Na białym koniu

I tak sobie powtarzałam, że nie potrzebuję jego pomocy, nie potrzebuję niczyjej pomocy, nikogo nie potrzebuję. A dziś, w sytuacji mocno kryzysowej, pomyślałam natychmiast o nim, zadzwoniłam, pomógł jak błyskawica. Taki rycerz na białym koniu, co wybawia z opresji. Tylko że ja nie chciałam już być wybawianą przez niego. A może chciałam, ale nie umiałam się do tego przed sobą przyznać.

Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy on naprawdę jest tylko zręcznym manipulatorem, czy ja naprawdę coś dla niego znaczę, więcej, niż nic. Zastanawiam się też, dlaczego tam mocno utwierdzałam się w przekonaniu, że on mną manipuluje, że to, co robi, robi z wyrachowaniem, obliczone na efekt, jaki chce osiągnąć, a nie dlatego, żeby bezinteresownie sprawić mi radość, pocieszyć, rozbawić… Sama nie wiem.

Ta jego troska i pamiętanie, słuchanie – to wszystko jest bardzo miłe i sprawia, że czuję się ważna, zauważona, zaopiekowana, widoczna.

Nie umiem sobie tego poukładać. Nie zadzwoniłam do nikogo innego. Nie wiem, czy dlatego, że nikt inny nie przyszedł mi do głowy, czy dlatego, że nie ma innej osoby, na którą mogłabym w takiej sytuacji liczyć, która mogłaby mi pomóc.

Odebrałam od niego rzeczy. Kiedy podjechałam, siedział w aucie. Obok niego jego córka. Uśmiechnęłam się do niego, spojrzałam na nią, ona nie uśmiechnęła się. Nie wiem do końca, co było w jej wzroku, złość, tak mi się skojarzyło to spojrzenie. Wysiadłam z auta, świadoma tego, że on i ona będą mnie mierzyć wzrokiem z góry na dół. Tak nietypowo ubrana byłam, spodnie, kolorystycznie dobrane dodatki, całość bardzo mi się podobała, w pracy zrobiła spore wrażenie, nawet kilka osób mnie nie poznało. On podał mi rzeczy, ja podziękowałam, on powiedział „widzimy się jutro”, wsiadłam do auta i odjechałam, nie patrząc, czy oni też już odjeżdżają. Takie przykre w odbiorze było to spojrzenie jego córki, jakby oceniające. Zabrakło w nim życzliwości, choćby odrobinę, żebym nie czuła się tak mierzona wzrokiem, oceniana.

Znów mi zimno. Źle. nie chcę spotkać się z nim jutro. Potrzebuję rozmowy, z nim właśnie, potrzebuję rady. Wydawało mi się, że potrzebuję. Ale jeśli się spotkamy, na rozmowę będzie mało czasu, więc może rano zadzwonię i powiem, że musiałam wcześniej jechać do pracy, żeby uniknąć spotkania, a rozmawiać możemy przez telefon. Nie chcę, by mnie dotykał, nie chcę, by brał moją dłoń i kładł ją na swoim członku, nie chcę takiej relacji, potrzebuję go jako dobrego kumpla do wysłuchania, poradzenia, fajnie było poczuć, że przyjeżdża, gdy bardzo go potrzebuję i na nikogo innego nie mogę liczyć, ale z drugiej strony, wolałabym móc upatrywać swojego rycerza w kimś innym. A to jest coraz trudniejsze. Z każdym dniem jest mi zimniej. On zawija się w swoją kołdrę, poowijany w swetry, ciepłe spodnie, mam go dość, mam dość tego, jak mnie traktuje, zostawia z mnóstwem spraw samą, drobne rzeczy sprawiają, że płaczę, przez niego płaczę. I już nawet nie mam siły mu wykrzyczeć, co mnie złości, bo to chyba mnie już nawet nie złości, a po prostu rani. Po raz pierwszy wrażenie takie, jakbym życie dzieliła z kimś obcym. Oddalamy się od siebie coraz bardziej, chociaż wydaje mi się, że próbuję z tym walczyć, to jednak mam wrażenie, że coś bezpowrotnie znika, ostatkiem sił czuję, że to coś jest dla mnie ważne i próbuję to ratować, ale chyba nie potrafię zrobić tego skutecznie. To nie uda się, jeśli będę tylko ja próbować, a czuję, że w tych staraniach jestem sama. Nie mogę żyć u boku rycerza, on ma swoje księżniczki, swój świat, ja mam swój chaos, który próbuję ogarniać i z którym czuję się coraz bardziej sama. Przez myśl przebiega wizja, że może jednak moglibyśmy być razem, ale to bzdurna wizja, on chce być ze swoją kobietą, póki ona go nie zostawi (a cały czas mam takie wewnętrzne przeczucie czy może pragnienie, że ona to zrobi), on nie odejdzie od niej – chyba, że pozna jeszcze kogoś innego. On ma swoje dzieci, ja mój popieprzony świat, w którym nie ma dla niego miejsca, a właściwie to taki świat, w którym  – tak czuję  – on nie będzie chciał tego miejsca zająć. Czuję, że potrzebuję kogoś stanowczego, silnego, kto mnie obroni, kto pomoże walczyć, a w razie potrzeby zasłoni mnie, wesprze, jednocześnie nie umiem takiej pozycji oddać mężowi. Może dlatego, że czuję, że w niektórych kwestiach się myli, że boję się, że mu się nie uda, że to się wszystko źle skończy… Sama nie wiem, czego się tak naprawdę obawiam. I nie wiem, choć wydaje mi się, że wiem, jak naprawdę postąpiłabym, gdyby rycerz przyjechał i powiedział, że od teraz chce być ze mną bardziej. Sęk w tym, że on nie musi tak mówić, bo jest ze mną w dokładnie takim wymiarze i takiej formie, jakie najbardziej mu odpowiadają. Nie potrzebuje więcej, więc też o więcej nie prosi.

Rano będzie mi ciężko wstać. To będzie ciężki dzień. Nie wiem, co założę do pracy, musi być elegancko i jednocześnie raczej skromnie, bez kłucia w oczy, szara sukienka, perły, sweterek, tylko nie wiem jeszcze, w jakim kolorze ten sweter. Musze wstać za 6 godzin, jeśli chcę zdążyć z makijażem i prasowaniem, bo wciąż nie wiem, która szara sukienka…

Tyle we mnie lęku. Znów. Ale chyba najbardziej boję się przyznać przed sobą samą, że kiedy zestawiam męża i rycerza, to rycerz wypada o wiele lepiej i go po prostu wolę. Może tylko dziś, może tylko w tej chwili, czuję się bardziej obdarowana i zaopiekowana przez niego, niż przez męża, więcej z nim rozmawiam, on uważniej mnie słucha. I chyba tego bardzo teraz potrzebuję. Ale to zestawienie boli. I świadomość, że chciałabym żyć inaczej, a nie mogę, też jest bolesna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s