oporną drukarką. Mówię, że jestem na huśtawce i że jest mi błogo. On ma oddzwonić, jak wyjedzie. Dzwoni, gdy czekam na Młodszego w poczekalni, rozmawiamy, w końcu mówię mu skrótem o szpitalu, problemach, dzwoni szefowa. Oddzwaniam. Każe mi przyjechać. Odwożę Młodszego do domu, podaję mu obiad i wsiadam znów do auta. Dzwonię do niego, mówiąc, że jednak jadę do pracy. Pytam, czy już jedzie nową trasą, jeśli tak, rozłączę się, bo gadając ze mną nie ma dostępu do nawigacji. Proszę, by dał znać, jak przyjedzie. Siedzę w pracy długo. On już powinien dotrzeć na miejsce, ale nie dzwoni. Dostaję gigantyczne zlecenie, które powinno realizować 5-6 osób (zgadzam się, ze świadomością, że nikt mi za to dodatkowo nie zapłaci, a ja nie umiem powiedzieć nie, może jeszcze tylko łudzę się, że jestem jedyną osobą, która się na tym zna, że póki mam monopol na tę wiedzę, nie zwolnią mnie, bo nikt inny tego za nich nie zrobi). Wracam do domu, jadę najpierw do mamy, kładę telefon na stole, bo ciągle ktoś z pracy dzwoni, ale dzwoni on. Wychodzę z pokoju, zastanawiając się, czy mama zauważyła, kto mi się wyświetlił. On mówi, że jest już na miejscu, rozpakował się, będą pracować. Mówię, że się martwiłam, pytam, na którą na jutro zamawia budzenie. Tęsknię całym kawałkiem siebie.

Przecież ułożyłam sobie w głowie, co chcę mu powiedzieć, poukładałam, jak przekazać mu, żeby do mnie nie dzwonił, pozwolił mi poukładać sobie życie bez niego, nauczyć się żyć bez niego, pokonać tęsknotę i bezsilność. Kiedy wczoraj jechałam samochodem, włączyła mi się piosenka „50 Ways to Leave Your Lover”, przecież musi być co najmniej 50 sposobów, by się rozstać, a mnie wystarczyłby jeden, ale skuteczny.

Przez cały dzień widziałam wszędzie jego auto, jego twarz, nawet człowiek na reklamie domu weselnego wyglądał tak, jak on.

Wieczorem Młodszy znów chciał pojechać do parku, zabraliśmy wielką poduchę i koc, poszliśmy na tę samą huśtawkę, leżeliśmy, patrząc w granatowe niebo i każde z nas chciało już tak zostać na zawsze, na poduszce, pod kocem, na huśtawce, błogostan w świetle latarni, pod ciemniejącym niebem, nocą park cichy i spokojny.  Znów czuję się tak, jakbym miała za chwilę przestać istnieć, jednocześnie mam nadzieję, że Młodszy będzie mógł wracać do tej chwili, kiedy leżeliśmy razem w nocy na huśtawce w parku i będzie pamiętał, że robiliśmy razem coś fajnego, wyjątkowego, szalonego, że czuliśmy się szczęśliwi.

A potem zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno bezpieczne, że gdyby coś, ktoś… W południe zauważyłam, że dookoła placu są rozmieszczone kamery. Wieczorem przypomniałam sobie, jak pan K. opowiadał, że to atrapy, bo nie wystarczyło pieniędzy na zainstalowanie porządnego monitoringu.

Po 40 minutach huśtania zmarzłam, zrobiło się chłodniej, zabraliśmy kocyk, poduszkę i wróciliśmy do auta. Po drodze kupiliśmy lody i rogaliki śliwkowe.

Przez cały czas czuję się, jak na huśtawce, ale nie jest to takie beztroskie, błogie huśtanie.

Odkąd go znam, straciłam pracę (to była dodatkowa praca, ale jednak), straciłam fantastyczne stanowisko w obecnej pracy, moim dzieciom i mnie przytrafiło się tyle różnych trudnych wydarzeń. On w jakiś sposób stał się ich częścią, jemu mogłam zawsze o wszystkim opowiadać, może nawet nie tęsknię już za nim samym, ale za tym, jakie poczucie bezpieczeństwa dawała świadomość, że nawet kiedy wszystko się wali, on siądzie ze mną nad kawą, wysłucha, rozśmieszy, pocieszy, po prostu przez chwilę będę dla niego najważniejsza na świecie i nic innego nie będzie się liczyć.

Ale to już nie wróci. Góra. Dół. Góra. Dół. Huśtają mną emocje. Wciąż zastanawiam się, czy jeszcze pracuje, czy już poszedł spać, ile wypił, czy jest zmęczony. Zajmuje więcej moich myśli, niż wszyscy inni, niż wszystko inne. A ja jestem potrzebna dzieciom, mężowi, sobie samej. Kiedyś się uodpornię. Chciałabym zacząć od dziś.

