Zapatrzona

Są tacy piękni, kiedy śpią (i nie chrapią). Patrzę na śpiące dzieci, spokojne twarze, równy oddech, błogo, bezpiecznie. Patrzę na śpiącego męża. Dziś nie chrapie. Patrzę na jego twarz, linię ust, miękkie włosy, rzęsy, brwi, dłoń na poduszce, dłoń na kołdrze, te usta… łapię się na myśli, że chciałabym umieć znów się w nim zakochać, pragnąć go tak bardzo, jak kiedyś, jak teraz kogoś innego, żebym mogła poczuć, że jest taki ważny dla mnie, najważniejszy.

Zasypiając wczoraj zdążyłam wyszeptać, że za nim tęsknię. Paradoksalne, zasypiam obok niego, ale tęsknię, bo nie mieliśmy czasu na rozmowę, mijamy się, patrzę, wzrokiem niemal czując delikatną skórę jego twarzy, płatki uszu, usta…. Tyle we mnie było miłości do każdego fragmentu jego ciała, do niego. Teraz patrzę na te cudne usta i zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe, że te właśnie usta tak straszliwie potrafią mnie ranić, ton głosu, krzyk, a przede wszystkim słowa przeszywające i przybijające, sprawiające, że tracę oddech, poczucie bezpieczeństwa, godności, że kulę się w sobie z lęku, z rozczarowania, z samotności.

Wszyscy rozczarowują? Ja pewnie też.

Rano wstałam z mocnym postanowieniem, że nie odbiorę telefonu. Usłyszałam znajomy dzwonek, przez myśl przemknęło „chrzań się”, a potem, ułamek sekundy później, uświadomiłam sobie, że wczoraj zmieniłam dzwonki, że to teraz dzwonek męża. Odebrałam, krótko rozmawialiśmy. Poszłam zrobić kawę, śniadanie, usiadłam nad dokumentami. Zadzwonił telefon, inny dzwonek, chciałam go tylko odwrócić, by nie słyszeć dzwonka, ale po chwili usłyszałam jego „halo” i dotarło do mnie, że niechcący odebrałam. Podniosłam telefon i odezwałam się. On pytał, czy już wstałam, pytał, na którą jadę na spotkanie, mówił o swoim spotkaniu, pytał, czy znajdę czas. Powiedziałam, że jestem zajęta. Poprosił, bym zadzwoniła, jeśli szybko skończę, a jak nie, to pokaże mi zdjęcia nowych eksponatów po swoim spotkaniu (o ile uda mu się te zdjęcia zrobić). Pomyślałam, że wcale nie mam ochoty na oglądanie zdjęć. Bo, naiwna i głupia, pomyślę sobie, że jadę oglądać zdjęcia, a skończy się na tylnym siedzeniu mojego auta, z jego ustami na mojej waginie, z jego członkiem w moich ustach, z moim rozczarowaniem i zaskoczeniem, że wciąż jestem taka naiwna.

Nie zadzwoniłam. Dokumenty zajęły mi sporo czasu. Wyjechałam. Mogłam zadzwonić z trasy, ale nie chciałam. Może podświadomie chciałam go jakoś ukarać za to, że wczoraj nie dzwonił, pokazać, że wcale mi tak na nim nie zależy, nie wiem. Może chciałam samej sobie udowodnić, że mogę nie dzwonić, że nie jest mi to do niczego potrzebne.

Przy okazji spotkania uświadomiłam sobie, że moje negatywne nastawienie do niego może wynikać również z faktu, że wciąż zazdroszczę mu relacji z dziećmi. On ma córki. Ja zawsze chciałam mieć córkę, zanim urodzili się moi synowie, bo wtedy uświadomiłam sobie, że do wychowywania córek to już zupełnie bym się nie nadała. Może z faktu, że o ile wkraczamy w różne dziedziny własnego życia, zwłaszcza on w moje, to akurat ten aspekt jest całkowicie niepodzielny, teoretycznie cieszę się jego radością, szczęściem, które daje mu czas spędzony z córkami, ale w praktyce ten kontrast jego szczęścia z moim bólem i poczuciem porażki jest trudny do udźwignięcia.

