Stłuczone

Ma stłuczone palce. Cios był mocny, ale jego zabolało bardziej. Dalej boli. Nie złamanie, stłuczenie. A ja stałam bezwładna, przyjmowałam kolejne ciosy, jak nie ja. Bezsilna, wierząca, że przecież przestanie, że przecież nie może tak, a jednak mógł. Źle. Bezsilnie. Ciężko.

Za kierownicą w środku nocy, kiedy wzrok odmawia posłuszeństwa, rozum mówi, że trzeba choć na moment zamknąć te oczy, odpocząć, a serce każe jechać – ciężko.

A potem świadomość, że nie warto było, że i tak nikt nie doceni.

Najgorsze chyba rozczarowanie i zaskoczenie, że opoka, ostoja, filar – że to wcale nie jest filar, że atak następuje z tej strony, z której oczekiwałam wsparcia. Upokorzenie, krytyka, krzyk, odrzucenie. Boli bardziej, niż spadające ciosy. Może zgoda na ciosy wynikała z poczucia, że i tak nie bolą tak bardzo, jak to zaskoczenie, że nie ma wsparcia tam, gdzie najbardziej go oczekiwałam i potrzebowałam.

Wszystko boli, wciąż odkrywam nowe siniaki. Uciekam. Wczoraj słońce, cudne takie, uciekałam, żeby wciąż gdzieś jechać, samochód jak azyl, moja przestrzeń.
Telefon. Wpuściłam go w moją przestrzeń. Spuchnięte oczy schowałam za ciemnymi okularami, nie zdjęłam ich, kiedy wsiadłam do jego auta, dawno już nie siedziałam u niego. Płakałam, opowiadałam, wkurzałam się na jego „bądź dzielna”, które wcześniej powiedział przez telefon. Chciałam jego pomocy. Między wersami wyczytał tę prośbę i zaproponował, że zadziała. Zgodziłam się. Zadzwonił, ale jego znajomy nie odebrał. Oddzwonił dziś, kiedy siedzieliśmy w moim aucie, on wyjaśnił, o co chodzi, podał dane. Przekręcił moje nazwisko, a mnie zabolało, że znamy się tak długo, że to coś między nami trwa ponad 10 lat, a on nie potrafi prawidłowo wypowiedzieć mojego nazwiska. Przecież to bez znaczenia.

Dziś rano zadzwoniłam do niego, nie chciałam jechać do pracy, ale wiedziałam, że on ma rano pilne spotkanie, powiedziałam, że poczekam. Przyjechał, rozmawialiśmy. Potem stały schemat. Podjechał samochód. Wysiadł człowiek, obszedł swoje auto dookoła. Zapalił papierosa. Zdeptał niedopałek, po czym podniósł go i przemaszerował przez cały parking, aby wyrzucić go do kosza, wsiadł do auta i odjechał. Dziwnie. Powiedziałam, że mam już paranoję, wszędzie węszę detektywów z aparatami i innym rejestrującym sprzętem. Dokończyliśmy, zlizywałam go z moich dłoni, sama nie wiem, dlaczego. On wstał, żeby zapiąć spodnie, wypadł jego telefon i potłukł się zupełnie, nie dało się go już uruchomić. Pomyślałam, że przeze mnie on ciągle sobie coś niszczy, kiedyś, gdy wiózł mnie na trepanobiopsję, usiadł na swoich okularach, a może to ja na nich usiadłam, sama już nie pamiętam, jak to się stało, od tamtego czasu nie nosi już okularów, a ja mam ciągle wyrzuty sumienia i czasem myślę o tym, że chętnie zabrałabym go do okulisty. Teraz telefon. Ten sam, którego zapomniał w moim aucie. Po pracy zadzwoniłam, oddzwonił, powiedział, że stracił wszystkie kontakty i sporo zdjęć, że jeszcze będzie próbował odzyskać dane, ale kupił już nowy telefon i jedzie z córką po etui i szkło hartowane.

Widzę całą bezsensowność tej sytuacji. Znów czuję się jak mysz biegająca za pułapką. Jak wiele lat temu, kiedy chciałam z nim spędzać każdą wykradaną chwilę. I teraz znów wykradam czas, uciekam od twardej i uwierającej rzeczywistości, tęsknię, wiedząc, że to bez sensu. Że jestem dla niego nic. Kilka chwil rozrywki. Już za często, za intensywnie, czuję, że powinnam mu się dawkować, żeby znów zatęsknił. Wieczorem chciałam pójść do kościoła i uświadomiłam sobie, w co znów się wpakowałam. Nie poszłam. Źle mi. Chcę wywalić go z życia, a jednocześnie tkam mosty, liny, które mogą mnie z nim połączyć, przysługi, informacje, całe puzzle relacji i układów.

Moje serce jest bardziej potłuczone, niż ciało. Powiedziałam, jak się czuję, jak zabolało, gdy zabrakło wsparcia i jak zabolały ataki. Poczułam, jakbym nie umiała już kochać, jakby już przestało mi zależeć na przytuleniu, na wsparciu, na rozmowie, na wspólnym zasypianiu. Nie chcę się już przytulać. Nie tylko dlatego, że wszystko boli (kopniak w brzuch był silniejszy, niż myślałam), ale dlatego że w jakiś sposób czuję się zdradzona. Wiem, głupio to może zabrzmieć w mojej sytuacji, ale chyba łatwiej zniosłabym fizyczną zdradę niż to, że przestał mnie wspierać, że obwinia, że otwarcie atakuje, wiedząc, jak jestem słaba, ile wysiłku kosztuje mnie ogarnianie wszystkiego i udawanie, że jest stabilnie. Może to po prostu kolejny objaw depresji.

Psychika też stłuczona. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała wszystko posklejać. Nie mogę wymienić mojego potłuczonego życia na nowe, bez kontaktów, bez pamięci, bez rysek i pęknięć. Nawet nie wiem, czy chciałabym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s