7 myśli na temat “Huśtawka

  1. Jedynym skutecznym sposobem, żeby zostawić kochanka jest naprawdę tego chcieć 😉 Nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Nawet on. Albo tymbardziej on, bo dla niego ta relacja jest chyba dość wygodna.
    Nie ma nic gorszego niż spędzać dnie na myśleniu o kimś, podporządkowywać swoje życie pod kogoś, kto tego nie docenia. Ale z jakiegoś powodu, przez tyle lat nie potrafiłaś tego przerwać. Może warto więc zastanowić się jakie korzyści płyną dla Ciebie z tej sutyacji, z tego bycia, poniekąd ofiarą pana K.? I mówię ofiarą, bo wydaje mi się, że nawet dla Ciebie jest jasne, że ten facet po prostu Cię wykorzystuje do zaspokajania własnego ego. Ale co Ty zaspokajasz dając się w ten sposób traktować?

    Polubienie

    1. Robię bilans od dawna, wciąż wychodzi na to, że niczego nie zyskuję, jestem kochanką idealną, dyskretna, spełniająca wszystkie fantazje, z własnym transportem, gotowa na wszystko… Ciągle nie umiem sama sobie wytłumaczyć, po co mi coś, co mnie tak strasznie niszczy. Dlaczego nie umiem go zostawić. Wiem, że ja muszę to zrobić, wolałabym, by on podjął taką decyzję, ale tej odpowiedzialności nikt, nawet on, ze mnie nie zdejmie. Piszę w nadziei, że wreszcie to sobie ułożę tak mocno w głowie, że będę w stanie to zrealizować. Może jeszcze muszę głębiej zajrzeć we własną duszę, przeszłość, może jest coś, co mnie blokuje i nie pozwala pójść do przodu, chcę to odnaleźć, nazwać, pokonać i wreszcie się wyzwolić.

      Polubienie

      1. Ja myślę, że to już trzeba rozpatrywać w kategorii uzależnienia. A próbowałaś sobie wyobrazić Twoje życie bez niego? Nie chodzi mi o to, że jakaś sielanka z mężem i dziećmi, albo wielkie cierpienie i tęsknota. Tylko tak realnie, z czym wtedy musiałabyś się zmierzyć?

        Polubienie

      2. Tak, patrzę na to, jak na uzależnienie, po każdym rozstaniu objawy mam jak przy odstawieniu… Nie umiem sobie wyobrazić życia bez niego. Jest pusto. Dziwne, bo z drugiej strony on wcale nie wypełnia tej mojej wewnętrznej pustki. Przypominam sobie te lata przerwy, kiedy się nie kontaktowaliśmy. Jakoś wszystko się układało, codzienność, lepsze, gorsze dni, przecież jakoś funkcjonowałam. Może byłam mniej uzależniona. Może wierzyłam wtedy, że nie jest mi do niczego potrzebny. Kiedyś myślałam, że w moim życiu bez niego (tak sobie wyobrażałam), będę mieć więcej czasu dla dzieci, męża, na obowiązki w pracy, własny rozwój. Musiałabym sobie, tak teraz pomyślałam, zaplanować, jak wykorzystuję ten czas, nawet rozpisać, ustalić, co będę robić, jak wypełniać te wszystkie chwile, które teraz wypełniam czekaniem na telefon, na spotkanie. Nie wiem, czego tak się boję w tym życiu bez niego, może trochę tego, że nie będzie już ani jednej osoby, przy której będę mogła zapomnieć choć na moment o wszystkich katastrofach, które na mnie spadają, że już nigdy nie poczuję się wyjątkowa, pożądana, ważna – nawet, jeśli to tylko krótkotrwałe odczucie, ulotne i złudne.

        Polubienie

      3. Ale masz męża i fajnie by było gdyby to on właśnie był taką osobą, oparciem. Dlaczego przy mężu nie możesz zapomnieć o problemach? Mogłaby na przyklad cały ten czas przeznaczyć na prace nad polepszenie tego związku. Wiem, że to się tak łatwo mówi, ale kurcze, bardzo Ci dopinguję, żebyś się z tego wyzwoliła 😊 tak że jak kiedyś będziesz się czuła samotnie to pomyśl, że jest taka jedna Oliwia, która Cię rozumie i dobrze Ci życzy 😁

        Polubienie

      4. Dobrze, że jesteś 🙂 Właśnie dziś mam taki mężowy kryzys, wydaje mi się, że mocno pracowałam nad tym, by było nam razem dobrze, by było mu ze mną dobrze, a czuję się jak mebel, ignorowana, niezrozumiana, wiecznie krytykowana. Nie mam pojęcia, kiedy to wszystko tak się między nami zmieniło. Może dlatego przy nim nie mogę zapomnieć o problemach, bo on jest jednym z nich, bo z nim powinnam te problemy rozwiązywać, ale albo mamy zupełnie inne koncepcje, nieakceptowalne dla mnie, albo on w ogóle nie widzi problemu lub zostawia mnie z nim samą. Mam męża, a czasem wrażenie, jakbym miała trójkę, a nie dwójkę dzieci i nikogo, kto by mnie wsparł w ich ogarnianiu…

        Polubienie

      5. Hmm rozumiem. Na takie sprawy nie ma rady, jedynym wyjściem jest szczera rozmowa o tym co kto czuje i czego potrzebuje. I ja wiem, że to czasem cholernie trudne, ale warto. Mnie trochę zajęło się tego nauczyć i jeszcze czasem mam problem z komunikowaniem swoich emocji.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s