Wbrew

Poranek z poślizgiem, bo dziecko z bólem głowy… Kiedy wysiadamy pod szkołą, młodszy mówi, że telefon dzwoni, że to pan X… Jasne, to już tak jest, że dziecko po dzwonku rozpoznaje, że to on.

Odbieram i mówię, że oddzwonię.

Wiem, jest po imprezie, potrzebuje transportu. Mówię, że jadę zatankować i że mogę wziąć też kawę dla niego. Chce kawę, a ja zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę tylko go odwieźć, to nie powinnam była proponować mu kawy.  Ale kupuję kawę, zdejmuję majtki na parkingu przy stacji benzynowej i jadę na parking, na którym on czeka. Wsiada do auta, mówię, że ma ładną kurtkę i że ładnie w niej wygląda. Mówię, że mam mało czasu, a on prosto z mostu mówi, że chce się na mnie spuścić. W moje buty. Mam wysokie kozaki, mówię, że idę na bardzo oficjalne spotkanie, że nie mam butów z pochłaniaczem zapachu. Jestem sama na siebie zła. Pytam, gdzie go wysadzić, ale i tak nie odjeżdżam, tylko parkuję, po chwili przeparkowujemy się, bo koło nas parkuje ktoś jeszcze. Siedzimy, rozmawiamy, znów o niczym, o pracy, o piciu. W końcu on mówi, że chce mnie wylizać, a ja, zamiast zaprotestować, głupio pytam, jak, bo przecież na przednim siedzeniu ciężko… On mówi, żebym przeszła do tyłu. Przechodzę i już wyłączają mi się wszelkie czujniki i wszelki opór. Odlatuję, źle mi i cudownie, rozdziera mnie ta oksymoroniczna eksplozja, leżę, liżąc jego stopę, on ociera się członkiem o moje udo, mówi, że już cieknie, chce skończyć w moich ustach, zgadzam się, on porusza moją głową, lekko ciągnie za włosy, znów odlatuję, wtulam głowę w jego brzuch, z nim w moich ustach, tkwię i nie chcę się ruszyć. Wiem, że za moment on będzie się ubierał i przyspieszy. Patrzę na zegar. Jest późno, za 45 minut mam być o 55 km dalej. Odwożę go, jeszcze dzwonię, on oddzwania, długo rozmawiamy, prosi, bym zadzwoniła na przerwie, na blacie mam ponad 170 km, przeraża mnie to, bo nie czułam, że przyspieszyłam aż tak bardzo. W pracy jestem przed czasem. Pracuję, myśli wirują, w przerwie wychodzę i dzwonię, on też pracuje, przegląda dokumenty, gadamy o niczym, potem musi kończyć, mówi, że oddzwoni, ale tego nie robi. Dzwonię po wyjściu z pracy, odbiera, choć właśnie jedzie do mamy, mówi, że z kolegą, nie wiem, co o tym myśleć, czy przy koledze ze mną gada, czy kolega będzie za moment, a potem mówi, że już przyjechał i idzie do mamy, żegna się krótkim pa, bez żadnej deklaracji, że zadzwoni jutro, bez pytania, co robię i czy jadę do pracy, po prostu pa.

Wiem, że nie będzie jutro dzwonił, bo przecież dostał to, czego chciał, na najbliższy tydzień wystarczy… A potem znów będzie mnie urabiał, ugniatał jak plastelinę, bym spełniała jego fantazje, a on będzie spełniał moje, te niewypowiedziane, bo na wypowiedziane ciągle reaguje negatywnie.

Da capo… Męcząco, wbrew postanowieniom, wbrew sobie samej, w momencie, gdy odbudowuję w sobie pozytywne nastawienie do męża, życia, rodziny, pozwalam samej sobie rozsypać to, co ledwo posklejałam. Kruchą równowagę, poczucie bezpieczeństwa. Wszystko się sypie.

Teraz mam ochotę zapytać go, czego naprawdę chce, po co mówi coś, czego potem nie wciela w życie. Czy w ogóle kiedykolwiek naprawdę chciał ze mną wyjechać. Czy ta propozycja basenu była poważną propozycją, a jeśli nie, to po co to wszystko mówił, tak banalnie – żebym była łatwiejsza…

A ja znów, ta naiwna, ta, co nie umie odczytać sygnałów, nie rozumie, bierze dosłownie to, co jest przenośnią i sarkazmem, a jednocześnie tak empatycznie potrafi rozgryźć, co boli innych i usprawiedliwiać ich zachowanie, zdejmując z nich odpowiedzialność.

Może znajdę w sobie odwagę i zapytam.

Pamiętam tę rozmowę, kiedy on był po alkoholu, jakbym tęskniła za tą jego otwartością i szczerością, że choć raz powiedział, co w nim siedzi, nie mówiąc bezpośrednio, co do mnie czuje, ale określając się w tej naszej relacji.

A ja chyba potrzebuję doprecyzowania, potwierdzenia. Sama nie wiem. Boję się już nie wiem, czego. Chyba nie tego, że go stracę, bo ostatnie rozmowy pokazały, że nie mamy o czym rozmawiać, że większą przyjemność sprawia mi seks z nim, niż rozmowa, a kiedyś było inaczej. Gadamy, ale to jak dwa monologi, może nie potrzebujemy już ze sobą rozmawiać, a tylko ja nie potrafię, nie chcę przyznać się przed sobą, że potrzebuję, że w tej relacji oczekuję jedynie seksu. A może wcale nie potrzebuję, albo wmawiam sobie, że tak nie jest. I może wypieram potrzebę rozmowy, bo skoro jest niezaspokojona, to łatwiej mi wmówić sobie samej, że wcale jej nie potrzebuję.

Miałam zastanawiać się nad odpowiedzialnością. Nie wiem, dlaczego mam taką potrzebę chronienia innych, czego się boję, nie dźwigam już tego wszystkiego, chcę, żeby każdy dźwigał swoje, ale nie wiem, jak tego dokonać.

I wiem, że podświadomie będę czekać na jego telefon. I wiem, że sama do niego pierwsza nie zadzwonię, to jakiś schemat taki, że dzwonię po, jakbym chciała jeszcze przedłużyć bycie z nim, przy nim, a potem uciekam, chowam się w swojej skorupce i czekam, aż któreś jej miejsce zmięknie na tyle, by go do tej skorupki wpuścić. On wszystko rozwala, ja, zaślepiona, pozwalam mu na to, a potem znów usuwam wszelkie jego ślady ze skorupki, moszczę się w niej, odnajduję równowagę… do następnego razu.

Boję się, że ta moja skorupka pewnego dnia już nie da się posklejać i nie będę miała gdzie się schronić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s