Sinusoida

Przez moment było tak strasznie źle, żadnego światełka w tunelu, a potem na moment zadziało się coś dziwnego. Kolejny jego telefon, nie odebrałam, ale chciałam oddzwonić, on nie odebrał. Potem oddzwonił, ja nie mogłam rozmawiać, umówiliśmy się na telefon następnego dnia.

Cały misterny plan runął, miałam nie odbierać, nie dzwonić, znielubić go.

Zadzwoniłam, powiedziałam, że nie umiem mówić o tym, że jest bardzo źle. Powiedział, że powinnam odpocząć. Odparłam, że miałam, że zarezerwowałam wyjazd, że wszystko runęło i musiałam odwołać. Zapytał dokąd. Zapytał, jaki hotel. Powiedział, że właśnie tam będzie, że prawie w tym czasie, kiedy ja tam miałam być.

Mówił, że widział mnie w aucie, na światłach w centrum. Zdziwiłam się, że ja go nie zauważyłam, mam podskórny radar, wyczuwam go, widzę jego samochód… Może to było wtedy, kiedy bardzo starałam się zobojętnieć.

Zaproponował spotkanie, żebym mogła zobaczyć jego nowe zęby.

Powiedziałam, że nie chcę się spotykać, że się obwiniam. On odparł, że to nie tak, a potem rozłączył się, mówiąc, że idzie do księgowej. Oddzwonił po kwadransie, ale już nie wróciliśmy do tematu.

Wczoraj trochę rozmawialiśmy, zakończył „do jutra”, a ja uświadomiłam sobie, że to znów taka sama gra. Rozmawiać, oswoić mnie, pokazać, że jestem ważna… Ale i tak jest inaczej. Znów rozłącza się, bo ktoś inny dzwoni, rozmawia ze mną, a jednocześnie przegląda ogłoszenia w necie, czuję się jak piąte koło u wozu.

Kiedy wczoraj rozmawialiśmy czułam, jak wypełnia mnie coś pozytywnego, płynącego ze słuchania jego głosu, że lubię jego głos, że lubię słuchać, jak się śmieje, lubię jego śmiech, taki perlisty, jakbym właśnie odkryła, co to znaczy i jak pasuje do jego śmiechu. Tak strasznie za nim tęskniłam. Za tym głosem, rozmową o niczym, może za poczuciem, że jestem dla niego ważna, że nie nakrzyczy na mnie, że nie powie mi niczego niemiłego.

A jednak rani, choć może nie bezpośrednim atakiem. Jeszcze dziś rano czułam się pełna energii, jakby dzięki niemu. Potem zadzwonił, gdy pracowałam. Oddzwoniłam po wyjściu z pracy, mówiąc, że się nie spotkam, pytał jeszcze kilka razy, rozłączał się, oddzwaniał, a ja znów poczułam, że jestem tym wagonikiem odstawianym na boczny tor. Ciężko tak. Znów łzy, poczucie wykorzystania, osamotnienia.

I chyba mnóstwo zazdrości. I zastanawianie się, czemu ta dieta, czemu zęby, czemu teraz. Jakby miał kogoś nowego, tak mi się skojarzyło.

Mówi, że najważniejsze kobiety w jego życiu to córki. Potem jest jeszcze cała lista.

Mnie na niej nie ma. Nawet, jeśli on twierdzi inaczej.

Nie wiem, co sobie pomyślał w kwestii tego, że mogliśmy byli spotkać się na wyjeździe. Nie wracałam do tematu.

Ciągle bardzo za nim tęsknię. Widzę irracjonalność tej tęsknoty. Widzę, że nie wystarcza mi bycie kochanką samochodową (tak sobie to teraz nazwałam), że chcę więcej, a on tego wszystkiego nie może, nie chce mi dać. A gdyby nawet chciał, ja nie mogłabym przyjąć i może wtedy to byłoby jeszcze trudniejsze.

Czuję się wykorzystana, przekraczam dla niego własne granice, jestem gotowa na wszystko, a zostaję nie z poczuciem zadowolenia, ale właśnie wykorzystania, rozgoryczenia. Boli paskudnie. Paradoks. Tylko z nim rozmawiałam, a i tak jest mi znów źle, znów myśli uciekają w jego stronę, snują różne nierealne wizje i plany. Może miałam nadzieję, że coś się zmieni. Sama już nie pamiętam, co sprawiło, że odebrałam, że oddzwoniłam.

I coraz trudniej trwać równolegle, obojętnieję. Chciałabym umieć się starać bardziej, czuć mocniej, chcieć kochać, trwać. Nie wiem, może to już się stało. Może nie da się kochać tak podwójnie. Może już nie kocham, bo kocham kogoś innego. Pusto mi w środku. Kolejny poranek, kolejny dzień, kolejny maraton z perspektywą jutrzejszego dnia w pracy.

Zimno, samotnie, bezsilnie. Falami czuję, że jest lepiej, ale potem wszystko wraca do poprzedniego stanu, do tego niżu, który męczy i przygnębia.

Idę do sklepu. Mały zgubił bluzę. Zimno. Pusto. Bezsilnie. Nawet jego śmiech nie poprawia nastroju na dłuższą metę, a opowieści o wyjeździe tylko uświadamiają, jak bardzo zależało mi, by tam być. Nawet nie z nim, ale obok, równolegle, jakby to mogło wystarczyć, być namiastką.

Tylko poczucie winy trwa, nieodłączny towarzysz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s