Pająki i muchy

Jestem pająkiem. On jest pająkiem. Jestem muchą. Bezwładną i osaczoną. Wiem, co mnie czeka. Owijam swą pajęczynę dookoła niego, traktuję go jak muchę.

Nie w kategoriach pająka i jego ofiary, ale to tkanie pajęczyny, wikłanie, osaczenie, lepkość, strzępki pajęczyny, coś się przykleja i nie chce odkleić.

Najpierw przeraziła mnie myśl, że snuję swą nić jak pająk, że w jakiś sposób osaczam go, choć on tego nie wie i – mam nadzieję – nie daję mu tego odczuć.

A przez metaforę pająka uświadamiam sobie, że sama czuję się jak mucha złapana w pajęczynę.

Pół dnia czekania na telefon. A gdy zadzwonił, byłam w domu, udawałam, że mi dobrze i beztrosko, że wybieramy z dzieckiem, co będzie na obiad,  naleśniki czy jajecznica, że pogoda taka, co sprzyja nicnierobieniu, że jednak naleśniki (tak on obstawiał, ale mały wybrał jajecznicę), że jutro jadę do pracy, a on do córki, zawieźć meble, że pewnie nie zwiedzi miasta, ale córka się ucieszy, przemogłam chęć zapytania, czy będzie sam jechał z tymi meblami, czy będzie w drodze powrotnej przejeżdżał koło mojej pracy, on zapytał o następny tydzień, zdzwonimy się…

Nie widzieliśmy się już od dwóch tygodni, za to prawie codziennie dzwonił. Czekam na te telefony, choć nic z nich nie wynika, choć ze sobą walczę, choć, paradoksalnie, cieszy mnie, że pozostajemy na odległość telefonu, że nie ma spotkań. A jednocześnie, kiedy  wybieram sukienkę i pończochy do pracy, myślę o nim. Nie umiem inaczej.

Coraz mocniej uświadamiam sobie własne uwikłanie.

Kiedy czasem oglądam film z mężem i bohaterowie zdradzają współmałżonków, jednocześnie trwają w małżeństwie i równoległym związku, budzi się we mnie taki opór, niezgoda, mówię, że przecież powinni uczciwie zakończyć jedną relację i zacząć drugą, bez kłamania, z czystym kontem.

Nie mogę przenieść tego na własne podwórko. Bo nawet, gdybym zakończyła jedną relację, to na tę drugą nie ma szans, też taki paradoks, przecież one są równoległe, więc obie trwają. Więc gdyby jedna się zakończyła, to może druga mogłaby trwać nadal w takiej samej formie. Ale chyba chodzi też o tę formę, która dla mnie jest niewystarczająca. Jakby dopiero równoległość tych relacji dawała poczucie pełni, uzupełnienia, jakby były komplementarne. Każdy z nich daje coś innego, a ja potrzebuję i tego, co daje jeden, i tego, co daje drugi. Czegoś potrzebuję bardziej, ale nie umiem tego określić. Chyba jednak męża, skoro nie chcę rezygnować z małżeństwa, skoro ciągle próbuję coś ulepszyć, wzmocnić.

Powiedziałam panu K., że nie chcę, żeby zniknął z mojego życia, a może powiedziałam, że boję się, że go stracę, albo że jestem gotowa na wszystko, żeby tylko on w tym moim życiu został, nawet w taki sposób, który nie do końca mi odpowiada.

Ale to wszystko to chyba kwestia mojego lęku. Może wydaje mi się, że tyle razy już bezskutecznie próbowałam, a skoro się nie udało, to nie ma sensu z tym walczyć, może dlatego właśnie próbuję samą siebie przekonać, że boję się zmian, żeby w ogóle nie próbować, nie sprawdzać, czy tym razem się uda.

Padło pytanie, czy jestem w nim zakochana, ja sama złapałam się na tym, że czuję, że myślę, że go kocham, w jakiś sposób kocham, nie umiem dokładnie zdefiniować ram tej miłości. Uświadamiam to sobie, tak samo, jak niemożność zrealizowania tego uczucia.

Więc skoro chcę mieć coś, czego nie mogę, powinnam po prostu zmienić swoje pragnienia, zaakceptować tę niemożność i dążyć do czegoś innego.

Proste. Kiedy to piszę i sama sobie tłumaczę.

Skomplikowane. Kiedy odbieram telefon, kiedy on namawia na spotkanie, kiedy całą sobą pragnę jego bliskości, dotyku, świadoma, jaką cenę płacę za to za każdym razem.

Proste. Kiedy mówię sobie, że to się nie opłaci.

Skomplikowane. Kiedy sama sobie tłumaczę, że w życiu nie wszystko da się przeliczyć na to, co się opłaca.

W tej chwili próbuję zrobić listę tego, co zyskuję:

  • poczucie własnej wartości, poczucie, że jestem ważna, potrzebna, pożądana, pociągająca (ale nie na tyle ważna, by ze mną być, by zaakceptować moje pragnienia i propozycje)
  • poczucie, że jest ktoś, na kogo mogę liczyć, komu mogę się zwierzyć (ale wiem, że mogę liczyć od poniedziałku do piątku, od 8:00 do 15:00, nie w wakacje i święta…)
  • przyjemnie spędzony czas, bardzo przyjemnie (za co płacę kosmicznym poczuciem winy)

Bilans nie wygląda korzystnie. Proste. Skomplikowane.

Kocham. Pożądam. Tęsknię. Osaczam.

Czuję się pożądana i osaczana. Tradycyjnie, widać dysproporcje w naszej relacji.

Zimno mi. Znów. Jutro jadę do pracy. Jeszcze trzeba przygotować parę dokumentów. Marzę o kołdrze i ciepłej herbacie. Herbatę miałam zrobić dwie godziny temu. Zapomniałam. Może wcale jej nie potrzebowałam.

Może z nim też jest tak, jak z tą herbatą, wydaje mi się, że jest bardzo potrzebny, ale jak go nie ma okazuje się, że wcale potrzebny nie był.

Jest krzesłem, jest herbatą. Po jaką cholerę zrobiłam mu tyle miejsca w moim życiu?

Z kobiecej próżności chciałabym, by zobaczył mnie w nowej sukience, w nowych pończochach, z różowymi paznokciami, makijażem, coraz bardziej rudymi włosami opadającymi na plecy.

Włącza się tryb marzeń, że trzyma te włosy, że jego dłoń na moich ustach…

Zimno. Idę spać. Beztelefonowy weekend na horyzoncie. Jak lekarstwo. Oby.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s