Poszłam kupić nową bieliznę. Na poprawę nastroju. Bo tak. Z torebką pełną pudełeczek i eleganckich koronek pojechałam do domu. A potem zaczęłam zastanawiać się, po co mi te zakupy. Po co nowy pas do pończoch i koronki, dla mnie samej? Zamierzam jeszcze trochę schudnąć, mogłam poczekać i kupić nową bieliznę, gdy już osiągnę zaplanowany cel, ale z jakiegoś powodu te zakupy były mi dziś potrzebne. W domu wrzuciłam nierozpakowane pudełeczka na półkę. Chciałam pokazać zakupy mężowi, pokazać się w nowych zakupach, ale on usnął.

Wczoraj myślałam, że już podjęłam decyzję, że to koniec, że nie będę się z nim spotykać, kontaktować, że już nic, że on niczego dobrego w moje życie nie wnosi. Dziś nadal nie umiem znaleźć żadnego pozytywnego aspektu, a jednak ciągle o nim myślę. Jeszcze łapię się na tym, że to jemu chcę coś opowiedzieć, że coś planuję, uwzględniając go w tych planach. Jak z przyzwyczajenia. Ale nawyki też można zmienić. Nadal nie umiem pozbyć się jego zdjęć, próbuję znaleźć choć jedną przyczynę, która uzasadniałaby jego obecność w moim życiu, nie umiem. Poza jakimś moim chwilowym „chcę”, którego teraz nie czuję i nie rozumiem. Od tak dawna może brakuje tego, co jakoś wcześniej tworzyło konieczność, niezbędność naszej relacji i kontaktów, nie umiem tego określić. Paradoksalnie, kiedy on zaczął dzwonić niemal codziennie, odniosłam wrażenie, że rośnie między nami emocjonalna odległość, może to ja się oddalam, a może on trzyma mnie na dystans, wyznacza ten dystans, określa granice, wycofał się ze wszystkich planów, które mnie uwzględniały (basen, strzelanie, wyjazd, cokolwiek razem), już nawet nie  wracam do tych planów, nie pytam, czując, że on nie chce. Czując, że on chce, potrzebuje takiej mnie pięciominutowej, bez zobowiązań, spełniającej wszystkie zachcianki i odjeżdżającej, kiedy on już się znudzi albo po prostu nie ma więcej czasu (nie chce mieć więcej czasu). Może wcześniej ta rola odpowiadała mi, albo godziłam się na nią, bo widziałam jakieś płynące z tej relacji korzyści. A może łudziłam się, że to jest jak inwestycja, która kiedyś zacznie się zwracać, że ja kiedyś też zacznę korzystać, spełniać moje zachcianki i pragnienia, ale przez te wszystkie lata coraz częściej mogłam się przekonać, że jego „nie” podkreśla tylko dysproporcję w naszej relacji, sprawia, że czuję się odrzucona, rozczarowana, nieistotna. A nie tego oczekiwałam.

Mówię, że lubię zapach męża. Ale to nie do końca prawda. Lubię zapach pewnych kosmetyków na jego skórze czy włosach, lubię zapach jego skóry w pewnych miejscach, ale są też takie zapachy, które mnie odpychają, zagłuszając przyjemność zanurzania się w tych zapachach, które lubię. Nic nie jest jednoznaczne. Kłębią się we mnie myśli i sprzeczne pragnienia. Może z nadmiaru emocji nie mogę zasnąć mimo zmęczenia.

Patrzenie na śpiącego męża staje się mniej przyjemne, kiedy ciszę rozdziera chrapanie. Tego na pewno nie lubię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s