jeszcze bardziej samo

Po wielu samotnych dniach w końcu powiedziałam, że zrobił mi przykrość, że chcę, by mnie przeprosił. Powiedział przepraszam. Ale dziś dowiedziałam się, że to było kompletnie bez sensu. Że on przecież nie miał mnie za co przepraszać. Więc po co to robił?

Od kilku dni rozmawiałam przez telefon z lękiem, że w końcu trzeba będzie zmierzyć się z odmową spotkania. Wczoraj, kiedy zadzwonił, miałam totalne urwanie głowy. Oddzwoniłam po chwili, w śniegu próbowałam dotrzeć do auta i nie przewrócić się w butach na wysokich obcasach. Potem odśnieżałam auto, a on cały czas na telefonie. I takie drobne słowa, które sprawiają, że czuję się cieplej – żebym sobie najpierw odpaliła samochód, żebym nie rozpinała kurtki, bo się przeziębię… Umówiliśmy się na telefon na dzisiejszy ranek. Odwiozłam dzieci do szkoły, a on zadzwonił tuż po ósmej, jechałam w śniegu, a on zaproponował, że kupi dwie kawy i pojedzie na cmentarz. Nie chciałam jechać na cmentarz. Powiedziałam, że wiem, że na piciu kawy się nie skończy, on potwierdził, powiedziałam, że nie pojadę, skwitował to krótkim „jak chcesz” i nie namawiał.

Wróciłam do domu. Po drodze on jeszcze powiedział mi, że dziś ma luźniejszy dzień w pracy, że dzieci wyjeżdżają, że będzie sam, że jego kobieta późno wraca, że mogę nawet wieczorem zadzwonić.

Siedząc nad zimną, domową kawą łapałam się na tym, że żałuję, że z nim nie pojechałam, że żałuję, że nie spędzę z nim dnia, popołudnia, wieczoru.

Rysowałam moje role i relacje. Wyszło, że on jest najważniejszy, dominuje całą resztę mojego życia. Nie tylko dlatego, że ta rola czy relacja ocieka wprost seksem, nie wiem, może przede wszystkim dlatego, ale jakoś tak się stało, że czuję jego niezbędność.

Spodziewałam się, że fakt odmówienia mu przyniesie mi jakąś satysfakcję, sprawi, że lepiej się poczuję. Nie poczułam się lepiej. Tęsknota narastała we mnie z każdą minutą.

Maraton dzieciowo-lekarski, potem dołączył mąż, widziałam, jak mały jest zmęczony i jak nie chce jechać na spotkanie, mąż nalegał. Na moją prośbę i łzy w oczach mały zgodził się wejść. Ale chciał wyjść, było mu źle, nie chciał zostać, po kwadransie poprosiłam, by się pożegnał i poszliśmy. Mąż po prostu się wściekł. Wydarł się na mnie, na małego, zapowiedział mu jakiś okrutny szlaban  i powiedział, że mały go ośmieszył i przyniósł mu wstyd.

Ja patrzę na małego zupełnie inaczej, nie przez pryzmat tego, że mnie zawstydza, ale przez pryzmat tego, jak sam sobie w danej sytuacji radzi.

Kiedy tak na nas krzyczał, powiedziałam, że jak mu tak źle z nami, to mogę się wyprowadzić.

– to się wyprowadź.

Więcej nie musiał mówić. Przyjechałam. Wrzuciłam do auta moją torbę z laptopem, książkę, trochę ubrań, mały wrzucił kilka swoich rzeczy. Wyszliśmy. W aucie mały zapytał, czy już wyprowadzamy się na zawsze. Czy teraz rozwiodę się z tatą. Czy będzie miał ojczyma, a nie ojca. Powiedział, że trochę mu smutno, bo lubi tatę.

Wytłumaczyłam, że to normalne, że mu smutno, bo tatę na pewno nawet kocha, nie tylko lubi. I że tata zawsze będzie jego tatą. Powiedziałam, że nie wiem, jak to będzie. Kiedy mały mówił, że tata już mnie pewnie nie kocha, powiedziałam, że może tak jest, ale ja go kocham.

