Bezsilnie

Nie umiem policzyć, ile razy pomyślałam dziś, że nie chcę żyć. A potem pojawiła się myśl, że to nie tak, że nie chcę żyć, ja nie mam siły żyć, to o to chodzi. Ja nie chcę żyć takim życiem. Miażdżącym. Bezsilna wobec tego wszystkiego, co spada i przytłacza.

Poranek jakoś się sklejał, ledwo na czas, fajne miejsce na parkingu, oficjalne dzień dobry, gdy się zobaczyliśmy, propozycja kawy. Wiedziałam, że odmówię, ale odprowadziłam dzieci na miejsca i powiedziałam, że tylko wyjdę się przywitać. Weszłam do jego gabinetu. Spojrzał na moje pończochy, takie z wzorkiem ciągnącym się przez całą nogę, od manszety aż po palce. Znów zaproponował kawę, odmówiłam, wyszłam. Usiadłam przy dzieciach. Młody przykleił się rzepem buta do moich pończoch. Dziura na wysokości kolana, oczka lecące w górę i w dół. Poszłam do auta przebrać się. Awaryjne rajstopy leżały w schowku pod siedzeniem, zdjęłam pończochy, włożyłam rajstopy, a one przy nakładaniu pękły na kolanie. Zsunęłam je delikatnie niżej, żeby nie było widać dziury. Zapomniałam, ze w schowku mam jeszcze kilka par pończoch, wszystkie z jakimś defektem, czekające na okazję, kiedy znów będziemy chcieli je podrzeć. Chciałam opowiedzieć mu o tych podartych pończochach, że wolałabym, żeby to on je podarł… Ale nie zadzwoniłam. Nie poszłam na kawę. Wróciłam do dzieci. Nie słyszałam jego telefonu. Zadzwonił znów po dwóch godzinach, byłam w domu.  Opowiedziałam historię pończoch, żałował, że się podarły, że takie fajne były. Sprawdziłam. Nie mam drugiej takiej pary, choć zazwyczaj kupowałam po dwie, na wszelki wypadek. Ale mam opakowanie, będę wiedziała, jak się nazywał ten model. On zadzwonił potem jeszcze raz, chyba nawet przez kilka minut rozmawialiśmy, co już dawno nam się nie zdarzyło (gdy wcześniej zadzwonił, rozłączył się wpół słowa, tłumacząc, że ma drugi telefon i musi oddzwonić. Potem do mnie oddzwonił, mówiąc, że teraz tak ma, że musi oddzwaniać, żeby wszystkiego dopilnować. Mówiłam o nowej umowie na telefon, on mówił, że też właśnie zmieniał i podpisywał, że będzie miał wymarzony telefon dla córki, że jedzie do mamy, a potem do domu – zdziwiłam się przez moment, że nie zostanie na noc u mamy, że coś się zmieniło – teraz dopiero dotarło, co mówił potem – że jeszcze wieczorem idzie na oficjalne spotkanie, że kolega prosił… Teraz zrozumiałam, że jechał do domu się przebrać na spotkanie, a potem pewnie i tak wróci na noc do mamy. I dopiero teraz zrozumiałam też, że może mówiąc o tym spotkaniu, podając godzinę i miejsce, miał nadzieję, że może ja też się zjawię, że po oficjalnym rozpoczęciu oboje się wymkniemy, jak kiedyś, jak często… Nie wiem, może wcale nie miał takiej nadziei, może tylko ja sobie wmawiam, że mógłby tak pomyśleć.

Myślę i piszę o nim, a tak naprawdę to jak zasłona dymna, żebym nie konfrontowała się z tym, co sprawia, że czuję się bezsilna, upokorzona, zmieszana z błotem, niepotrzebna, że po prostu nie chcę, nie mam siły żyć. Że myślę sobie, że światu byłoby lepiej beze mnie. Że ja, moje dzieci, moja rodzina, my się światu po prostu nie udaliśmy. Nie pasujemy do niego. Niczego nie wnosimy. Próbuję znaleźć coś, co dobrego dałam innym, może przez pryzmat pracy dostrzegłabym jakieś elementy, może kiedyś jakoś na kogoś wpłynęłam, na jego decyzje, życie, że coś dobrego z tego wynikło. Pamiętam kilka osób, rozmów o tym, że pomogłam, że wciąż mnie dobrze wspominają… A ja nie potrafię pomóc sobie samej, moim dzieciom. Wciąż wracam myślami do pożaru, że przecież tak niewiele brakowało. Że pokrzyżowałam jakiś plan, jakaś część mnie walczyła o to, żebyśmy jednak żyli, trwali. I kiedy powtarzam sobie „bądź wola Twoja”, to sama nie wiem, czy naprawdę umiem się z tą wolą godzić, czy umiem rozpoznać to, co jest tą wolą, rozróżnić od tego, na co godzić się nie mogę, od tego, co powinnam i co mogę zmienić.

