Boleśnie

Obolała. Zastanawiam się, na ile na moje koszmarne samopoczucie wpływa wewnętrzne rozstrojenie.

Doszłam do wniosków. Po raz pierwszy wydaje mi się, że coś sobie ułożyłam i zrozumiałam.

On twierdził, że ja jestem dla niego elementem przyjemności, który wybiera dla siebie, bo tak chce, bo nie obchodzi go, co pomyślą i poczują inni. Robi coś dla siebie, bo sam jest dla siebie ważny i to sprawia mu przyjemność.

Sugerował, że powinnam zrobić tak samo, traktować go, relację z nim, jako coś, co mam dla siebie, bo jestem dla siebie ważna. Zastanawiałam się nad jego słowami, bo jakiś czas temu też uważałam, że ten czas z nim, to mój czas dla siebie, robię coś, co sprawia mi przyjemność, coś, co lubię.

Różnica taka, że on nie ma wyrzutów sumienia, a ja, każde spotkanie okupuję bólem duszy, coraz głębszym, wewnętrznym rozdarciem.

I po naszej rozmowie, kiedy wydawało mi się, że może coś do niego dotrze, kiedy mówił, że trudno jest komuś powiedzieć o swoich pragnieniach, że to jest trudne, a on przede mną potrafi o tym mówić, a ja tłumaczyłam, że to pewnie dlatego, że wie, że mnie może powiedzieć wszystko, że nie będę go oceniać, że nie odrzucę, że będę na jego potrzeby i pragnienia otwarta, uważna; po tej rozmowie pomyślałam, że powinnam była zadać mu pytanie, czy on kiedyś też był tak otwarty na moje pragnienia, czy słuchał, czego ja chcę, był gotowy to zrobić.

I wyszło mi na to, że nie. Nie chodzi tylko o te majtki, których nie chciał zdjąć…

Spotkaliśmy się następnego dnia. Rozbroił mnie chyba pomysłem, że mogę przyjechać z golarką, a on ogoli moje intymne miejsca, bo jest dobry w goleniu. A może sama nie wiem, co mnie tak ujęło. Że pamiętał, jak kiedyś użyłam zwrotu „trzy sekundy do setki” w kontekście zabawki erotycznej, a on użył tego zwrotu, by podkreślić, jak mocno na niego działam, jak prędko doszedłby przy mnie (bo nie ze mną… – to też coś, co mnie uwiera).

Zgodziłam się spotkać z nim, pojechaliśmy po jego samochód służbowy. Zdejmował moje majtki w czasie jazdy, wiem, że go to bardzo kręci, jechałam ostrożnie, a on sobie radził. Zjechaliśmy na parking, zaparkowałam tyłem, bo jakoś tak łatwiej mi było podjechać, a on rzucił się na mnie… Zastanawiałam się, czy kiedyś tylko mi się wydawało, że pieścił mnie swoim językiem, nie wydawało się. Powtórzył to. Intensywnie, dokładnie, niesamowicie, odleciałam. Pieściliśmy się na zmianę, moje usta, jego usta, moje piersi, jego stopy, znów pytanie, gdzie chcę, by skończył. Moja stała odpowiedź, z nadzieją, ze po tej wczorajszej rozmowie coś się zmieniło.

Nic się nie zmieniło. Ta sama odpowiedź: „Boję się”. Kiedy pytam „czego?” – znów ta sama odpowiedź: „nie chcę”

Kurwa. Ale ja tego chcę. Chciałam. Już nie chcę. Już niczego nie chcę. Od niego nie chcę.

I właśnie to sobie uświadomiłam:

on nie jest tym, co ja robię dla siebie, bo jestem dla siebie samej ważna. To wszystko, co robiłam, robiłam dla niego, moje przełamanie bariery wstydu, niechęci, niesmaku – wszystkie moje tak, wbrew mnie samej, moje usta, jego tyłek, drążek skrzyni biegów we mnie, cukinia we mnie, moje podarte pończochy, hektolitry jego spermy tam, gdzie trudno mi ją było zaakceptować, na mnie, na samochodzie, w moich ustach, we włosach, w nosie… Jego zapach i smak, nie zawsze cudowne i podniecające… To wszystko, co przyjmowałam, dając z siebie wszystko, co mogłam – to wszystko było dla niego, nie dla mnie.

I zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nigdy nie powiedziałam „nie”, nawet wtedy, gdy tak bardzo czułam, że robię coś wbrew sobie.

Teraz już wiem. Ze strachu. Z obawy przed stratą. Z lęku, że go utracę, że nie będzie go już w moim życiu, a ja go tak bardzo potrzebowałam. I z tej obawy i lęku byłam gotowa na wszystko, byle tylko był, jakkolwiek był, ale żeby był. Znosiłam to, co mnie upokarzało, płakałam zraniona, uprzedmiotowiona, zmanipulowana, nieszczęśliwa, wykorzystana, zła na siebie samą – wszystko po to, by znów zadzwonił, by wspierał, by złośliwie żartował, by po prostu przy mnie był, nawet, jeśli w rzeczywistości wcale nie mogłam na niego liczyć i na nim się wspierać, szukałam pretekstów, by prosić go o pomoc, by uczynić go niezbędnym elementem mojego życia, może nawet do tego stopnia, by on sam w to uwierzył, że jest mi niezbędny.

