Trwanie

Poranek z obsuwą. Nie jestem w stanie szybciej, bardziej, wydajniej. Kiedy kładłam się spać, po 1.00 nad ranem, kolega odwołał sms-em służbowe spotkanie. Ogarniałam dzieci, planując kawę na stacji benzynowej, nie tak dobrą, jak ta w parku, ale musiałam zatankować samochód. Od rana miałam wrażenie, że mam osłabioną koncentrację, wolniej reaguję, jednocześnie starałam się dzieciom przekazać maksimum spokoju na cały dzień w szkole.

W pracy męcząco, zajęty sprzęt, nie zrobiłam tego, po co pojechałam. Kiedy wracałam i po drodze weszłam do sklepu kupić bluzkę, szefowa kazała dosłać natychmiast jakieś dane. Zapłaciłam za ubrania (kupiłam też spódnicę), wyjęłam z bagażnika laptopa, przeszłam do restauracji, zamówiłam czekoladę i coś do jedzenia, siadłam do zestawień. Skończyłam i ruszyłam do domu. Jedno dziecko opowiedziało trochę pozytywnych wydarzeń, potem drugie zaskoczyło maksymalnie, bardziej na plus. Pojechaliśmy coś zjeść. Wracając do auta zastanawiałam się, jak Bóg działa, małe gesty, kroki, porządkuję swoje życie, a sprawy inne też zaczynają się porządkować. Taką mam nadzieję.

W domu kryzys. Znów mobilizuję wszystkie pokłady cierpliwości. Przełykam łzy. Wewnętrznie krzyczę. I trwam. Po jakimś czasie jest lepiej. Krążę między zadaniami, szkołą, wysłuchiwaniem opowieści o tym, co dla nich ważne i coraz mocniej tęsknię za mężem, wiedząc, że znów nie będziemy mieli ani chwili dla siebie. Krótki sms od niego sprawił, że się uśmiechnęłam. Brakuje mi takich gestów. Tęsknię za nimi. Tęsknię za nim. Czekałam, aż pralka skończy prać, przytuliłam się do niego, już zasypiał. Chciałam mu powiedzieć, że bardzo go kocham, ale uświadomiłam sobie, że nie wiem, czy kocham, czy bardzo, a nie mogę mu powiedzieć, że staram się bardzo go kochać, bo to głupio zabrzmi. Chciałam powiedzieć coś mądrego, dobrego, nie potrafiłam, bo może nie umiałam przede wszystkim nazwać tego, co czuję.

Chciałam zmienić rezerwację. Przyjechać dzień wcześniej i dzień wcześniej wyjechać. Na stronie hotelu wyświetlał mi się komunikat, że nie mam takiej możliwości, że daty są niedostępne. Dziwne. Może jutro po prostu tam zadzwonię. A może po prostu jednak odwołam całą rezerwację.

Czuję, że chcę tam pojechać z ciekawości i jednocześnie czuję, jak bardzo prawdziwe jest stwierdzenie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W tym kontekście tak.

Postanowiłam sobie, że nie będę odbierać telefonów od niego. Z każdym telefonem będzie coraz łatwiej. Dziś było najłatwiej, poniedziałek, a w poniedziałki on prawie nigdy nie dzwoni. Dziś nie dzwonił. A ja mobilizuję siły na jutro. Rano dzieci, szkoła, zakupy, przygotowanie do pracy na środę i czwartek, szkoła, dzieci, lekcje, wizyty… A rano, jak odwiozę dzieci, jeszcze badania lekarskie muszę zrobić, umówić się na wizytę do ginekologa, znaleźć endokrynologa dla dzieci… Doba taka krótka.

Kilka nocy temu śnił mi się koszmar, dostałam okropnego krwotoku, zalałam pół łazienki, byłam u mojej mamy, poprosiłam ją, by zadzwoniła na pogotowie, świadoma, że nie dam rady sama dojechać w takim stanie do szpitala, świadoma, że pojadę tam sama, bo mama zostanie z dziećmi moimi i siostry w domu.

Kiedy przytulałam się do męża, chciałam mu powiedzieć, że tęsknię za nim, że chciałabym się z nim kochać, poczuć go we mnie, a myśląc o tym jednocześnie poczułam się strasznie brudna, sponiewierana. Nadal jestem obolała po spotkaniach z panem K. Źle mi fizycznie. Ten koszmar z krwotokiem pewnie był reakcją podświadomości na wszystkie moje obawy związane z tym, co on mi zrobił, z lękiem, że coś jest nie tak, skoro taka jestem obolała i tak długo się to utrzymuje.

Kiedy stałam w kuchni i połykałam łzy, było mi bardzo źle, ale trwałam w swoim postanowieniu, czując, że nawet jeśli z każdej strony coś będzie się sypać, to ja będę sama dla siebie wsparciem, będąc taką, jaką chcę być, dokonując wyborów takich, które akceptuję. Trudno tak trwać, dziś było łatwiej, pozytywne elementy upewniały w przekonaniu, że dobrze postanowiłam. Że warto.

Jestem głodna. Zimno mi i chcę spać, do kuchni mam tyle samo, co do łóżka, jeszcze wewnętrznie walczę, czego trzeba mi bardziej, kanapki, kołdry, męża, ciepła, wszystko sprowadza się do ciepła i kalorii 🙂 Ogrzanie wewnętrzne i zewnętrzne. Trzeba mi ciepła. I wiem, że sama mogę je sobie dać, że mogę o nie poprosić pod właściwym adresem i otrzymam je. Ciepłej nocy. Trwam. I chcę wierzyć, że wytrwam.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s