Tak naprawdę sama już nie wiem. Starałam się inwestować w to uczucie. Odebrałam z naprawy zegarek, który dałam mu w prezencie ślubnym, pomyślałam sobie, że to będzie jak otwarcie nowego rozdziału. Że rezygnuję z tego, co mnie od niego odciąga, że chcę znów czuć, że on mnie kocha tak, jak kiedyś czułam, że kocha. Że to jakiś nowy początek.

Wróciłam z auta, położyłam ten zegarek na jego laptopie z karteczką, że zegarek można naprawić, a czasu nie można cofnąć.

Smutno mi. Zawiozłam małego do mamy. Sama zeszłam do auta pod pretekstem oddzwonienia do szefowej i zabrania torby z laptopem. Z szefową porozmawiałam króciutko. Potem walczyłam sama ze sobą, żeby nie wybrać jego numeru, nie powiedzieć, że właśnie uciekam, że chcę się wyprowadzić, że się boję… Tak bardzo chciałam go usłyszeć, jednocześnie bałam się, że nie będzie mógł odebrać, albo, że mój telefon postawi go w niezręcznej sytuacji.

Siedziałam i uświadomiłam sobie, że coś jest takiego w tym moim postrzeganiu, że jego widzę najpierw, że należy do mojej wizji przyszłości, że nie umiem dać mu odejść, że potrzebuję go i jego wsparcia, jego wraz z tym wszystkim, co mi daje, ale też z tym, czego nigdy nie będzie mógł mi dać. On sprawia, że czuję się zaopiekowana, ważna, pociągająca, atrakcyjna, mądra, wspierana, że czuję się dobrze. Pomijając całą warstwę poczucia winy.

Gdybym mogła wybierać, niezależnie od jakichkolwiek czynników, to pewnie rzuciłabym wszystko i zawalczyła o to, by być z nim razem. Ale taka opcja nie wchodzi w grę, bo on jej nie chce. I chyba właśnie do tego musiałam dojść sama, do tego, że mnie nie wystarczają kwadranse w samochodzie, że nie wystarczają mi wspólne kawy, rozmowy i planowanie wyjazdów, które nigdy nie dojdą do skutku. Że ja na co dzień chciałabym mieć przy sobie kogoś troskliwego, kochającego, kogoś, dla kogo jestem atrakcyjna, ważna. A nie mogę, bo on nie może mi dać tego w takim wymiarze, w jakim tego potrzebuję. I dlatego właśnie powinnam definitywnie się z nim rozstać. Nawet może właśnie zapytać, czy będzie w stanie całkowicie wszystko rzucić, zaryzykować, a znam odpowiedź, jestem pewna, że mnie nie wybierze – więc właśnie takie postawienie pytania powinno skutecznie zadziałać, sprawić, że to on zrezygnuje, albo, że ja znajdę ostateczny argument, by zostawić tę całą relację.

Chciałabym móc czuć, że zasypiam koło faceta, którego kocham i który mnie kocha, który mnie szanuje i chce mnie uszczęśliwiać, którego ja uszczęśliwiam.

Zasypiam sama. Budzę się sama. Tęsknię. I tęsknota za kimś, kto jest krok ode mnie boli bardziej, niż za kimś, kto jest wiele kilometrów dalej.

Sama już nie wiem, którego kocham, sama nie wiem, co czuję, wiem, że coś się rozpada w moim życiu w dniu, w którym jeszcze kilka godzin temu wierzyłam w mój mały sukces i zakładałam, że zrobiłam pierwszy krok ku lepszej mnie samej.

Nie cieszy mnie ten sukces. Odmowa spotkania. To, że zamiast do niego, zadzwoniłam do przyjaciółki. Nie dało mi to poczucia satysfakcji, a sprawiło, że mam jeszcze więcej wątpliwości.

Może nikogo nie umiem kochać. A może nie umiem nazwać tych uczuć, które właśnie odczuwam. Wiem tylko, że mi źle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s