Przez łzy

Padło pytanie, którego z nich kocham.

A co mam zrobić, jeśli czuję, tak mocno czuję, że kocham pana K.?

Potem pomyślałam, że może kocham ich obu. Dlaczego odpowiedź na to pytanie może mi zaoszczędzić rozdarcia i cierpienia? Jeśli powiedziałabym, że męża, to może byłoby równoznaczne z jakimś zobowiązaniem i przymusem zrezygnowania ze wszelkich kontaktów z panem K., przeraża mnie ta wizja, ale jeśli rzeczywiście tak bym czuła, to wybór byłby tylko jeden.

I z drugiej strony – jeśli czuję, że kocham pana K., to czy powinnam w jakiś sposób żyć wierna temu uczuciu?

Grzech nigdy nas nie uszczęśliwia. Kluczowe stwierdzenie, które w jakiś sposób określa to, co powinnam wybrać.

I znów taka myśl, że kocham ich obu. A jeśli tak jest, to powinnam dbać o to, by obaj byli szczęśliwi, przede wszystkim mąż. A staję się coraz bardziej obojętna, wciąż samej sobie próbuję przypomnieć, co do niego czułam/ czuję, jak ważny był/ jest dla mnie, jak może mnie wspierać.

I jeśli kocham pana K., to w długofalowej perspektywie powinnam zakończyć to, co nas łączy, zupełnie zerwać z nim kontakty, w trosce o jego zbawienie, o to, by był wierny swojej kobiecie (chyba sama nie wierzę w to, co piszę, od razu myślę, że jak nie zdradzi jej ze mną, to z jakąś inną, uznając, że ma do tego prawo).

Przez moment zastanawiałam się jeszcze, jakie konsekwencje pociąga za sobą stwierdzenie, że kocham pana K.

To już się zadziało. Jeśli chciałabym żyć zgodnie z tym uczuciem, będąc z nim w pełnym, legalnym związku, skreślając to, co dla mnie duchowo ważne, czując, że sensem mojego życia jest bycie z nim, to zderzam się przy tym założeniu z murem, który on skonstruował. Z jego odrzuceniem. On chce tylko krótkich spotkań, auto, moja kanapa, parkingi, parki, maksimum emocji, adrenalina,  żadnych zobowiązań. Żadnego wiązania się. Zobowiązanie zakłada też jakąś więź, a on tej więzi, żadnej więzi nie chce, choć to, co nas łączy, już jest jakąś więzią.

Nie wystarcza mi to, co on jest mi w stanie dać. Chcę więcej, choć doskonale wiem, że nie mam prawa chcieć, że nawet, gdyby on się na to zgodził, to nie mogłoby się udać (moje dzieci, mieszkanie, praca, jego dzieci, mama, praca…. – wszystko stawałoby na przeszkodzie naszemu byciu razem). Ale sytuacja jest o tyle prostsza, że on mnie nie chce. Że nawet, gdybym, wbrew wierze, sakramentom, rozumowi wybrała bycie z nim, on nie chce być ze mną.

Jechałam po oblodzonej drodze, na policzkach zamarznięte łzy. I taka myśl, że to jest droga donikąd. Ja nie widzę żadnej przyszłości tej relacji. Do końca życia mamy się ukradkiem spotykać, wykradać czas na ekspresowe orgazmy, krótkie telefony, w biegu i poczuciu, że ciągle kosztem czegoś innego.

Skoro więc nie widzę żadnej przyszłości razem, skoro tak strasznie cierpię, to może najprościej drastycznie odciąć się od niego. Bardzo boję się go utracić, ale tak naprawdę nie umiem określić, co wartościowego bym utraciła tracąc jego.

Może to taki ogromny lęk przed zmianą, albo przed utratą jedynej (choć tak emocjonalnie kosztownej) przyjemności, jakby poza nim nic nie umiało cieszyć.

Znów staję w tym miejscu, gdzie muszę zdecydować, a czuję, że nie umiem.

Paradoks. Kocham go, ale nie mogę go wybrać. Skoro nie mogę go wybrać, to po co mam sobie zadawać to pytanie, jakie znaczenie ma to, że go kocham, skoro nie mogę z nim być, może właśnie muszę sobie uświadomić tę miłość, by dotarła do mnie niemożność realizacji tego uczucia, bym zaakceptowała to uczucie i także tę niemożność. Bym pogodziła się z tym i zrobiła krok naprzód.

Nie mogę myśleć o niczym, o nikim innym, nie umiem patrzeć w przyszłość bez wizji jego osoby w tle. On zabiera mnie mojej rodzinie, zabiera mnie samej. Może chodzi o to, by wyraźniej sobie to wszystko uświadomić i przejść ponad tym do przodu.

Gdybym go nie kochała, może łatwiej by mi było utracić go. Ale kocham, choć nic z tego nie wynika.

Spotkałam się z nim wracając z pracy. Na stacji benzynowej zamieniłam rajstopy na pończochy, w których była kilka godzin wcześniej, gdy do mnie dzwonił i pytał, jakie mam pończochy. Gdy wsiadł do mojego auta, nie mogliśmy zostać na parkingu, nasze ulubione miejsca zajęli panowie w dwóch BMW, stanęli przed samochodami i rozmawiali. Ruszyliśmy w trasę. On zaczął od zdjęcia moich majtek, pojechaliśmy do lasu. W pewnym momencie miałam ochotę powiedzieć mu, żeby wyszedł z mojego auta, z mojego życia, żeby już nigdy nie wracał. Ale to był moment. A potem następny, kiedy odleciałam, głośno, jak nigdy, ze świadomością, że las, że nikt nie usłyszy, że mogę. Dostałam słowotoku, kiedy wiozłam go do lasu i z powrotem, jakbym chciała nadrobić te wszystkie tygodnie, kiedy nie rozmawialiśmy, ale spotykaliśmy się tylko na intensywny seks. Mówiłam, mówiłam, miałam nadzieję, że może on też coś powie. Niewiele mówił. Przytakiwał. Oddzwaniał. Wysiadł, nie powiedział, kiedy znów zadzwoni. Nie pytałam.

Tak mocno potrzebuję znaleźć w sobie siłę, by nauczyć się żyć bez niego. To pewnie będzie mniej bolało, niż każda dotychczasowa sytuacja, w której zostaję z poczuciem winy, tęsknotą i pustką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s