Wmawiałam sobie, że cierpliwością, miłością, dobrocią, że tym wszystkim można zdziałać tak wiele, a teraz potykam się o własną bezsilność.

Wszyscy, których kocham, albo o których myślę, że ich kocham, tak straszliwie mnie ranią.

Najmocniej boli, kiedy ciosy padają ze strony kogoś, kogo obdarza się bezwarunkową miłością i nie da się przestać kochać tylko dlatego, że boli.

Nie umiem tak żyć. Nie potrafię tak żyć. Jakaś cząstka mnie tęskni za jego ramionami, choć na palcach mogę zliczyć, ile razy mnie przytulił, jakaś  cząstka mnie ucieka w ten nieosiągalny, nierealny świat relacji z nim, obudowując sobie szybki seks tym wszystkim, czego nie ma i nigdy nie będzie, przetykając własne rozczarowania jego opowieściami o szczęśliwych relacjach z dziećmi, o beztroskich spotkaniach z przyjaciółmi, jest cholernie źle, od prawie tygodnia, w międzyczasie on dzwonił wiele razy, ale ani przez chwilę nie powiedziałam, że jest tak źle, że wszystko się chrzani. Może jest jeszcze inna część mnie, która teraz uważa, że musi sobie sama ze wszystkim poradzić, że nawet na niego nie może już liczyć, nawet jemu nie może się zwierzyć, a może jeszcze mocniej boli ten kontrast między jego rzeczywistością, a moją, może wciąż mu czegoś zazdroszczę.

Walczę z codziennością, mam wrażenie, że jestem czasem Don Kijotem, sama, w jakimś obłędzie, póki co, jeszcze mam siłę na tę walkę, choć przez łzy, ale boję się, że czas leci, wiek, hormony, lada moment będę o wiele słabsza, fizycznie i emocjonalnie, będę bardziej odpuszczać, po kolejnym upadku nie znajdę w sobie siły, by się podnieść, pozwolę, by mnie to zmiażdżyło. Boję się tego. Kiedyś trzymało mnie przy woli życia przekonanie, że jestem potrzebna, że odpowiadam za, że nie mam prawa na nikogo zrzucać moich problemów. A teraz łapię się na myśleniu, że nie mam siły tego dźwigać, że przecież pstryk – i wszystkie moje problemy znikną, ale przez te myśli przebijają się wizje, jak będzie beze mnie, kto zajmie się tymi, którzy mnie potrzebują, nawet, jeśli oni sami twierdzą teraz, że tak nie jest, że przeszkadzam im w życiu.

Uciekam myślami do rozmów z nim, do jego ramion, do jego obecności, rozmów o pierdołach, bo może to właśnie o to chodzi, że z nim nie muszę rozwiązywać problemów, podejmować trudnych tematów, że z nim po prostu przez ułamki chwil jestem beztroska, nie ośmielam się powiedzieć, że szczęśliwa. Na moment, za cenę poczucia winy, na małą, wykradzioną chwilę, która z założenia może miała być ładowaniem baterii, ale staje się potem dodatkowym ciężarem, jednym z tych, z którym i tak mi ciężko i wobec których czuję się tak bezsilna.

Nie wiem, dlaczego tak jest. Tydzień temu czułam, że go nie potrzebuję. To może działa tak, że ja go potrzebuję, może nawet kocham, może jestem uzależniona od jego obecności w moim życiu, ale ponad emocjami, kiedy włącza się rozum, ta rozsądna część mnie mówi, że choć nie chcę zakończyć naszej relacji, to nie mam wyjścia, muszę, dla własnego dobra muszę. Wbrew sobie samej. Wbrew temu, że tak naprawdę wcale nie chcę. Na to też nie mam siły?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s