Tak bardzo chciałam zatrzymać go w moim życiu, tak bardzo chciałam usłyszeć (nawet kłamstwo), że gdybym była sama, wolna, to on zostawiłby wszystko, by ze mną być.

Teraz myślę, że nie chodziło o to, by powiedział, że zostawiłby wszystko, bo wcale nie wymagam, żeby odciął się od dotychczasowego życia, ale chciałam, by powiedział, skłamał, że chciałby też ze mną być, nie traktując mnie jak hobby, jak opcję, ale jak istotny, najistotniejszy element codziennej egzystencji.

A ja jestem dla niego monetą, opcją, rozrywką, butelką wódki, piję, bo chcę, kupuję, bo chcę, bawię się, bo chcę. I chuj. I nic nikomu do tego.

Zabolało mnie, kiedy powiedział to, co oczywiste, że nie zostawiłby dla mnie niczego innego – taki przekaz to informacja: nie jesteś dla mnie ważna, są sprawy, osoby ważniejsze od ciebie.

A on stał się dla mnie najważniejszą osobą.

Nie boję się tego pomyśleć, powiedzieć. Kocham go.

Taka miłość, która stawia drugą osobę nad sobą samym, wyrzeka się wszystkiego, nawet samego siebie, godzi się na wszystko, byle tylko uszczęśliwić drugą osobę.

Ale w takiej miłości nie ma miejsca na miłość do siebie samego, a ta miłość jest podstawą wszelkich innych udanych miłości. Nie szanuję siebie samej, ranię się tą relacją, tym wszystkim, co robię po to, by jego uszczęśliwić, a nie po to, by uszczęśliwiać siebie.

Pytał, w czym mi przeszkadza w moim poszukiwaniu siebie samej.

Właśnie w tym, że ja, przekonana, że robię coś dla siebie, robię coś tylko dla niego, po to, by został w moim życiu. A on w nim nie chce być. On chce mnie w swoim życiu z doskoku. Ładna moneta, którą można wylicytować, sprzedać, zarobić na niej, satysfakcja, ze znalezienia czegoś wyjątkowego, ośrodek przyjemności w mózgu uaktywnia się.

Dla mnie to za mało, by mnie samą przekonać, że ta nasza relacja to robienie czegoś dla mnie. I dziś, odkąd na to wpadłam, a wpadłam chyba wczoraj, mam taką potrzebę, by mu to powiedzieć, by definitywnie rozstrzygnąć dla siebie samej, dla niego, jak to wszystko dalej ma wyglądać, albo raczej, jak powinno zniknąć.

Pytałam, czy mógłby zaakceptować mnie jako koleżankę, przyjaciółkę, bez seksu, mnie jako mnie. Jasne. spotkaliśmy się raz na takiej przyjacielskiej kawie i potem i tak się posypało. Przecież ja mu nie jestem potrzebna do gadania, wysłuchiwania, picia kawy… Mam wrażenie, że jestem tylko taką małą rozrywkową atrakcją. Źle mi z tym.

Chyba już nie będę umiała ponownie o to zapytać, chcę mu powiedzieć, że myliłam się, że on też się mylił, że ta nasza relacja to coś dla mnie. Ranią mnie jego „nie”, czuję się odrzucona i uprzedmiotowiona. Może nawet na niego zła. Rozczarowana, że nie wybrałby mnie. Opuszczona.

A skoro i tak czuję się opuszczona, to powinnam przestać się bać tego opuszczenia i tego, że zabraknie go w moim życiu, w którym on nie chce się znaleźć.

Teoretycznie to jest takie proste. Boję się teraz jeszcze tej konfrontacji z nim.

Pamiętam, jak nagle, jednego dnia, poczułam, że mogłabym wszystko zostawić po to, by móc z nim być, że chcę z nim  być, a później, jak już w ogóle rozważyłam taką opcję, to nagle znalazłam w sobie siłę, by ją zanegować. Nawet nie pytając, czy on chciałby ze mną być, obudowałam sobie opcję bez niego.

I może teraz jest podobnie, czuję, że on nie chce być w moim życiu, tak samo, jak nie chce być we mnie, że boi się, że nie chce, więc może dlatego wmawiam sobie, że ja też wcale tego nie chcę, albo tylko po prostu próbuję pogodzić się z faktami.

Głęboko tkwi pragnienie, żeby go zapytać, czy w ogóle chciałby tego. Choć, jaka by nie była ta jego odpowiedź (a zakładam, że będzie negatywna), to nic się nie zmieni. Mnie będzie bolało, nie zmienię mojej sytuacji, może nawet wolałabym jednak usłyszeć, że nie chce, żeby spokojnie móc się z tym pogodzić, a nie tkwić w rozdarciu między tym, co mam, a potencjalnością tego, czego i tak nigdy mieć nie będę, brak tej potencjalności działa kojąco, mimo wszystko.

Zatem wcale nie wiem, czy wolałabym usłyszeć kłamstwo, czy prawdę, czy wolałabym usłyszeć, że szczerze nie chce, a może, by skłamał, że nie chce, jeśli czuje inaczej.

Wiem jednak na pewno, że przez wszystkie te lata tak bardzo bałam się go utracić, ale nie można utracić czegoś, czego nigdy się nie miało, chyba.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s