pusto

Przedwczorajszy dzień jak pasmo smutku i małych i większych katastrof.

Od rozbitej miseczki poprzez zwrot nienaprawionego sprzętu (bo nie ma części) po jego informację o urlopie.

Dotarło do mnie, że przez dłuższy czas jakoś upatrywałam bezpieczeństwa w świadomości, że w bardzo trudnych dla mnie momentach on będzie. Będzie w zasięgu mojego telefonu, będzie mógł pomóc, jakby był jedyną osobą na świecie, która mogłaby mi pomóc. I uświadomiłam sobie, że nie mogę liczyć na nikogo. Że jestem sama z tym, co będzie się działo. Nie wiem, jak to będzie, ale jakoś będę musiała się z tym wszystkim zmierzyć i uporać. Tak ciężki emocjonalnie był ten dzień. Nazajutrz miałam odebrać auto. On powiedział, że to będzie jego ostatni dzień w pracy przed urlopem, że taki luźniejszy, że ze mną pojedzie. Długo się zbierałam. Czerwony lakier na paznokciach u stóp. A potem czerwona sukienka i czerwone szpilki. Pytanie dziecka, po co malować lakierem, skoro go i tak nie widać. Będzie widać przez pończochy, gdy zdejmę buty, a pewnie zdejmę… Cały przedwczorajszy dzień walczyłam sama ze sobą, chciałam mu powiedzieć, żeby już nigdy do mnie nie dzwonił, że ja sobie dam radę bez niego, że chcę dawać sobie radę bez niego, że nikogo nie potrzebuję, a jego najmniej. A potem, rano, kiedy malowałam paznokcie, czułam, że spotkamy się. Zadzwonił, gdy trzymałam pędzelek w dłoni. Powiedziałam, że jak wyjdę z domu, zadzwonię do niego. Szłam w tych czerwonych szpilkach, które nadają się do jazdy samochodem (na nogach pasażerki), ale nie nadają do chodzenia krzywymi chodnikami nawet na krótkiej trasie. Zastanawiałam się, czy uda mi się dojść do celu i nie połamać nóg. Dotarłam. Zadzwoniłam. Pytał, gdzie podjechać. Tłumaczyłam i dodałam, że na pewno mnie zauważy, bo mam czerwoną sukienkę. Podjechał, wsiadłam, bez czułych powitań, bo przecież centrum miasta, bo ktoś może coś zobaczyć. Zasugerowałam skręt w prawo, szybką trasę do celu. Mieliśmy 20 minut zapasu, pasy niemiłosiernie wbijały się we mnie, gdy nachylałam się nad nim, ale nie odważyłam się ich odpiąć, przez chwilę zastanawiając się, jak tłumaczylibyśmy się, gdyby nam się jakiś wypadek przytrafił. Chciałam powiedzieć mu, że jak będzie mu się nudziło w drodze na wakacje (jadą autem do Włoch), to może sobie wyobrazić, że jadę obok niego, w takiej właśnie konfiguracji. Ale, sama nie wiem czemu, nie powiedziałam tego. Chciałam go zaprogramować na tęsknotę za mną, na jakiś taki żal za czymś, czego nie ma, z takiej chyba bezsilnej zazdrości, z żalu, z poczucia opuszczenia, sama nie wiem, z czego jeszcze. Pojechaliśmy jakąś drogą wzdłuż torów, na których stał pociąg, to jednak była całkiem ruchliwa droga, samochód, traktor, a kiedy on, siedząc na mnie, kończył między moimi piersiami, zobaczyłam przejeżdżającego obok nas rowerzystę. Pomyślałam, że na szczęście nie jesteśmy w moim aucie, a w jego, że mnie nie widać, że sama już nie wiem.

Przedwczoraj chciałam mu powiedzieć,  że mam dość tej jednostronności w naszym układzie, tego, że jestem otwarta na wszystkie jego propozycje, nawet na takie, wobec których wewnętrznie czuję ogromny opór, a on wszystkie moje propozycje odrzuca.  I że to po prostu nie ma sensu.

Mam wrażenie, że staję na rzęsach, staram się, próbuję go uszczęśliwiać (nie wiem nawet, czy to właściwe słowo), ale to nie do końca mi wychodzi – choć może gdyby mi nie wychodziło, to on nie dzwoniłby… A z drugiej strony – dla niego nic nie znaczę. To, że podwiózł mnie, że wysłuchiwał – to naprawdę nic nie znaczy, to jak jego inwestycja w urabianie mnie, bo w jego życiu nie ma dla mnie miejsca. Takie banalne i niesymetryczne: mówię mężowi, że jadę po auto z nim, ale on absolutnie nie powie tego swojej kobiecie. Ona nie ma pojęcia, ile czasu z nim spędzam, ile rozmawiam, na pewno nie podeszłaby do tego tak, jak mój mąż. I może nawet myśli, że ja jestem przede wszystkim jej koleżanką, a nie jego znajomą. I mogłam jakoś podnosić sobie samoocenę każdą chwilą, którą spędził ze mną, a nie z nią, a teraz jakoś dziwnie mi ze świadomością, że zniknie, że będzie z nią przez dwa tygodnie, nieosiągalny, nietelefonowalny, jej, nie mój, bo mój nigdy nie był.

