Przedświątecznie

Istnieje cała masa artykułów, traktujących o tym, że Święta to najgorszy czas dla kochanek… Że same siedzą i czekają, kiedy ukochany siedzi z rodziną i odliczają czas do końca świąt.

Pamiętam, jak 11 lat temu (chyba 11, to musiał być 2006 rok, bo w 2007 na Święta byłam już w ciąży z młodszym…) ktoś życzył mi na służbowej wigilijce wolno płynącego czasu, a ja, w tej sukience, w której byłam z nim po raz pierwszy i którą mam do dziś, chciałam, żeby ten czas minął jak najszybciej, by znów go usłyszeć, znaleźć pretekst do zadzwonienia i spotkania się…

I większość Świąt, od tych 11 lat, spędzam tęskniąc za nim. Absurdalne. Pamiętam, te Święta w 2007, jedne z najgorszych, krzyczący mąż, moje paskudne samopoczucie, hormony, łzy, początek ciąży, ogólnie ciężko…. I rok później, 2008, kiedy patrzyłam na moich dwóch synów i czułam taki spokój i szczęście, poczucie bezpieczeństwa…

Rok temu zjedliśmy razem Wigilię, z teściami, u nas, po raz pierwszy przy zastawianym przez nas stole, spokojnie, bez kłótni, a dziś cała drżę, jak będzie jutro…

Rok temu – nie pamiętam, czy bardzo tęskniłam, ale były takie lata, kiedy było ciężko.

Wczoraj krążyliśmy w biegu, chciałam dać mu pierniki, które sama zrobiłam. Jak rok temu (pamiętam, spotkaliśmy się, gdy jechałam do sklepu rybnego, szybka akcja w moim samochodzie, pocałował mnie, żeby podziękować za pierniki i zjadł kilka przy mnie), jak dwa lata temu (chyba zaniosłam mu je do pracy, ale nie pamiętam dokładnie). Poprosił, żebym podjechała do pracy. Sekretarki już nie było. Była inna pani, zaprosiła mnie do jego gabinetu, dałam puszkę pierników, on oddał mi pudełko sprzed dwóch lat, tego sprzed roku nie chciał oddać, stało na szafie, zapytałam, czemu nie odda, a on odparł, że mu się podoba, powstrzymałam się od powiedzenia, że pewnie wciąż są w nim pierniki z zeszłego roku… Ale taka myśl przeszła mi przez głowę. Zapytałam o Święta, powiedział, że jego kobieta wyjeżdża do brata, z mamą, a on będzie u swojej mamy, z dziećmi… Z jakąś taką satysfakcją odebrałam informację,  że jego kobiety z nim nie będzie. I z jakąś nadzieją, że może będzie chciał w tym czasie jakoś się ze mną spotkać, skontaktować. Do gabinetu weszła po coś ta sama pani, pożegnałam się i wyszłam. On zadzwonił po dwudziestu minutach, żeby powiedzieć, że jutro będzie po południu jechał sam na zakupy, między 16:00 a 18:00, więc mogę zadzwonić.

Od rana czekałam. Zadzwoniłam o 16:16. Nie odebrał. Siedziałam chwilę w zimnym samochodzie, kiedy chciałam już wyjść, zadzwonił, powiedział, że trochę się pozmieniało, jego kobieta nie wyjechała, a teraz jeździ z córką i musi podskoczyć po leki dla mamy. Ja powiedziałam, że będę wolna dopiero po 17:30, ale wcale nie chciałam się z nim spotykać. Chciałam go usłyszeć, jakaś część mnie chyba liczyła na słowa, które mogłyby ogrzać mnie na tych kilka dni bez niego.

I nic. Stwierdził tylko, że spotkamy się po świętach, że w czwartek pracuje, a ja, nie wiem, czemu, powiedziałam, żeby zadzwonił. Że od rana może dzwonić.

W środę będzie miał urlop. Jego kobieta też.

Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Chyba wyobraziłam sobie, że mógłby powiedzieć coś ciepłego, co jakoś by mi dało odczuć, że on też będzie tęsknić.

Cholera.

Nic.

Zbudowałam sobie znów jakąś złudną wizję. Odległą od rzeczywistości.

Przyznałam przed samą sobą, co do niego czuję. A teraz muszę zrobić następny krok i zdecydować, co z tym dalej zrobię. Teoretycznie zdecydowałam, że trwam z mężem, że chcę się skupić na rodzinie, na naszej czwórce.

A ciągle odzywa się głosik, próbujący mnie przekonać, że przecież w moim życiu jest też miejsce dla niego. Dla nas.

Choć wiem, że nie ma żadnych „nas”.

On udaje, że nic się nie stało, że niczego nie powiedziałam.

A ja nie umiem już tak udawać. Może potrzebowałam się przekonać, jak on na taką deklarację zareaguje. Wcale nie zareagował. Potem uciekł. Potem wrócił. Ale udając, że nic się nie zmieniło. A może po prostu w jego postrzeganiu nic się nie zmieniło, więc dla niego jest to ta sama sytuacja.

Może czekałam na jeszcze jakieś świąteczne życzenia, może na jakieś słowa, których nawet nie umiem sobie wyobrazić. I nic.

Wysiadłam z samochodu, wsiąknęłam w codzienność. W ciszy kościoła prosiłam, by Bóg pomógł mi znaleźć dobre rozwiązanie z tej sytuacji.

Tak trudno mi skupić się na tym, co dla mnie ważne, gdy czuję, że to on jest najważniejszy. Ale nie ma tu zachowanych proporcji, ja nie jestem dla niego tak samo ważna, jak on dla mnie. Czuję się przyparta do muru, że muszę coś zdecydować, mocno, drastycznie.

A wygodniej chyba trwać, z obawy przed tym nieznanym, które nastąpi po decyzji, jaka by ona nie była.

Muszę rozgryźć, czego najbardziej się boję, czy naprawdę taką, a nie inną decyzją sprawię, że stracę coś dla mnie ważnego. Na ile jest to dla mnie ważne. Na ile taka strata będzie boleć.

Nie wiem, ile już razy przeżywałam żałobę po rozstaniu z nim. Płakałam, żałowałam, wyłam, popadałam w depresję, rzucałam się w sport, w jakąkolwiek działalność, która mogłaby zająć myśli i odwrócić od bólu.

Może na spokojnie, jeszcze w Święta lub tuż po, usiądę i zacznę sobie to układać.

Merde. Zgubiłam kalendarz. A tam kartka z zapiskami. Merde. Bardzo nie mogą wpaść w niczyje ręce.

Merde.

Idę jej szukać.

I wmawiać sobie samej, że nie jestem jedną z tych kochanek, co w Święta tak strasznie cierpią i są tak bardzo samotne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s