Samo

Samotnie.

Samodzielnie.

Samowystarczająco.

Sama.

Smutna.

Rozmawiamy przez telefon, on pyta, jak mam zajęty czas, mówię o pracy, wizytach u lekarza, wyjeździe. Dużo tego. On stwierdza, że w takim razie będziemy rozmawiać przez telefon. A ja uświadamiam sobie, że nie mam z nim już o czym rozmawiać. Że nie chcę z nim już rozmawiać. Umawiamy się na telefon koło 13:00. Krążę po budynku, zostawiając telefon w jednym z pomieszczeń. Wracam po kwadransie. Dzwonił. Nie oddzwaniam. Wsiąkam w wir obowiązków. W rozmowie pojawił się temat mojego nowego projektu, wiem, że gdyby tylko chciał, mógłby mi w nim pomóc. Ale rzuca tylko luźną sugestię, a ja przez cały czas walczę ze sobą i każdym odruchem, by do niego zadzwonić i poprosić o pomoc. Nie chcę. Przedzieram się sama, ciężko, ale jakoś powoli wychodzę na prostą, dam radę. Bez niego dam radę.

Kiedy mówiłam o wyjeździe i wspomniałam, że trochę się boję, co z dziećmi, jak przez te kilka dni poradzą sobie beze mnie, on, z jakąś złością czy innym napięciem w głosie powiedział: „kurwa, przecież dzieciaki mają też ojca”… – nie skomentowałam tego. Ja od dawna czuję się jak samotna matka. Ciągle obok. Taki piękny tydzień złudzeń, kiedy wszystkie myśli, tęsknoty, wszystko przekierowałam na męża, każdy poranek z nastawieniem, że mam w nim wsparcie, że chcę do niego zadzwonić w drodze do pracy, rozmawiać z nim, czuć, jak mnie wspiera, zasypiać w jego ramionach.

Wszystko się rozsypało. Znów wracam do tego punktu, w którym widziałam, że on mnie kompletnie nie słucha, nie liczy się z moim zdaniem, okłamuje mnie, mówi jedno, robi drugie, działa za moimi plecami, a wszystkie złe konsekwencje jego złych decyzji spadają na mnie, odbijają się mocno i dotkliwie, moje łzy, ból, fizyczny i wewnętrzny, a najgorsze jest takie poczucie opuszczenia, niezrozumienia, nawet przez myśl mi przeszło, że poczucie zdrady, jakby przestał stać po tej samej stronie, co ja, jakby stanął przeciwko mnie.

Ja już nie mam siły. Mówię sobie, że żadnego z nich nie potrzebuję. Ale to nie jest prawda, że nie potrzebuję nikogo. Potrzebny mi ktoś, kto stanie przy mnie, wysłucha moich argumentów, przyzna rację, jeśli ją mam, albo przedstawi swoje argumenty, żeby przekonać do jego opcji. Ktoś, kto mnie po prostu obroni, ochroni, bo ja sama nie zawsze potrafię. Potrzebuję kogoś, kto zdejmie ze mnie część odpowiedzialności, wesprze w jej dźwiganiu. Ale kogoś takiego nie ma. I moje powtarzanie, że ja nikogo nie potrzebuję, to jest tylko sposób na pogodzenie się z faktami, z tym, że jestem sama.

Patrzyłam wczoraj na niego. Spóźnił się na spotkanie. Patrzyłam, kiedy siedział już w fotelu, jego twarz, włosy układające się nad oczami, każdy fragment twarzy, spojrzenie, zarys ust, to wszystko, co kocham, za czym tęsknię. Nie wiem, czy umiem bez tego żyć. Będę musiała się nauczyć. Nie chcę tak funkcjonować. Powiedziałam mu, że chcę się wyprowadzić, ale nie mam dokąd. Nie chcę wracać (bo to jak powrót) do mamy. Chcę mieć swoje miejsce na ziemi. Mój dom. Dla mnie i dzieci. Chcę mieć kota, kwiatki na parapetach, kwiaty w wazonie, Budzić się z poczuciem, że jestem u siebie. Nie wiem, jak mam to zrobić. Zacząć szukać. Przerastają mnie kwestie finansowe, nie mogę żyć z oszczędności, a wszystko się zmieniło. Trwam w tym, co jest. I nie wiem, czy to tylko kwestia finansów mnie powstrzymuje.

Kiedy było mi tak strasznie źle i samotnie, podeszło do mnie dziecko. Przytuliło. Tego potrzebowałam, ale nie może spadać tyle na takiego malucha. On też ma prawo do normalnego, spokojnego dzieciństwa. Nie może dźwigać wszystkiego. To nie on ma mnie wspierać, a ja jego. Mnie powinien wspierać ktoś inny. Ale tego nie robi i jest mi z tym źle.

Potrzebuję, tak czuję, żeby mnie przeprosił. Tęsknię za nim, ale nie umiem, może nie chcę, tak bez niczego wybaczać, odpuszczać, udawać, że nic się nie stało. Stało się i strasznie mnie zraniło. Zrobiłam rano śniadanie. Poprosiłam dziecko, by go zawołało. Przyszedł, gdy ja już skończyłam jeść. Powiedział, że kanapki były dobre. Nie umiem z nim rozmawiać. Nie chcę, by mnie przytulał, póki mnie nie przeprosi, póki nie zrozumie. I mam wrażenie, że on nie chce zrozumieć. Nie czuje potrzeby przepraszania. Że ja mu do niczego nie jestem potrzebna, moje, nasze dzieci – też nie.

Smutno mi i źle. Muszę wziąć się za projekt. Ciężko tak. Ale muszę dać radę. Sama. Samotna. Samodzielna, Samosia-Zosia,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s