Czasem zastanawiam się, czy on każe jej nosić pończochy i chodzić bez bielizny, czy prosi, by robiła to wszystko, co ja robię, czy będąc z nią myśli o mnie, czy jego seks z nią jest bardzo odmienny od tego, co robimy, stanowiąc jakąś granicę, będąc złożonym z elementów zarezerwowanych tylko dla niej, czy ma poczucie winy, kiedy do niej wraca, czy tęskni za podróżą autem, zdejmowaniem mi bielizny w czasie jazdy, za adrenaliną, za wykradanymi kawałkami czasu… Wiem, że to zastanawianie się wcale nie ułatwia mi wyzwolenia się z tej chorej relacji. Przedwczoraj myślałam, że informacja o jego urlopie ułatwi mi rozstanie z nim, a jednak, pisząc to, w pierwszej chwili sformułowałam myśl: ułatwi mi kolejną próbę rozstania – jakbym wiedziała, że to będzie tylko próba i była nastawiona na potencjalną porażkę 😦

Pytał, kiedy może zadzwonić, powiedziałam, że w każdej chwili, że mam tak komfortową sytuację, że jego telefony nie są czymś podejrzanym, że tyle wspólnych spraw, po prostu kolejny telefon, zawsze milion pretekstów, żeby to wytłumaczyć.

W drugą stronę to tak nie działa. Niemal nigdy do niego nie dzwonię – chyba, że oddzwaniam. Żadnych smsów, żadnych maili, a telefony tylko w porze pracy, w tygodniu. Jak typowa kochanka. Wygodna, dyskretna, nieawanturująca się, akceptująca to, co daje życie, bez żądań, żalu, roszczeń… Ale tak naprawdę mam dość takiego funkcjonowania. Nie wiem, na ile jestem od tego uzależniona, na ile chcę takiego współistnienia, podświadomie, godząc się na wszystkie niedogodności. Męczy mnie poczucie winy, nie chcę być taką, jaką jestem, chciałabym zachować z naszej relacji wspólne rozmowy o wszystkim, ale jeśli ceną ma być zawsze dryfowanie naszych rozmów na podteksty, aluzje i rozbudzanie pożądania drugiej strony – to jest dla mnie za wysoka cena.

Wczoraj miałam wrażenie, że właśnie za podwiezienie mnie płacę taką, a nie inną cenę, że to jak handel wymienny, z góry ustalona transakcja, jego oferta i konkretne oczekiwania. Miałam alternatywy, mogłam odrzucić jego pomoc, nie rozumiem, czemu jednak tego nie zrobiłam, dlaczego, po tak ciężkim emocjonalnie dniu, chciałam kolejnej dawki jego, dawki bólu, goryczy, żalu, rozczarowania.

Dociera do mnie, że godzę się na wszystko, sprawiam, że wydaje mu się, że uwielbiam seks z nim, że go potrzebuję i nie umiem bez niego żyć, ale tak naprawdę to nie seksu oczekuję, potrzebuję poczucia bezpieczeństwa, wsparcia, wysłuchania, czasem zimnej krytyki, drobnej złośliwości, czasem dobrej rady, poczucia, że jest na odległość telefonu, że spojrzy trzeźwiej na sytuację, że sama świadomość jego istnienia sprawi, że będzie mi łatwiej. Ale on nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie jest mój, dla mnie, ze mną, nie daje wsparcia, nie ma go, gdy najbardziej kogoś potrzebuję, nie może go być, bo w jego życiu nie ma dla mnie miejsca. Może powinnam sobie to zapisać na każdej stronie kalendarza, na tapecie w telefonie i w komputerze, wysyłać codziennie do siebie samej taką wiadomość, by to zrozumieć i uwolnić się od tej relacji raz na zawsze.

Pusto mi. Ale to nie jego w moim życiu brakuje. Brakuje poczucia bezpieczeństwa, wsparcia, sęk w tym, że sama muszę sobie to wszystko zbudować, bo nikt inny mi tego nie zapewni, a ja jeszcze nie wiem, jak to zrobić.

Ale się dowiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s