Telefonicznie (nie telepatycznie)

Poranek z jego telefonem w drodze do pracy, ledwo wyszłam z siłowni. Ale on już w biegu, pytał, kiedy mam przerwy, obiecał, że na przerwie zadzwoni. Na pierwszej nie zadzwonił, a ja dowiedziałam się, że mogę sobie zagospodarować dowolnie czas, bo tak wyszło… Czekałam na ten telefon i wahałam się, czy nie odmeldować się szefowej i nie pójść do domu. Zostałam, miałam co robić. Zadzwonił w porze drugiej przerwy. Ale też w biegu, bo kolega miał go właśnie zawieźć na spotkanie z imprezą (czyt.: z wódką).

Wcześniej, kiedy jechałam do pracy, męczyła mnie rozmowa z nim, taka o niczym, taka po nic, coś mówił o książce, która dotyczy jego pracy i że po angielsku, powiedziałam, że mógłby się na szkolenie zapisać, to by mu ktoś ładnie tę całą wiedzę wyłożył, on znów zaczął mówić, że czytanie jest fajne, odpowiedziałam, że owszem, ale czytać można solo, a na szkolenie można pojechać w towarzystwie, ale absolutnie nie złapał wątku i niczego nie zaproponował.

Czuję się, jakbym wyciągała do niego gałązki, tyczki, a on  żadnej z nich nie chce chwycić, by nie znaleźć się bliżej mnie.

Jutro rano mam malutki zapas czasu przed pracą, muszę zatankować samochód, chciałam kupić ciasto na zebranie (bo nie zdążę upiec), pomyślałam o kawie i śniadaniu w parku, potem pomyślałam, że on będzie skacowany i nie będzie mógł pojechać swoim autem do pracy, że mogłabym go podwieźć, ale nie chcę jego w moim aucie, nie chcę picia kawy, które na kawie się nie kończy, nie chcę być jego chwilą relaksu (bo podkreślał, jaki jest zmęczony i przepracowany, że potrzebuje chwili wytchnienia…) – wiem, że te pięciominutówki czy ach, aż nawet kwadranse ze mną, to takie chwile wytchnienia, ale ja tak nie chcę, nie chcę być jego kwadransem rozrywki, bo to wiąże się dla mnie z ogromnym obciążeniem.

Dziś jakoś tak znów pozytywnie, jakby wbrew wszystkiemu. Wczoraj rano też pojawiło się to dziwne uczucie, radość, prawie euforia, coś pozytywnego w powietrzu, jechałam, śpiewałam, coś dobrego we mnie, jeszcze zanim on zadzwonił, jakbym była zdolna czuć dobro, czuć dobrze, czuć się dobrze i bez niego. Może to nowa kawa, a może hormony (wystraszyłam się, bo podobne nastroje to tylko w okolicach owulacji, a to zupełnie nie ta pora), a może lecytynę wzięłam i tak zadziałała.

Łatwiej mi przypisywać dobro i te pozytywne odczucia jakiejś nagrodzie za wytrwałość, za brak spotkań z nim, za usilne starania, by być wierną i uczciwą, przede wszystkim wobec siebie samej. Żeby nie godzić się na nic, co mnie rani, co robię wbrew samej sobie.

Ale pamiętam, że na poprzednie spotkanie szłam z ogromną chęcią, mocno napalona, było niesamowicie, ale jego pośpiech zepsuł klimat. Nie chcę tak. Nie chce się nakręcać, łudzić, czekać, oczekiwać i znów doznawać rozczarowań.

Jestem głodna. Każda walka z kawałkiem jedzenia, który wodzi na pokuszenie, ale któremu umiem się jednak oprzeć, dodaje sił, by dalej walczyć. Dzisiejszy obiad był dobry, dzieci też polubiły żytnie pieczywo. Czekoladzie (trzem malutkim kostkom gorzkiej) uległam wieczorem, siedząc przy młodym, zmęczona i głodna, ale za to na kolację była pomarańcza i kawałek jabłka, myślę, ze zmieściłam się w limicie kalorii.

Teraz czuję, jak bardzo głodna jestem, pójdę za moment spać, mam nadzieję, że myśli nie rozbiegną się na wszystkie strony, wiem, że pójdą tam, dokąd pozwolę im pójść, a dziś jakoś czuję, że mogę znaleźć w sobie siłę, by nad nimi panować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s